Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty
Zazwyczaj opisuje tu wydarzenia, które miały miejsce w mojej dalekiej przeszłości, czasem zdarzają się wspominki z lat niedawnych. Tym razem jednak opiszę wam moją wizytę w gabinecie kosmetycznym, która odbyła się całkiem niedawno - bo pod koniec maja bieżącego roku. Nie będę ukrywać, że cała idea wypróbowania najróżniejszych zabiegów oraz kosmetyków ukierunkowanych przede wszystkim dla kobiet, jest dla mnie zabawą, ale też doświadczeniem, które pozwoli mi realizować te bardziej dalekosiężne projekty. Muszę natomiast przyznać, że pójście na woskowanie okolic bikini, było dla mnie stresujące i śmiech przeplatał się ze strachem dotyczącym bólu jaki nieuchronnie mnie czeka.

Gabinet, do którego się udałam został znaleziony zupełnie przypadkowo - wpisałam w wyszukiwarkę "depilacja woskiem kraków" i trafiłam do Active Woman. Wpis ten  nie jest w żaden sposób sponsorowany, dlatego z czystym sumieniem mogę polecić ten gabinet kosmetyczny każdej mieszkance Krakowa, zwłaszcza, że poza całym wachlarzem zabiegów oraz zajęć dla pań, dysponuje on niesamowicie sympatyczną kadrą, która stara się zniwelować strach oraz rozwiać wątpliwości związane z (w moim przypadku) depilacją woskiem.

Muszę gorąco polecić Panią, którą przeprowadzała zabieg - Pani Ewa nie dość, że przesympatyczna, to (jak zobaczycie w filmikach poniżej) potrafiła maksymalnie skupić moją uwagę na rozmowie z nią, bym nie skupiała się aż tak na (mimo wszystko) średnio przyjemnej części mojej wizyty. Nie wyobrażam sobie co by było, gdybym miała w ciszy i skupieniu czekać na oderwanie plastra z okolic bikini.

Salon jest bardzo estetyczny, posiada wiele pokoi przeznaczonych do najróżniejszych zabiegów, a ten do którego trafiłam ja przypominał mi nieco gabinet masażu przez delikatnie przyciemnione światło i zapach olejków eterycznych. Jeżeli któraś z was interesowała się woskowaniem bikini, to wiecie, że istnieje kilka modeli - ja wybrałam to najgłębsze, bo skoro miał to być eksperyment, uznałam że tak będzie najciekawiej. Bikini Hollywood - bo tak się to nazywa jest depilacją, która pozwala na usunięcie owłosienia z absolutnie całej intymnej powierzchni. Po wejściu do pokoju dostajemy nawilżone chusteczki, które pozwolą nam się odświeżyć i poczuć bardziej komfortowo oraz jednorazowe stringi, by nie czuć się zupełnie obnażonymi.


Jeżeli chcecie zdecydować się na ten zabieg to (dziwnie to może brzmieć) należy zapuścić włoski tak, by miały co najmniej 0,5 cm - tylko przy co najmniej takiej długości zabieg ma sens i można spodziewać się efektów. Ból sam w sobie nie jest tak straszny jak można to sobie wyobrazić - oczywiście są miejsca bardziej wrażliwe i lepiej ukrwione, w których da się odczuć pewien dyskomfort. Były chwile, w których łzy mi podeszły do oczu - nie ma się co dziwić - miałam w końcu wyrywane włosy z miejsca intymnego, ale chwila męki (trwało to ok. 15 min.) była tego warta, bo owłosienie zaczęło wracać po 3 tygodniach. Pani Ewa poinformowała mnie również, że im częściej przeprowadza się ten rodzaj depilacji, tym włoski wychodzą łatwiej (z mniejszym bólem) i jest ich zdecydowanie mniej. Po zabiegu należy ograniczyć wizyty w saunie lub na siłowni przez ok 2 dni, bo jednak depilowane miejsce jest podrażnione.

