Niemal każda osoba przechodziła pewnego rodzaju transformacje. Wynikają one z burz hormonalnych, wpływ na nie ma też otoczenie w jakim przebywamy. W ostatnim wpisie przedstawiłam jeden z moich stanów światopoglądowych, których teraz w pewnym sensie się wstydzę, aczkolwiek zdecydowanie bardziej wolę się z tego obecnie śmiać.

W parze z dojrzewaniem idą najróżniejsze przemiany - nie tylko światopoglądowe, ale również fizyczne, nie takie jednak, które wynikają z np. nabierania kształtów, ale wpływ na nie ma środowisko bądź otoczenie w jakim się znajdujemy. Nasuwa mi się teraz pytanie, może trochę filozoficzne, ale czy wobec tego prawdziwi jesteśmy tylko w momencie, gdy jesteśmy zupełnie sami i nic, ani nikt nie odciska piętna na naszym życiu? Mnie to nie dotyczyło - ja od zawsze obracałam się wśród ludzi, powiedziałabym wręcz, że tłumów, a z początkiem mojego czasu nastoletniego, było to środowisko - delikatnie mówiąc - dresiarskie.
Teraz wyobraźcie sobie to połączenie - konserwatywne wychowanie, stadionowe poglądy i....wkoło pełno panienek obciągających za paczkę fajek. Tutaj warto wspomnieć, że paczka niebieskich LM'ów kosztowała wówczas niecałe 7 zł - nie ma co, szanowały się. Ja natomiast byłam mixem - dziewczynka z dobrego domu, dobrze ucząca się, ale mimo wszystko obracająca się w mało ciekawym środowisku. Oczywiście moja 'paczka' taka nie była, ale samo przebywanie w jednej szkole z tego typu osobami miało swój wpływ na moje poglądy względem tego jaka stylówa  jest najbardziej na topie. Warto też wspomnieć, że pierwsze tygodnie w moim gimnazjum w pełni obrazują to, w jakiej szkole wylądowałam. Mowa tutaj o incydencie próby otrucia (lub zabicia) nauczycielki matematyki. Naturalnie było to komentowane jako niewinny dowcip, ale jak wsypanie komukolwiek kreta do cukru, którym ma zamiar posłodzić sobie kawę, może być traktowane jako mało smaczny kawał? Owszem - mało smaczne to było, ale w mojej ocenie i wtedy i teraz, nie miało to wiele do czynienia z żartami. Od tego momentu poza uczniami,do szkoły zaczęli uczęszczać również najróżniejsi dziennikarze, w tym ci z  raczkującego dopiero programu UWAGA oraz policjanci.
Paradoksalnie, to moi rodzice uznali, że to właśnie to gimnazjum będzie dla mnie najodpowiedniejsze i przegrałam z nimi wojnę po teście szóstoklasisty. Po tym incydencie zaczęli zmieniać swoją opinię, a moja wiara w nich zaczęła narastać.
Po drugiej klasie postanowiliśmy wspólnie zmienić moje otoczenie - przeniosłam się do prywatnego gimnazjum w centrum miasta. W tym czasie miałam również chłopaka - dużo starszego, o którym - musicie wybaczyć - nie zamierzam nigdy opowiadać, bo jest to epizod dla mnie nieco dziwny i można go bez trudu źle zrozumieć, a nie chcę po dobrych 10 latach robić problemów - dziś - staremu facetowi.

