Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
Każdy z nas popełnił w życiu jakiś błąd, a może nawet cały szereg błędów. Każdy z nas czegoś żałował, było mu przykro i chciał to wszystko naprawić. Ja należę niestety do osób, które popełniają ich całkiem sporo, a radzenie sobie z konsekwencjami przychodzi mi zawsze z ogromnym trudem.

Jest środa, ja cierpię na silne przeziębienie i zmagam się z napięciem przedmiesiączkowym. Wmawiam sobie, że mój nastrój wynika tylko i wyłącznie z tych aspektów, chociaż podświadomie wiem, że jest on efektem mojego radzenia sobie z błędami. Które popełniam ciągle - jedne świadomie, inne nieświadomie. Od lat zmagam się z dążeniem do jednej wyznaczonej daty - bo za miesiąc już będzie lepiej, za miesiąc już będzie zajebiście. Ciągle sobie powtarzam takie coś i być może przez to, że odstęp czasu jaki dzieli mnie od mojej 'mety' jest tak odległy, nie widzę tak dokładnie tej poprawy.

Fakt, że widzę te błędy i się do nich przyznaje, wynika z tego, że niestety troszeczkę dorosłam. Gdy miałam 18 czy 19 lat, popełniałam masę błędów i robiłam to w pełni świadomie. Nie obchodziły mnie jednak konsekwencje i to co moje małe przestępstwa przyniosą w przyszłości. Wydawało mi się, że jestem jakąś wersją boga, którego nie dosięgnie karma, bo przecież nie robię nic złego, a jeżeli to co robię jest złe, to dlaczego nie odczuwam żadnego cierpienia w konsekwencji?

Wyniosłam z tego okresu wiele, podobnie zresztą jak z każdego innego. Skoro już w czymś tkwię, coś robię, to niech to nie idzie na marne.

Przyzwyczaiłam się na chwilę obecną do życia z pewnego rodzaju ciężarem. Nauczyłam się stawiać małe kroki, potem większe i w końcu nauczyłam się skakać. Mimo tych +48 kilogramów na moich barkach. Były momenty, że tak przyzwyczaiłam się do tego ciężaru, że o nim zapominałam i traktowałam moje życie po raz kolejny jako  pasmo beki i dobrej zabawy. I na dobrą sprawę tak jest, bo znowu nastają czasy kiedy ciężko powiedzieć mi, że zależy mi na czymś innym niż moje koty, niż moje ogólne samopoczucie i zaspokojenie wszystkich potrzeb fizjologicznych tudzież społecznych, ale ja nie o tym, bo odchodzimy od meritum.

Popełniłam ostatnio jeden dość spory błąd - czemu błąd zapytacie. A no dlatego, bo wiem, że sytuacja ta może mieć duży wpływ (jeżeli już nie miała) na moje przyszłe życie. Popełniłam więc go w pełni świadomie, narażając się na zapewne nieprzyjemne konsekwencje. Odpowiedź na pytanie, dlaczego go popełniłam jest łatwiejsza niż mogłoby się wydawać. Nic tak nie uczy nas jak porażka. Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. I tak właśnie jest teraz. Znałam swoje wady i swoje złe cechy, wiedziałam że irytowały one bliskich mi ludzi, ale jeśli mam być szczera to nie rozumiałam dlaczego. Musiałam więc doprowadzić siebie i swoje otoczenie do momentu, kiedy inni ludzie zachowują się dokładnie tak samo jak ja w momentach złych. I teraz widzę co tak naprawdę mogło denerwować we mnie moich bliskich. Wiem co było wręcz nieznośne, bo skoro ja ledwo wytrzymuje 5 minut takiego zachowania jakiejś osoby, to dlaczego oczekiwałam, że moje TAKIE SAMO zachowanie pozostanie bez reakcji przez długie tygodnie lub miesiące. Swoją drogą to zabawne, że kiedyś to ja byłam tą wiecznie mówiącą i gadającą, a teraz wole słuchać. Czasami nawet nie słuchać, dla samego słuchania, ale nie mam kompletnie żadnej potrzeby odzywania, a wszelkie przemyślenia zostawiam dla siebie, bo co to kogo interesuje.