Czy polecam - zdecydowanie tak, strach ma tylko wielkie oczy i warto czasem (nawet dla eksperymentu) udać się chociaż raz na woskowanie. :)




a tutaj specjalnie dla was zmontowane fragmenty ze snapa, jakie dodawałam w trakcie depilacji :) 
Jeżeli ktoś nie dodał mnie jeszcze na snapie to zachęcam: ininswetrust






Dres - SHEINSIDE




koszulka bulls - SHEINSIDE


Sukienka - WALKTRENDY


plecak - SHEINSIDE


Zmieniłam również kolor włosów o czym pewnie większość z was już wie - ja jestem bardzo zadowolona :) O procesie zejścia z ciemno-brązowych włosów do białego napiszę w osobnej notce, bo jak pewnie się domyślacie taka zmiana wymaga specjalnej pielęgnacji. 





W marcu postanowiłam zrobić coś na co nigdy nie starczyło mi odwagi, czasu ani - co najważniejsze - chęci. Postanowiłam przeżyć miesiąc bez mięsa, co nie było dla mnie łatwe i potwierdzą to wszystkie osoby, które kiedykolwiek spędziły ze mną odrobinę więcej czasu i spróbowały moich steków lub burgerów.

Wielokrotnie napotykałam na swojej drodze osoby wege - zdarzało się, że byli to obrońcy zwierząt i nie jedli mięsa ze względu na swój światopogląd, zdarzały się też takie, które mówiły wprost, że mięso im nie smakuje. I jednym i drugim mogłabym bez trudu odbić piłeczkę, jednak ci mówiący, że nie jedzą mięsa, bo im nie smakuje najczęściej nigdy nie mieli do czynienia z dobrze przyrządzonym stekiem wołowym lub odpowiednio upieczonym indykiem. Należę do tych osób, które uważają, że człowiek jest w stanie zjeść wszystko pod warunkiem, że mu się to dobrze przygotuje i apetycznie poda - nawet jeżeli miałyby to być bycze jaja w sosie z krowich jelit. 
Zdarzało mi się także spotykać z osobami, które wolały kotlety sojowe zamiast tych schabowych i próbowały wcielać w mój jadłospis produkty wegetariańskie - wychodziło im to mizernie, mi natomiast wprowadzenie w ich jadłospis przygotowanej przeze mnie karkówki lub domowej roboty burgera, nie sprawiło wielkich trudności. No cóż - podobno umiem gotować i o ile mi się tylko chcę, potrafię zrobić naprawdę dobry posiłek.



Marcowe wyzwanie było przede wszystkim zmianą nastawienia. Musiałam pamiętać przez pierwsze dni, że przecież nie jem mięsa, więc kanapka z szynką na śniadanie nie wchodzi w grę. Zadanie miałam o tyle utrudnione, że osoby z mojego najbliższego otoczenia nadal pożywiały się głównie mięsem, chociaż jeżeli już gotowałam to nie narzekali, powiedziałabym nawet, że jedli aż się uszy trzęsły! Co więcej - mi również smakowało, do tego stopnia, że zaczęłam poważnie rozważać moje definitywne przejście na wegetarianizm, bo poza niezwykłymi kombinacjami potraw, które wywoływały fantastyczne odczucia smakowe, dużo lepiej się czułam i bynajmniej nie chodzi tutaj o moją wagę, ale o ogólne samopoczucie. Bardzo szybko zauważyłam, że podczas diety bezmięsnej znacznie lepiej się wysypiałam, miałam więcej energii oraz czułam się zdecydowanie lżej po posiłku. Moja rodzina od lat stosuje dietę dopasowaną do grupy krwi - okazała się ona zbawienna dla mojego ojca, który po zawale zmienił swój tryb życia i jest teraz młodym bogiem, dlatego być może wpływ na moje samopoczucie miała właśnie moja krew, a jest nią A RH+. Według tej ideologii, osoby z a rh+ praktycznie nie powinny spożywać posiłków mięsnych - najzwyczajniej w świecie gorzej je trawią.