To właśnie w wieku 14/15 lat byłam raczej mało oryginalna. Uwielbiałam obcisłe jasne spodnie, najlepiej z bawełny, jeans uważałam za zdecydowanie zbyt sztywny materiał, a lubiłam by każda moja krągłość zaznaczała się podczas przechadzek ulicami centrum. Wszelkie obcisłe kurteczki lub jasne, najlepiej białe koszulki zajmowały honorowe miejsce w mojej szafie. Co się tyczy butów - nie nosiłam szpilek ani koturn. Mimo mojego zmaniurzenia i ponętnego kołysania biodrami, obcasy wydawały mi się skrajnie niewygodne - do tego stopnia, że byłam przekonana, że modę na takie obuwie wymyślił sadysta, którego zostawiła żona i postanowił zemścić się na wszystkich kobietach świata. Innym moim wyobrażeniem była średniowieczna sala tortur, w której zakładano osobie torturowanej szpilki i kazano chodzić wkoło stołu przez kilkanaście godzin. Tak czy siak - moje stopy zdobiło nic innego jak halówki - najmodniejsze obuwie, które każda dziewczyna z blokowisk musiała mieć. Pomijam fakt, że nie wychowałam się w bloku, nawet nie na takim osiedlu, ale bez trudu można było założyć w tamtym czasie, że trzepak to moje ulubione miejsce schadzek.
Nigdy nie zapomnę tego okresu mojego życia - głównie dlatego, że chociaż moim piegom towarzyszyły pryszcze, to nigdy nie cierpiałam na większe zainteresowanie wśród płci przeciwnej. Do tej pory nie wiem, czy było to efektem mojej stylówy, czy może utlenionych na blond włosów do ramion. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wyglądałam wtedy na łatwą, gdyż moimi adoratorami byli zazwyczaj chłopcy w wieku 16-19 lat, najczęściej wygoleni na zapałkę, przywdziewający spodnie dresowe marki Londsdale. Lubiłam jednak zwracać na siebie uwagę - zwłaszcza, że  mieli się czym pochwalić, a świeżo wymyty Fiat 126p lub żółte Seicento nie raz i nie dwa za mną zatrąbiło.  Jednej z takich sytuacji zawdzięczam mojego pierwszego stalkera. Marcina poznałam podczas przechodzenia na pasach pod Wawelem, kiedy to postanowił za mną zatrąbić. Najpierw pomyślałam, że za wolno idę i zgasło już zielone światło dla pieszych - gdy jednak zobaczyłam, że zielony ludzik dalej się świeci - rzuciłam się na niego (kolokwialnie mówiąc) z mordą. Moje maniurzaste towarzystwo nauczyło mnie tego, by nie dawać sobie wchodzić na głowę i że najlepszym sposobem na osiągnięcie danego celu, jest się o niego wykłócić. Tak też było i wtedy, a na moje 'kurwy', 'kutasy', 'chuje' i puentujące całą wiązankę 'ty jebany cwelu, mam zielone', usłyszałam 'lubię takie. daj mi swój numer'.
I dałam.
(Alleluja, że nic więcej)
Marcin był bardziej niż zainteresowany moją osobą i dziennie otrzymywałam od niego kilkaset smsów i do tej pory żałuje, że na żywo był zdecydowanie mniej wygadany - chyba, że miałabym do treści wypowiedzi zaliczać wielokrotnie powtarzając się słowo 'kurwa'. Nie oceniałam tego jednak, ponieważ sama sporo w tych czasach klęłam (zresztą zostało mi to do dziś), ale perspektywa przedstawienia moim rodzicom 19-letniego chłopaka z drugiej klasy gimnazjum, wydawała mi się nieco ryzykowna.  Uznałam, że najwyższy czas zerwać kontakt, bo ewentualne dalsze spotykanie może pociągnąć za sobą niesubtelne propozycje lub oczekiwania, których nie chciałam za bardzo spełniać. Kolejnym, a może najważniejszym argumentem, by zakończyć rozpoczynającą się relacje, był fakt, że jak wcześniej wspomniałam, miałam wtedy chłopaka. Marcin należał do osób bardziej porywczych i odrzucenie zniósł ciężko, ale jak przystało na prawdziwego łobuza, całą agresję przelał na mojego ówczesnego partnera, chociaż w życiu go nie widział, ani nawet nie słyszał. Uznał, że skopie tamtemu lalusiowi dupę i koniec kropka. Do konfrontacji nie doszło, a ja zmieniłam numer, żeby wyeliminować kolejną falę niezręcznych wiadomości.

Późniejsze losy mojej garderoby były niemniej ciekawe, ale skrupulatnie zaczęłam odchodzić od obcisłych ubrań podkreślających moje rosnące wciąż piersi. Ku mojemu zdziwieniu, nie spodobało się to mojemu chłopakowi, a moje skłonności biseksualne zaczęły mu coraz bardziej przeszkadzać. W momencie ścięcia włosów na krótko i zafarbowaniu ich na czarno, mieliśmy już głęboki kryzys, a po założeniu spodni z niższym stanem, nasz związek się zakończył. Zmienił się także sposób podrywania mojej osoby - chłopcy już na mnie nie trąbili, za to uśmiechało się do mnie na ulicy całkiem sporo dziewczyn, a krótko ścięte panie w kawiarni niejednokrotnie zostawiały mi swój numer na serwetkach.





Każdy z nas dojrzewa inaczej - jeden chłopiec nabierze wagi i będzie mieć głos jak smerf, inny straci wagę, ale zyska głos dojrzały i głęboki, który będzie muzyką dla uszu. Jednak najważniejszym aspektem dojrzewania są zmiany psychiczne jakie zachodzą w naszym organizmie. Pierwsze ciągotki homo, tudzież biseksualne większość osób ma zazwyczaj w wieku lat nastu, a cały świat tłumaczy im, iż jest to najnormalniejsza na świecie walka hormonów. Jak byłam mała, wyobrażałam sobie w tym czasie moje hormony jako poubierane w średniowieczne, bojowe stroje kobiety ze złotymi warkoczami, walczące z wikingami. Wszystko odbywało się na tle mojego mózgu lub czerwonej poświaty, która zapewne symbolizowała moje ciało. Wizje takie zawdzięczam setkom godzin spędzonych nad "było sobie życie", jednak starzec z brodą nigdy w mych wyobrażeniach się nie ujawnił - zdecydowanie wolałam silna panie dzierżące oburęczne miecze. Złotowłose hormony odpowiadały moim nie do końca heteroseksualnym popędom, te drugie zaś śmiało mogły mieć znak fallusa na swych tarczach. Walka ta rozgrywała się we mnie dość szybko i muszę przyznać, że pierwsze bitwy wygrywali wikingowie. Ich armia miała dodatkowe atuty, otóż ich światopogląd odpowiadał temu, jaki był jedynym słusznym w moim rodzinie, a pasja chodzenia na mecze i obcowania wśród przepełnionych testosteronem mężczyzn nieakceptujących absolutnie żadnych dewiacji poza "Moja jedyna miłość to Wisełka" sprawiała, że napompowane cycki kobiet-hormonów odnosiły dotkliwe porażki.