Czy dążenie do sukcesu oznacza naprawianie swoich błędów? Myślę, że tak, ale ważniejsze jest wyciąganie prawidłowych wniosków z nich. Bo niestety czasami błędu nie da się naprawić i już zawsze będzie w naszej świadomości, dlatego należy wycisnąć z niego co tylko się da, żeby można było postawić go jako plus naszego życia, a nie minus.
To działa bardzo prosto, a daje duże lepsze spojrzenie na nasze życie. Ja jestem żywym przykładem na to, że użalanie się nad sobą to droga ku....porażce. Dopiero gdy wyparłam się tego, zaczęło mi żyć się po prostu lepiej. Zawsze stosowałam te zasadę w związkach. Pierwszy mi nie wyszedł i wiedziałam dlaczego, dlatego w drugim zminimalizowałam szanse na popełnienie znów tego samego błędu. Drugi mi nie wyszedł i też wiedziałam dlaczego, dlatego w trzecim zminimalizowałam błędy z pierwszego i drugiego związku. Trzeci mi nie wyszedł, więc miałam dodatkową lekcję do przerobienia i to właśnie zrobiłam. Byłam na tyle głupia, że umiałam zastosować zasadę nauki z błędów tylko w przypadku związków, a nie całego życia. A teraz stosuję ją niemal za każdym razem.
A jak nie wierzysz w to, że to działa to zastanów się - poszedłeś na sprawdzian z matematyki bez nauki i dostałeś jedynkę. Popełniłeś błąd. Wiesz, że następnym razem jak pójdziesz nienauczony to znów dostaniesz jedynkę. To od Ciebie zależy czy będziesz powielać ten błąd, czy go unikniesz.
Jak wiesz, że ktoś źle reaguje na telefon od Ciebie, chociaż zależy Ci na tej osobie - nie dzwoń. Nie pisz. Jak wiesz, że po burakach masz biegunkę - nie jedz ich. Jak wiesz, że po alkoholu zamieniasz się w dziwkę, a tego nie chcesz (tu jest sprawa dużo obszerniejsza, bo z moich obserwacji wynika, że każda kobieta musi przeżyć przynajmniej kilka bitch-party) - nie pij.

I na tym zakończę moją 'wyższą' notkę, która jest zapewne efektem mojego bardzo ciężkiego pms'a, a katar utrudnia dopływ tlenu do każdej z moich komórek, co wiąże się z niedotlenieniem mózgu, który przechodzi niespodziewanie ze stanu euforii w stan depresji.



























Nie wiem czy ktokolwiek z was oglądał kiedykolwiek serial "Criminal Minds". Nie zamierzam jednak o nim pisać i poświęcać tej notki na niego, ale by ładnie i dobrze rozpocząć chciałabym do niego nawiązać. W serialu tym na początku każdego odcinka czytany przez jednego z aktorów jest cytat, który w pewien sposób wiąże się z treścią poszczególnego odcinka. W jednym z ostatnich padły słowa: “It doesn’t take a lot of strength to hang on. It takes a lot of strength to let go" . 
Słowa te bardzo długo dzwoniły mi w uszach i analizowałam je na sto tysięcy sposobów. W końcu nastał dzień, w którym nie potrzebowałam ich już dłużej analizować - sens sam do mnie trafił i ustawił mnie dokładnie w tym miejscu, w którym powinnam teraz być, ale do rzeczy.

Muszę bez bicia przyznać, że przez ostatni czas moje życie to była jedna wielka ucieczka. Spowodowane to było lękami i strachami, które być może dalej są gdzieś w mojej głowie, ale nauczyłam się je ignorować. Nie boję się już powiedzieć co myślę, nie boję się zostać obrażona, wyśmiana czy zignorowana. Doszłam do momentu, w którym moja samoświadomość osiągnęła status niemalże doskonały, bo mimo swoich wad, które mam (walczę z nimi!), nie zamierzam robić czegokolwiek pod kogoś, ani tym bardziej dla kogoś. Wreszcie nastał czas, w którym to JA jestem dla siebie najważniejsza i nie zamierzam tego nigdy więcej odrzucać, nawet dla wyższych celów. Być może moje życie nie jest usłane różami - natrafiałam w nim wielokrotnie na osoby niegodne i niewdzięczne, które wyciskały ze mnie ostatnie soki dobroci. Przyznaje, że pierwszym moim odruchem była za każdym razem ogromna złość, poczucie odrzucenia, zawód, żal i gorycz. Tkwiłam z takimi emocjami w jednym miejscu i nie mogłam ruszyć naprzód. Pewnego dnia jednak okazało się, że to nie była wina tych ludzi, tylko moja i tylko moja. To ja na to wszystko pozwoliłam, to ja moimi bajkowymi przekonaniami dopuściłam do takiego obrotu sprawy nie raz i nie dwa. Za każdym razem przeżywałam ogromne cierpienia, bo zapomniałam o tym, że czasami po prostu nie warto. Nie warto się męczyć, katować, przejmować. Czasem trzeba po prostu odpuścić - i to na każdym polu. Odpuścić sobie i przestać winić siebie i innych. Trzeba zaakceptować siebie takim jakim się jest, dążyć do pewnego rodzaju doskonałości, ale nie takiej jaką by inni widzieli w Tobie. W końcu to dla siebie samych powinniśmy być doskonali, nie dla drugiej czy trzeciej osoby.