Wybór przepisów

Kiedyś żyłam w przeświadczeniu, że obiad bez mięsa to nie obiad, dlatego najważniejszym elementem rozpoczęcia zmiany stylu jedzenia było znalezienie kilku(nastu) przepisów obiadowych, które nie dość, że zawierają produkty warzywne jakie lubię, ale też takie, którymi się najzwyczajniej w świecie najem. Kiedyś wegetarianizm kojarzył mi się z jedzeniem sałatek i przegryzaniem sałaty pomidorem, Teraz wiedziałam o tym odrobinę więcej, jednak nadal musiałam poszukać najciekawszych pomysłów i apetycznych przepisów, które sprawią, że najem się do syta. Trafiłam na kilka stron - puszka.pl, zwegowani.pl i kilka blogów, poświęconych dietom roślinnym. Potrafiłam bez trudu wymyślić śniadanie, które było nie dość, że apetyczne to jeszcze pełnowartościowe. Udało mi się wyselekcjonować kilka dań, które zaplanowałam ugotować i przyznam szczerze, że kilka z nich na stałe zagości w moim menu. 

Lazania wegetariańska

Wybór odpowiedniego przepisu był trudny - nigdy wcześniej nie robiłam lazanii, więc sugerowałam się zdjęciem, które wydawało mi się najbardziej estetyczne. W ciągu miesiąca wegetariańskiego udało mi się przyrządzić ją trzy razy i za każdym razem delikatnie modyfikowałam przepis, tak by był nie tyle dobry, ale wręcz idealny - przynajmniej dla mnie i taką wersję wam przedstawię.



Składniki:
  • 1 bakłażan
  • 2 średnie cukinie 
  • 2 puszki lub kartoniki krojonych pomidorów
  • 2 papryki
  • 1 marchewka
  • kilka pieczarek
  • 1 cebula
  • 3 łodygi bazylii
  • 12 płatów Lasagne
  • 2-3 kulki Mozzarelli
  • 400 g sera Cheddar
  • 1-2 papryczki chili lub habanero
  • sól i świeżo zmielony pieprz
  • oliwa
Przygotowanie

Warzywa należy umyć i osuszyć. Bakłażana pokroić wzdłuż (cienko!) i posolić i odstawiać na kilka minut żeby odsączyć toksyczne soki jakie się w nim znajdują (tego dowiedziałam się z jakiegoś odcinka Magdy G.) Cukinie i pieczarki pokroić na plasterki, papryki i cebulę w kosteczkę. Marchewkę zetrzeć na tarce. 
Na patelni podgrzewamy oliwę i dodajemy cebulę, startą marchewkę, papryki i pieczarki. Wszystko smażymy kilka minut, tak by cebula się zeszkliła, a inne warzywa zmiękły. Dodajemy krojone pomidory i przyprawiamy solą, pieprzem, bazylią i innymi przyprawami jeżeli mamy na nie ochotę (ja gustuję w ostrej papryce, bazylii, oregano bądź ziołach prowansalskich). Wszystko smażymy/dusimy kilkanaście minut co jakiś czas mieszając. Ważne, żeby sos wam smakował - jeżeli nie będzie wam smakował z patelni to sama lazania nie będzie najlepsza. 
Na drugiej patelni smażymy plastry cukinii oraz bakłażana. 
Warto mieć już pokrojoną mozzarelle i starty ser cheddar, by samo konstruowanie lazanii przebiegało w miarę szybko.
Do osolonej wody dodajemy dość sporo oliwy, tak by zanurzane płaty lazanii nam się nie sklejały. Gdy woda się już zagotuje możemy wrzucać płaty lazanii - ja wrzucałam po dwa lub trzy i gotowałam je na półmiękko - wystarczy zobaczyć jak długo producent makaronu zaleca gotować makaron i podzielić ten czas przez pół ;). 
Wyciągamy płaty ostrożnie i dajemy na talerzyk żeby troszkę się odsączyły z wody - potem układamy je w naczyniu żaroodpornym, tak by zajęły całą powierzchnię podstawy (w tym miejscu chciałabym podziękować mojemu nauczycielowi matematyki z czasów liceum - Panie Robercie, dziękuję za trud włożony w nauczanie mnie tej trudnej dziedziny, zapamiętałam co to pole powierzchni oraz podstawa). Makaron smarujemy sosem (ja robiłam to dość obficie, tak by nie było za dużo prześwitów do makaronu. Układamy teraz plastry cukinii oraz bakłażana, a całość przykrywamy startym serem cheddar i kilkoma plastrami mozzarelli. Między mozzarelle warto położyć listki bazylii ;). Całość przykrywamy kolejnymi płatami lazanii (które się w tym czasie gotowały ;)) i powtarzamy czynność do wyczerpania zapasów. Ostatnią warstwę makaronu przykrywamy tylko serem cheddar, mozzarellą i bazylią. Można dać tam też kilka plastrów papryczki habanero, ale wtedy lazania będzie bardzo pikantna. 
Naczynie żaroodporne wkładamy do piekarnika rozgrzanego na 180 stopni i pieczemy około 20 minut.