I tak właśnie mijało życie. Zdążyłam nawet zapomnieć o jakichkolwiek rozterkach tej natury, udało mi się mieć chłopaka, zauroczyć w kolejnym, a dziewczyny były moimi koleżankami.
Przypomina mi się nawet to, że należałam do paczki dziewczyn - nie wiem czy byłyśmy typowymi 'mean girls', ale na pewno za takie się uważałyśmy i byłyśmy (w naszej opinii) najfajniejszymi dziewczynami w szkole. Moje koleżanki, a właściwie przyjaciółki (jak na tamten czas się wzajemnie nazywałyśmy) miały najprzystojniejszych chłopaków ze szkoły, najfajniejszych lub tych najniegrzeczniejszych - chyba moda na kochanie bad boya nigdy nie zniknie. Też miałam takie fantazje, aczkolwiek dużo lepiej rozmawiało mi się z chłopakami jak z kolegami. Nie  zmienia to jednak faktu, że moje otoczenie dążyło do pewnych trendów, chciało zaspokajać swoje potrzeby wynikające z norm ogólnie przyjętych. Podejrzewam, że gdyby nie jedno popołudnie moje życie mogłoby się zupełnie inaczej potoczyć. Oczywiście mówię to teraz pół żartem pół serio - jeżeli zakodowane w genach mam takie, a nie inne tendencje to prędzej czy później objawiłyby się przez to lub tamto i nie miałabym na to absolutnie żadnego wpływu. Wracając jednak do meritum - chodziło o teledysk Tatu - Ya soshla s uma i to jak pięknie ta czarnowłosa dziewczyna wyglądała w deszczu, całując drugą kobietę.  Pewnie wielokrotnie widzieliście słabe komedie, w których w takiej sytuacji bohater siedział z nieprzyzwoicie otwartą buzią, wchodził w słup na ulicy lub (to w przypadku looney tunes) spadało na niego kowadło, otwierał oczy w kopalni pełnej dynamitu, dobiegł za krawędź przepaści i spadał lub wbiegał do tunelu, z którego właśnie wyjeżdżał pociąg. Opis tego uczucia jest może nazbyt rozległy, ale z przykrością muszę przyznać, że tylko tam mogę wam oddać to kim, a raczej czym byłam w chwili ujrzenia całujących się lesbijek w deszczu. Tak, byłam kojotem, ewentualnie koteckiem.

 Odniosłam wrażenie, że do mojej głowy wbił się dość sporej wielkości szpikulec do lodu*, bo od tego momentu zaczęłam dostrzegać coraz bardziej ewidentne sygnały, że moje lubowanie się w piłce nożnej, przekleństwach, czy (jak mi się zdawało) niewinne podglądanie koleżanek w szatni miało większe znaczenie, niż przypuszczałam. Postanowiłam jednak wyprzeć to wszystko i pozostać wierna normom, które do tej pory mnie kształtowały.

Być może zabrzmi to komicznie, ale to właśnie w tym momencie zaczęłam jeszcze mocniej zagłębiać się w środowisko kibicowskie, które przejawiało skrajnie nacjonalistyczne poglądy. Brałam czynny udział w dyskusjach na wielu forach internetowych, a najbardziej interesującymi dla mnie tematami były te, które dotyczyły mniejszości seksualnych. Widząc taki temat, natychmiast zaczynałam brać w nim dyskusje. Dumnie broniłam swoich narodowych poglądów, a moi koledzy faszyści doprowadzali mnie do szalu swoim brakiem konsekwencji w momencie, gdy mówili, że lesby nie są takie złe, ale pedały do gazu. Byłam oburzona za każdym razem, gdy dochodziły mnie takie opinie - według mnie to właśnie PEDAŁY nie były takie straszne, podczas gdy lesby należy związać na stosie, podlać benzyną i podpalić.

Widziałam zagrożenie we wrogu, jakim było środowisko homoseksualne. Uważałam członków tego "stowarzyszenia" za ludzi cwanych, przebiegłych. Byłam pewna, że są nawet gorsi od Żydów i nie dość, że sprawują wysokie stanowiska i dysponują ogromną ilością pieniędzy, to jeszcze planują obalić tradycje i kulturę narodu polskiego. W moim mini-nazistowskim notesie hasło "lesba" było na miejscu pierwszym. Zaraz pod nim "żydzi", potem "pedofil" oraz "pedał". Postanowiłam poznać owe środowisko od środka, przynajmniej odrobinę. Widziałam siebie w roli szpiega aliantów**, który przedostaje się do bazy wroga, jakim było forum kobiety-kobietom.com. Zarejestrowałam się tam i od czasu do czasu wchodziłam na czat, by dowiedzieć się czego można się spodziewać w przypadku spotkania takiego dewianta. Zdarzało mi się również przeglądać lesbijską kamasutrę - naturalnie robiłam to tylko, by być świadomą jakich okropieństw dopuszczają się lesbijki. Po takiej lekturze zdarzało się, że śniły mi się zapamiętane pozycje - wmawiałam sobie, że to szatan kusi mnie i męczy moją heteroseksualną, nieskalaną grzechem głowę, a efekt porannego podniecenia był uwarunkowany czysto-fizjologicznie i absolutnie nie wynikał z pożądania.

Moje prawicowe poglądy rosły w siłę, wachlarz moich argumentów również, ale nadal w głowie rozbrzmiewała mi piosenka Tatu. Postanowiłam iść krok dalej - nie było to trudne, ponieważ w mediach było właśnie głośno o planowanym marszu równości, który miał odbyć się w Krakowie. Teraz nie pamiętam czy był to pierwszy taki marsz w Polsce w ogóle, czy pierwszy w Krakowie.Bardziej aktywna na forach internetowych nigdy nie byłam. Wypieki na policzkach, pot na skroniach i gniew przez lobby homoseksualne opanowujące telewizje, bilbordy w mieście i radio. Na niemal każdym rogu spotkać można było plakat zapraszający do wzięcia udziału w paradzie dewiantów - na szczęście moi prawicowi bracia odpowiadali tym samym, a plakaty obrońców rodziny były dużo lepiej rzucające się w oczy. Byłam dzieciakiem, ale postanowiłam, że wezmę udział w tym event'cie i dumnie będę bronić rodzinnych wartości. Byłam na tyle zdeterminowana, że postanowiłam nawet podnieść kilka kamyczków, by rzucić nimi w tęczowy tłum. Tak też się stało, jednak cytując KAENA (a raczej wdowę) "karma jest zołzą" i ja dostałam jajkiem - swoją drogą od innego nacjonalisty. No cóż - wiedział, że owszem - jestem ukrytym agentem, szpiegiem aliantów, jednak nie na forum kobiety-kobietom.com, ale właśnie w gronie nacjonalistów.