Jak wielu z was pewnie wie, w moim życiu w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy nastąpiły diametralne zmiany. Pomyślałam na początku, że chciałabym do tego wszystkiego wrócić, bo nowa rzeczywistość jest dla mnie totalnie nieznana i boję się jej bardzo mocno. Każdego dnia budziłam się ze strachem, że moja przeszłość, którą tak kochałam, oddala się coraz bardziej. Następnym etapem, który mi się przytrafił była ogromna mobilizacja i chęć zmian - tutaj należy szerzej poruszyć ten wątek, bo część z tych zmian była konieczna i potrzebna, druga natomiast była wynikiem tchórzostwa i cierpienia. Postanowiłam, że krótko mówiąc się naprawię, zmienię, że każdy element mojego życia ulegnie diametralnej zmianie. Słowo 'naprawa', zawierało w sobie nie tylko walczenie z wadami i lękami, ale także ucieczkę przed tym kim jestem i tym co znam. Uznałam, że najlepszą drogą będzie totalna izolacja, medytacja i odpoczynek. Okazało się bardzo szybko, że zamknięcie w czterech ścianach nie jest najlepszym wyjściem z sytuacji. Dlatego właśnie postanowiłam wrócić - do tego co znam, do tego kim jestem, byłam, bo prawda jest taka, że nie mam się czego wstydzić. Mam sobą wiele do zaoferowania przede wszystkim sobie, ale skończyłam z oczekiwaniem czegokolwiek od innych, zaczęłam oczekiwać od siebie. Wtedy za ewentualne niepowodzenie winić będę mogła tylko siebie i swoje lenistwo. Etap ten skończył się w momencie, gdy oddzieliłam grubą kreską to od czego faktycznie powinnam uciec, od rzeczy które zasługują na danie im drugiej szansy, bo w pewnym sensie kreują mnie.i najzwyczajniej w świecie dawały mi szczęście i spełnienie. I tu odpowiedź na pytanie "Klaudia, znowu masz bloga?". Tak, znowu mam bloga i już będę go mieć, bo wiem, że droga którą przechodzę jest drogą, z którą większość ludzi musi się w pewnym momencie życia zmierzyć. Mam bloga i będę go mieć, bo wiem, że moje największe hobby jakim są seriale i koty, zasługują na swoje miejsce w internecie. Mam bloga i będę mieć, ponieważ wiem, że mam w sobie niedoceniony potencjał i siłę, by pokazać ofiarom losu, że po burzy zawsze wychodzi słońce, a burza czasem jest tylko po to, żeby zmyć błoto z naszego powywracanego ciała.


I tak właśnie mogę śmiało powiedzieć WRÓCIŁAM. Nie do internetu, nie do pisania bloga. Wróciłam do bycia sobą, czyli do czegoś co zawsze najlepiej mi wychodziło. Dziękuję za to, że trzymaliście kciuki i wspieraliście mnie myślami. Udało się, dlatego pokaże wam teraz, że uda się i wam. Wszystko czego tylko będziecie chcieć. Nie chce, by ktokolwiek był ze mnie dumny, nie interesuje mnie to absolutnie, obecnie wystarczy mi tylko to, że ja jestem dumna z siebie. Bo o to chodzi w życiu - ja muszę być z siebie dumna, a każdy pozytywny, prześmiewczy lub negatywny  komentarz na to wszystko mnie najnormalniej w świecie nie interesuje.