Cukiniowe placuszki z suszonymi pomidorami


1 cukinia
kilka ugotowanych ziemniaków
2 jajka
pół szklanki mąki
pół szklanki bułki tartej
3 ząbki czosnku
kilka suszonych pomidorów
zioła prowansalskie
ostra papryka
sól
pieprz
oliwa

Cukinie ścieramy na tarce, najlepiej na jak największych oczkach, czosnek albo siekamy, albo korzystamy z wyciskarki do czosnku (jakkolwiek to się nazywa). Ugotowane ziemniaki zgniatamy widelcem i dodajemy do cukinii i czosnku. Dodajemy jajka i posiekane suszone pomidory. Przyprawiamy solą, pieprzem, papryką i ziołami prowansalskimi. Dodajemy mąkę i bułkę tartą, a gdy całość zmieszamy i będzie mieć w miarę gęstą konsystencję, formujemy z naszej 'papki' kotleciki i wrzucamy na rozgrzaną patelnię, wcześniej skropioną oliwą. Jeżeli papka nie jest wystarczająco gęsta - dodajcie troszkę mąki lub bułki tartej. 

Kotleciki z farszu z ruskich pierogów

Przepisów na farsz na ruskie pierogi jest chyba tyle ile gospodyń w Polsce - warto więc zapytać babci lub mamy, jakich proporcji używa, bo zapewne ten właśnie farsz będzie nam najbardziej smakował.
Ja lubię farsz z dużą ilością cebuli, z przewagą ziemniaków i zazwyczaj robię go na smak i nie korzystam z takiej lub innej ilości ziemniaków czy sera. Przed przygotowaniem jednak, zawsze pod ręką mam:

0,5 kg twarogu półtłustego
1 kg ziemniaków
2-3 duże cebule
sól
pieprz


Cebule siekamy na kostkę i smażymy na oliwie. Zawsze podczas smażenia sole ją odrobinę, by puściła soki. Ugotowane ziemniaki przepuszczamy przez praskę (jeśli mamy, ja nie mam, więc ugniatam je na wszystkie możliwe sposoby, tak by wyszła papka*), dodajemy sera i cebule. Całość mieszamy tak, by składniki się połączyły. Całość doprawiamy do smaku - nie żałujcie pieprzu ani soli - przynajmniej na początku ;) Zanim całość będzie doprawiona minie kilka chwil, a wy pewnie najecie się samym farszem, bo naturalnie trzeba spróbować kilka razy, czy smak nam odpowiada. Gdy już tak jest do miseczki wbijamy jajko lub dwa - zależy ile kotlecików chcemy przygotować. Formujemy z farszu kotlety i moczymy w jajku z obu stron. Obtaczamy w bułce tartej i wrzucamy na rozgrzaną patelnie. Kotlety obracamy delikatnie, żeby się nie rozbiły, po kilku rozwalonych kotlecikach nabierzecie wprawy ;)

Tiramisu bez kawy

kakao
likier amaretto lub whiskey
8 żółtek
8 łyżek cukru
500 g serka mascarpone
250 g biszkoptów