Wiem, że obiecałam również przepis na kakaowe tiramisu oraz lazanie, ale musicie na to jeszcze poczekać! Obiecuję, że we wtorek ukaże się czysto kulinarna notka, w której znajdziecie te przepisy oraz moje przemyślenia oraz wnioski po miesiącu bez mięsa. ;)

*inspiracja Criminal Minds - odcinkiem o mordercy, który lubił wbijać szpikulec do lodu w kobiety
**tutaj ewidentna inspiracja grą Commandos




Płaszczyk - Romwe >Kliknij, nakarm szafę insika<
Kurtka - Sheinside >Kliknij, nakarm szafę insika<












Nie ma co mówić - wyrwano mnie na intelekt i właśnie to zawsze doceniałam w moich późniejszych miłościach. Relacja z Tomaszem była dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Dzieliliśmy wspólnie pasje, mieliśmy o czym rozmawiać i na tamten czas wydawał mi się tym jedynym. Pewnego dnia przyszłam do domu i zakomunikowałam mojej mamie, że znalazłam męża. Cieszę się, że moja współtwórczyni nie zechciała zniechęcić mnie do większego zaangażowania i zaczęła jedynie dopytywać o to jak się nazywa i który to. No cóż - nie był w typie mojej mamy, ponieważ w pierwszej klasie podstawówki miał posturę 17-letniego chłopaka oraz królicze zęby. Ja wierzyłam jednak, że wyrośnie z tych małych niedoskonałości i będziemy najpiękniejszą z możliwych par stojących kiedykolwiek na ślubnym kobiercu. Wraz z Tomkiem uwielbialiśmy serial Power Rangers i na każdej przerwie bawiliśmy się w odgrywanie ostatnich odcinków. Ja naturalnie musiałam być różową wojowniczką - on zielonym tudzież białym wojownikiem (zależało od tego jaki kolor przybierał Tommy - swoją drogą najprzystojniejszy z aktorów, którzy grali w tym serialu). Nasza zabawa zazwyczaj polegała na gonieniu siebie nawzajem, chociaż mocno wierzyliśmy, że walczymy ze złymi siłami mocy reprezentowanymi przed wyimaginowaną przez nas Ritę. Gdy spoglądam z perspektywy czasu na nasze zabawy, muszę przyznać, że niestety już wtedy można było dostrzec rozwijające się we mnie popędy seksualne, ponieważ katowałam mojego chłopaka wizją tego, że "zły" porywa mnie do swojej jaskini oraz przypina kajdanami do kamieni. Biały wojownik musiał uratować swoją wojowniczkę, bo jeśli nie to....no właśnie - nie wiedziałam do końca co by mi się stało, ale skrępowanie moich kończyn było esencją tej zabawy.
Nasza miłość rosła, ale nadal trwaliśmy w nieformalnej relacji - szybko postanowiliśmy to jednak zmienić i skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji, jaką była zielona szkoła. Miało to miejsce w Kołobrzegu, gdzie pojechaliśmy całą klasą. Nasz związek był tak oficjalny, że świadkiem ślubu była nasza wychowawczyni i gratulowała nam wejścia na nową ścieżkę życia. Ceremonię odprawiała moja przyjaciółka, a zaraz po sakramentalnym TAK, daliśmy sobie buzi w policzek. Moje pierwsze małżeństwo nie trwało jednak długo - następnego dnia posprzeczaliśmy się podczas ustawiania dwójkami i zażądałam rozwodu. Formalnie nigdy do niego nie doszło, ale od tamtej chwili przestaliśmy biegać za sobą na przerwach, a o wspólnym rozmowach nie było już mowy. Nigdy (a chodziłam z nim do klasy jeszcze dobrych kilka lat).

Moją kolejną sympatią był Grzesiek, który poprosił mnie o chodzenie chyba tylko dlatego, że każdy fajniejszy chłopak miał wtedy dziewczynę, podobnie jak każda fajniejsza dziewczyna miała chłopaka. W naszej klasie temat rozchodził się między trzema chłopcami - Piotrkiem, Grześkiem i Krzyśkiem. Właściwie w każdym byłam w jakimś stopniu zakochana, no bo tak wypadało. Mój ukochany był skejtem i nigdy nie zapomnę naszej pierwszej poważnej randki do kina. Poszliśmy na film "Bezsenność", który w tamtym czasie uważałam za głupi i nudny. Teraz wiem jak bardzo się myliłam, jednak nie to było najistotniejszą rzeczą tamtego wieczoru. Siedziałam obok mojego chłopaka dobre pół godziny, kiedy wreszcie stało się to i poczułam motylki w brzuchu, a podniecenie wprawiło mnie w drżenie całego ciała. Zadał to pytanie dość nieśmiało, ale w końcu musiało do tego dojść
- Czy mogę Cię przytulić?
- Tak

I objął mnie swoim męskim ramieniem....

Nasz związek nie przetrwał jednak operacji "pustynna burza", jaką zaplanowali chłopcy z naszej klasy. Zmówili się by jednego dnia zerwać ze swoimi dziewczynami - nie wiem czy w tym czasie wracała moda na "gang chłopaków" i "gang bab", ale szybko dowiedziałyśmy się co nasi ukochani planują. Ja zawsze miałam w sobie coś z drama queen, więc postanowiłam kupić dużego lizaka w kształcie serca, potłuc go i rzucić nim w mojego chłopaka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że lizak kosztował ok 8 zł, a moje kieszonkowe nie przekraczały 60 zł miesięcznie, co tylko potwierdzało jak wiele dla mnie znaczył Grzesiek. No cóż - chłopaka skejta ma się naprawdę dość rzadko.










Pierścionki: C&A
Naszyjnik: Mango
Koszulka: H&M


Do napisania tej notki skłonił mnie kolejny mail, który dostałam od jednego z was - moich czytelników bądź obserwatorów. Chcę na wstępie zaznaczyć, że w takich wiadomościach nie ma absolutnie nic złego, nie zmienia to jednak faktu, że dostając coś takiego, chwytam się za głowę.
Nie odpisałam na żadną wiadomość, w których prosiliście mnie o pomoc z tym konkretnym problemem (jaki to problem - zaraz się dowiecie), ponieważ w istocie, takich pytań dostaję najwięcej i uznałam, że może upubliczniona notka wyczerpie temat. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to odpowiedź, która zadowoli każdego, wszak nasze sprawy osobiste są zawsze najważniejsze, a każdy najmniejszy szczegół jest najbardziej istotny, niemniej jednak postaram się by treść była na tyle uniwersalna, że pomoże chociaż w małym stopniu, każdemu.

O co chodzi?

O złamane serce i rozstania.


/czas na fanfary/

Nie będę cytować żadnego z tych maili, bo nie chcę, by ktokolwiek poczuł się urażony lub wyśmiany, dlatego postaram się sparafrazować je wszystkie na raz, tak by zawrzeć sedno.

"Klaudia co robić, ona mnie zostawiła, mam złamane serce, a wiem, że bez niej nie dam rady, bo nie wyobrażam sobie życia bez niej."

No cóż - nie ma co owijać w bawełnę - temat ten jest bardzo ciężki i każdy z nas zmagał się (lub dopiero będzie zmagał) z tym uczuciem. Bolące serduszko i chęć śmierci, jaką odczuwamy w momencie, gdy rozpada nam się życie jest nie do opisania i wydaje nam się nie do przejścia. Też tam byłam, też to czułam - co więcej, czułam to trzy razy. I powiem od razu - do nikogo maili nie pisałam, ani nie pytałam o radę jak sobie z tym poradzić. Nie robiłam tego, ponieważ nie ma leku na złamane serce i każdy z nas (każdy!!!) musi to przeżyć na swój sposób, w swoim czasie. Innym zabiera to lata, innym tygodnie, a jeszcze innym zaledwie kilka dni. Na szczęście w końcu ten ból ustępuje i zostaje śmiech, sentyment lub żal. Tak czy siak - można żyć dalej.

Ja patrząc na siebie, przeżywającą moje ostatnie rozstanie, mam ochotę strzelić TEJ osobie w łeb. Mówiąc TEJ, mam na myśli siebie, bo nie akceptuje i nie poznaje tego człowieka, jakim byłam w tym traumatycznym momencie. Uważam, że bardziej żałosną osobą być się nie dało, bardziej monotematyczną i słabą. Ja nie pisałam maili do osób z internetu - ja rozmawiałam ze znajomymi i przyjaciółmi. Szukałam ukojenia i uspokojenia, ale żadne hasła za wyjątkiem "na pewno wróci", nie poprawiały mi humoru. I to jest właśnie powód, dla którego nie odpisałam na jednego maila z cyklu 'mam złamane serce'. Doskonale wiem, że jedyną satysfakcjonującą odpowiedzią, byłoby zapewnienie, że na pewno ze sobą będziecie, że na pewno się zejdziecie, pogodzicie i będziecie kochać do końca świata i jeden dzień dłużej, ale prawda jest taka - że może się też tak nie stać, a ja absolutnie nie chcę ponosić winy za błędną diagnozę. A raczej na pewno byłaby błędna, bo niestety każdy z nas opowiadając historię związku lub rozstania, przedstawia swoją subiektywną ocenę lub przedstawia fakty w taki sposób, nawet gdy myśli, że zachowuje największy możliwy obiektywizm.

Pierwszy raz złamane serce miałam w 2009 roku. Zostawiła mnie wtedy moja ukochana pierwsza dziewczyna Justyna. Mój ból był tak głęboki, że moje liczne zdrady sprzed rozstania straciły w moich oczach na znaczeniu. "Przecież już dostałam za swoje skarbie najukochańszy, przecież płaczę i skręcam się z bólu" - mówiłam. To były dla mnie traumatyczne chwile - zaczęłam palić i pić codziennie, zdarzały się nawet tygodnie, w których nie jadłam.  Po fazie zaskoczenia i próbach zaakceptowania zaistniałej sytuacji, przyszła kolej na gniew, który okazywałam poprzez stalking. Wysyłałam Justynie kwiaty, a pod drzwiami zostawiałam ckliwe listy. W tym właśnie okresie Justyna weszła w nowy związek - ja postanowiłam sterczeć pod jej balkonem i pić piwo - no cóż, nikt nie mówił, że rozstanie ze mną będzie łatwe, ale no jestem osobą, która nie znosi najlepiej odrzucenia. Kolejną fazą było wyśmiewanie nowej wybranki Justyny - nie było to jednak trudne, ponieważ nie należała do najbardziej urodziwszych kobiet, zwłaszcza z tego powodu, że wcześniej uważałam ją za dobrą koleżankę lub przyjaciółkę. W takich okolicznościach nawet Angelina Jolie zamienia się w potwora z Loch Ness. Robienie różnorakich przeróbek zdjęć, lub prezentacji w power point'cie z 'nową kobietą Justyny' w roli głównej, było moim ulubionym zajęciem, a plakat z uciętą głową owej pani jeszcze długo wisiał u mnie w pokoju. Rodzicom mówiłam, że to stara znajoma, z którą się pokłóciłam i tak odreagowuje - zaakceptowali to bo nie mieli wyjścia, zwłaszcza, że lubowałam się w photoshopie i przeróbka była na tyle udana, że przez trzy tygodnie nie zauważyli, że doklejona na włócznie Mela Gibsona, głowa, raczej nie pochodzi z filmu Braveheart. Nawet po moim cudownym zejściu się z Justyną, długo nie potrafiłam się jej przyznać do rozmiarów mojej nienawiści względem jej byłej sympatii - znała za to pseudonim, jaki nadałam jej 'chwilowej' kobiecie. Nie była wielką fanką Gwiezdnych Wojen, dlatego nie skojarzyła od razu o kogo chodziło - dopiero po zaprezentowaniu jej Jabby, wiedziała o kim mówię. Jakie było moje oburzenie, gdy nie odnajdywała w postaci ze Star Warsów swojej (na szczęście już) byłej.

Kolejny raz ze złamanym sercem był nieco inny - poprzedzony był wielkimi dramatami i licznymi zdradami (tym razem nie z mojej strony). Nie miało to jednak wpływu na moją gorycz, która doprowadziła mnie do wieszania się na drzwiach, wieszakach i próbie rozbicia się autem o drzewo. Nic jednak z tych rzeczy się nie stało, bo jak się okazało - po pijaku jeżdżę lepiej niż na trzeźwo, a moja ukochana przyjaciółka Patrycja przychodziła w każdym najgorszym momencie, by uratować mnie od osierocenia kotów. Nie zliczę jednak łez, które wylałam z tęsknoty za największą (jak się potem okazało) porażką mojego życia. Byłam do tego stopnia roztrzęsiona, że niemal od razu wplątałam się w kilka relacji, które miały być substytutem wielkiej miłości, która ode mnie odeszła. No bo właśnie - w przypadku Justyny uznałam, że broń boże nie będę leczyć złamanego serduszka nowymi dziewczynami lub chłopcami. W tym natomiast przypadku, było to najlepszym wyjściem. Z takiej właśnie gromadki dziewczyn-substytutów wyselekcjonował się ktoś szczególny, bo moja kolejna kobieta, która złamała mi serce. Na szczęście bolało najmniej, chociaż pierwsze dwa miesiące były naprawdę ciężkie. Na to wpływ miała jednak sytuacja, w jakiej zostałam postawiona, czyli powrót na stare śmieci i próba pojednania z rodzicami, po niemal rocznym braku kontaktu. Wspominam jednak o tym tylko dlatego, że im dalej w las - tym łatwiej, bo już umiemy sobie radzić z rozstaniami. Oczywiście nikomu z was tego nie życzę, bo to jedno z gorszych rozczarowań, jakie ktokolwiek może odczuwać, ale uwierzcie - każde następne rozstanie boli mniej - niezależnie od tego jak wielkie uczucie nie było. Nie ma wobec tego co bać się wchodzenia w kolejne relacje, bo następnym razem i tak będzie bolało mniej - o ile oczywiście ta następna osobą nie jest tą ostatnią ;)


PS: wiem, że notka nieco inna od tych wcześniejszych, ale uznałam, że warto zachować chociaż odrobinę powagi w tym temacie, zwłaszcza, że pewnie część z was ma obecnie złamane serce lub przechodzi kryzys w związku. Innymi słowy - nie martwcie się, a to co czujecie teraz postarajcie się zapamiętać, zwłaszcza rzeczy, które poprawiają wam nastrój, bo może wykorzystacie je kiedy znów coś (tfu tfu) nie wyjdzie. Na porażkach też można budować, zwłaszcza swój charakter.


Poniżej macie małą dawkę zdjęć z moją nową fryzurą - pewnie większość z was wie, ale postanowiłam skrócić moje włosy i zdecydowanie nie żałuję. ;)







kurtka: >KLIK<










Często pytacie mnie o moją orientację - jak to z z nią jest, kogo wolę, czy miałam facetów, czy miałam kobiety, czy jestem kobietą, a może facetem. Zamknę teraz usta wszystkim hejterom i odpowiem wprost: jestem dziewczyną, miałam i facetów i dziewczyny. Jak się z tym czuję? Ostatnio źle. Ostatnio wydaję mi się, że życie szaraka jest zdecydowanie stabilniejsze i to właśnie jego pragnę. Ale to nie o tym dziś - ten blog jest przecież po to, żeby wzbudzić w was uśmiech, śmiech i wyśmiać życie. Po to jest ten blog - autoironia obecna tutaj niemal w każdej notce, ma za zadanie pokazać wam wasze życie w krzywym zwierciadle, tak byście i wy mogli popatrzyć na siebie i swoją egzystencję w sposób nie tyle krytyczny, co prześmiewczy.

Jestem dziewczynką z raczej bogatego domu. Miałam lalki barbie, chociaż bardziej lubowałam się w samochodzikach, które kolekcjonował mój brat. Mimo iż posiadałam całą skrzynkę lalek barbie, domek, a nawet Kena, to zdecydowanie wolałam zdezelowane amerykańskie samochodziki. Pamiętam jak siedziałam na środku pokoju mojego brata i pełna pasji, wkładałam je do buzi. Prawdopodobnie wtedy ząbkowałam, chociaż z perspektywy czasu wydaję mi się, że  w ten sposób okazywałam uczucie i szacunek autkom mojego brata. Dlaczego? No cóż, lubię gryźć i potwierdzi wam to jedna z trzydziestu tysięcy osób, która miała okazję się przekonać.
Pewnie wielu z was ma wspomnienia z lalkami barbie - ja też takie posiadam. I nie - nie mówię tutaj o symulowani stosunku seksualnego między Kenem i Barbie. Oczywiście - robiłam to.Towarzyszyła mi moja przyjaciółka z czasów przedszkolno-podstawowych, która mieszkała po drugiej stronie ulicy. Jednak to ja sama, osiągałam szczyty perwersji jeśli chodzi o wiek młodzieńczy. Na tym przykładzie można wywnioskować, że wszelkie fantazje bądź preferencje seksualne mają swój początek już w dość młodym wieku. No cóż, nie oszukujmy się - nie miałam zbyt wielu przykładów krępowania w moim życiu, a lalka Barbie potrafiła być związana w tak wysublimowany sposób, że producenci współczesnych filmów porno zapewne chcieliby zasięgnąć porady odnośnie węzłów do najnowszego filmu z cyklu Bondage. Rzucanie lalkami z dala od siebie, w momencie gdy jeden z rodziców wchodził do pokoju, było czymś typowym. Musimy przyznać - wczesne lata naszej młodości to całkiem dobry materiał dla psychoanalityków, którzy mieliby za zadanie określić naszą psychikę oraz jej preferencję. Chyba każdy z nas pamięta te wypieki na twarzy, jakie pojawiały się podczas doglądania pierwszej pornografii w naszym życiu.

Nigdy nie zapomnę, gdy w wieku lat 10 trzymałam się niemal z samymi chłopakami i naszym złotym graalem było zdobycie najnowszego numeru Playboya.Zrzucaliśmy się na haracz dla starszego kolegi (wiek około 16), by ten poszedł do kiosku lub osiedlowego sklepu i kupił dla nas najnowsze wydanie tego magazynu. W międzyczasie powstała też popularna już teraz gazeta o nazwie CKM - nie będe ukrywać - haracz wzrósł, podobnie jak procent kieszonkowych, które musiałam miesięcznie przeznaczać, by ukoić swoje żądze i zmysły. Nigdy nie zapomnę jednego z numerów CKM'u, na którego okładce była niemal naga Pamela Andreson ze swoim bujnym biustem. Ulokowana była na żółtym tle, a ten szczególny numer miesięcznika, schowałam głęboko pod swoim łóżkiem. Jeśli mam być szczerza, to nie była kobietą moich snów - nie podobała mi się nawet troszeczkę, aczkolwiek zapatrzona w gusta mojego brata, który na drzwiach wejściowych od pokoju miał plakat Pameli 100x60 uzmysłowił mi to, że ta kobieta musi być piękna, nawet jeżeli w moich oczach była zaledwie chodzącymi cyckami.

Innym moim zauroczeniem lat młodzieńczych była Christina Ricci - i tutaj z dumą wyznaję iż była to sympatia, którą w stu procentach została wyselekcjonowana przez moje bystre oko. Mojemu bratu się nie podobała - pytałam go wielokrotnie, by zrównać nasze gusta dotyczące kobiet, ale on ewidentnie gustował w blondynkach. Cóż za ironia losu, biorąc pod uwagę, że obecnie pozostaje dość długim związku z brunetką. Ja natomiast wolałam zawsze dziewczyny i chłopców o ciemnym kolorze włosów - jak wychodziło w życiu każdy wie - blondynki mnie prześladują i wręcz nie dają żyć, ale to nie tym się teraz zajmujemy. Moimi wczesnymi zauroczeniami zdążyłam się już z wami podzielić, natomiast nie opowiedziałam wam jeszcze mojej historii dotyczącej detektywów - a niestety - łączy się ona z moimi upodobaniami dotyczącymi płci pięknej.

Na trzecią klasę gimnazjum przeniosłam się do innej szkoły - podobno elitarnej, która podobno miała zapewnić mi lepszy start do nowego liceum.Wszyscy wiemy jak ważne w naszych czasach jest liceum - można by rzecz, że liceum jest rzeczą kluczową, jeśli chodzi o nasz wybór ścieżki kariery. Niestety nie wspominam mojej trzeciej klasy najlepiej - odkrycie swojej orientacji, odrzucenie dużo starszego od siebie mężczyzny na rzecz kobiet, czy zatopienie się w internecie to tylko najważniejsze sprawy, jakie właśnie w tym okresie udało mi się 'osiągnąć'. Moim wielkim zdziwieniem był podział na dziewczyny i chłopców, jaki zaskoczył mnie w nowym gimnazjum. Mówmy szczerze - już wyrosłam z seksistowskich podziałów, rodem z przedszkola, a tu jednak - stan przedszkolny nadal był w cenie. Należałam wówczas do tych mniej lubianych dziewczyn - do dziś nie wiem dlaczego. W liceum próbował wyjaśnić mi to mój kolega Rafał, jednak ciężko mi było zrozumieć argument, że po prostu byłam 'dziwna'.Dlatego wolałam wierzyć w to, że byłam zbyt atrakcyjna jak na warunki panujące wśród 15-letnich ogierów. Dochodzimy jednak do sedna - w mojej 3-ciej klasie zaprzyjaźniłam się głównie z dziewczynami i tuż po zakończeniu gimnazjum postanowiłyśmy to uczcić. Udałyśmy się (pełne podekscytowania) na plac Wszystkich Świętych, gdzie w popularnym kiosku na rogu zakupiłyśmy LM lajty. Kosztowały wtedy coś koło 7 złotych (panie boże, spraw by te ceny wróciły). Potem postanowiłyśmy zakupić piwa - pamiętam, że kupiłyśmy Lechy, które dumnie otwierałyśmy nieopodal hotelu Forum, na którym to kilka lat później wisiał bilbord z hasłem Zimny Lech. Nie byłyśmy jednak odpowiednio zaopatrzone, ponieważ pomysł napicia się z okazji ukończenia gimnazjum, wpadł nam do głowy zupełnie spontanicznie. Co się z tym wiąże - nie posiadałyśmy otwieraczy, ani nawet umiejętności otwierania butelek zapalniczką. Próbowałyśmy wielokrotnie o kant bulwarów wiślanych - skończyło się to jednak na zwykłym ubiciu szyjki butelki i efektownym wlewaniu piwska do gardeł z pół-tulipanów. Nie mam pojęcia ile wtedy wypiłam - zdecydowanie za dużo, to wiem na pewno, ponieważ po powrocie do domu ukryłam pozostałe z naszej libacji trzy piwa oraz paczkę papierosów pod poduszką. Rodzicom zakomunikowałam, że jestem niebywale zmęczona po zakończeniu roku i że idę spać. Zapytałam na dodatek,czy puszczą mnie następnego dnia na wianki - planowałam wtedy wraz z koleżankami z byłej już klasy, dokończyć spożywanie naszych napojów alkoholowych. To właśnie ten moment, przypadł na okres,w którym nad wyraz aktywna byłam na wszelkich pro-homo stronach - poszukiwałam dziewczyny lub namiastki takowej, a wszystkie filmy lub seriale z wątkiem lesbijskim były przeze mnie dokładnie obejrzane. Jedną z moich kompanów do picia była dziewczyna, w której byłam skrycie zakochana - nie wystarczająco jednak, by ujawnić moje skłonności. Nie zmieniało to jednak tego, że właśnie w tamtym momencie historia moich przeglądanych stron mogłaby się spokojnie zamknąć na haśle 'lesbian' tudzież 'lesbijka'. Wspominam o tym, ponieważ następnego dnia zostałam o godzinie 7:00 obudzona przez moich rodziców. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że po pierwsze była sobota, a po drugie rozpoczęły się moje wakacje. W chwili, gdy zostałam zerwana z łóżka, natychmiast chwycili się za poduszkę i zaczęli przeglądać co mam ukryte w, pod i koło łóżka. Na moje nieszczęście znaleźli nieotwarte jeszcze piwa oraz ledwo rozpoczętą paczkę LM Lajtów. Zostałam wyproszona z pokoju i miałam oczekiwać na reprymendę w salonie. Pamiętam, że moim największym wówczas zmartwieniem było to czy puszczą mnie na wianki, które rozpoczynały się za 12 godzin. Kompletnie nie interesowały mnie ich znaleziska, ponieważ wychodziłam z założenia, że cechy charakteru, które przyczyniły się do takich, a nie innych skłonności, musiałam po kimś odziedziczyć. Ciężko było mi zrozumieć, że właśnie w tym momencie, problemy lat nastoletnich moich rodziców odchodzą na drugi plan, ponieważ to ja, 15-letnia dziewczynka, jestem na tapecie i absolutnie żadne wytłumaczenie nie działa na moją korzyść, a porównywanie zachowań mojego zbuntowanego ojca z czasów technikum, nie pomaga. Po wielu godzinach kłótni oraz krzyków dowiedziałam się, że rzekomo policja, która doskonale zna moją mamę, dostrzegła mnie 'chlejącą' nieopodal mostu i postanowiła zrobić mi parę zdjęć, by potem wysłać je na prywatny adres mailowy mojej mamy. Powiem wprost - będąc wystraszoną nastolatką, uwierzyłam w to. Teraz jednak śmieję się ze swojej głupoty, ponieważ wielokrotnie próbowałam odnaleźć podobny mechanizm u moich znajomych i niestety moje szukanie szło na próżno. Zastanawiałam się również, czy przypadkiem nie jestem córką prezydenta Mozambiku lub dziedzicem szefa CIA, że polska policja, która ma problem z odnalezieniem zaginionego roweru, znajduje czas na zrobienie zdjęć oraz wysłanie ich bezpośrednio do rodzica. Tak więc, już wtedy dostrzegłam, że nie jestem zwykłym dzieckiem, ponieważ ekipa rodem z serialu Malanowski i Partnerzy nie lata za byle kim. Z niekrytą satysfakcją muszę jednak przyznać, że moi rodzice się wówczas dość mocno zawiedli - prawdopodobnie szukali dowodów na moją narkomanię lub homoseksualizm (u nich niestety jest to rynsztokiem na podobnym poziomie), a odnaleźli zwykłą, zapijaczoną15-latkę, która chlała z koleżankami z klasy pod mostem. Czy można być 'more basic'?





Na dokończenie tej notki, chciałabym zaprosić was do przeglądnięcia rzeczy, jakie sklep ROMWE opisuje. Będę wdzięczna za każde kliknięcie

1. Bejbsolówka
2. Bluza street
3. Bluza czarna
4. Koszulka (piękna)