Zamiast kawy, używam kakao, ponieważ pierwsze tiramisu robiłam dla osoby, której właśnie smak kawy nie odpowiadał. Wiadomo, że nie jest to klasyczne tiramisu i wiele osób mogłoby się obrazić nazywaniem mojego deseru, deserem Tiramisu, ale uważam, że warto mieć jakąś alternatywę ;)
Do kubka wsypujemy około dwie łyżeczki kakao i zalewamy wrzątkiem. Dodajemy odrobinę alkoholu - ja dodaję jeden kieliszek do 250ml zaparzonego kakao. Warto ostudzić naszą mieszankę, tak by łatwiej było nam później maczać w niej biszkopty. 
Żółtka oddzielamy od białek, białka wyrzucamy, a do żółtek dodajemy cukier. Ubijamy mikserem dość długo - ma wyjść puszysta i gęsta masa. W drugiej misce miksujemy serek mascarpone - robimy to około 3 minut i stopniowo dodajemy ubitą z żółtek i cukru masę. Całość miksujemy aż masa będzie bardzo puszysta i jednolita. Biszkopty maczamy w misce, do której wcześniej nalaliśmy kakao i układamy w naczyniu. Na ułożone biszkopty wylewamy masę z serka i korzystając z sitka, posypujemy kakao. Na posypaną masę z serka układamy kolejne biszkopty i wszystkie czynności powtarzamy do wykorzystania składników. Ostatnią warstwą ma być krem.
Naczynie wstawiamy do lodówki na około 3 godziny, chociaż ja wolę jeść tiramisu dopiero następnego dnia. 

Smacznego!





Wnioski

Tak jak wcześniej wspomniałam - po jedzeniu rzeczy tylko wegetariańskich czułam się zdecydowanie lepiej. Zaczęłam wierzyć, że w istocie warzywa to zdrowie. Było mi jednak przykro, że znalezienie restauracji z menu bezmięsnym jest niebywale trudne, o dowozie jedzenia nie wspominając. Bardzo zasmakował mi falafel w sami-am-am (ul. Wawrzyńca w Krakowie), ale nadal uważam, że wegetarianie mają znacznie utrudnione zadanie jeśli chodzi o zamawianie jedzenia np. podczas imprez. Każde wyjście na miasto wiązało się z dokładnym przemyśleniem gdzie mogę zjeść, bo nie oszukujmy się - niemal każda knajpa ma w menu coś wege, ale jest to bardzo okrojony wybór, jeżeli chcemy zjeść coś bardziej wymyślnego niż sałatka grecka. Wielokrotnie powtarzały się pytania, czy zamierzam przejść na wegetarianizm - kiedyś być może tak, ale tylko w momencie gdy pozwoli mi na to więcej czasu, bo przy obecnym trybie życia niestety nie mam jak przygotowywać sobie codziennie pełnowartościowych posiłków, jednak zdecydowanie wprowadzę do swojego menu potrawy wegetariańskie, bo nie dość, że są zdrowe, to jeszcze przepyszne i bez trudu potrafią zastąpić mięso. Walory smakowe potraw jakie jadałam były zdecydowanie barwniejsze niż w przypadku wołowiny czy też kurczaka i właśnie to najbardziej polubiłam. Zachęcam was wszystkich do spróbowania jedzenia rzeczy bezmięsnych przez miesiąc, jest to pewnego rodzaju przygoda dla osób, które kochają kebaba lub kotleta schabowego, ale na pewno wywrze to na was wrażenie. 

















Do napisania tej notki skłonił mnie kolejny mail, który dostałam od jednego z was - moich czytelników bądź obserwatorów. Chcę na wstępie zaznaczyć, że w takich wiadomościach nie ma absolutnie nic złego, nie zmienia to jednak faktu, że dostając coś takiego, chwytam się za głowę.
Nie odpisałam na żadną wiadomość, w których prosiliście mnie o pomoc z tym konkretnym problemem (jaki to problem - zaraz się dowiecie), ponieważ w istocie, takich pytań dostaję najwięcej i uznałam, że może upubliczniona notka wyczerpie temat. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to odpowiedź, która zadowoli każdego, wszak nasze sprawy osobiste są zawsze najważniejsze, a każdy najmniejszy szczegół jest najbardziej istotny, niemniej jednak postaram się by treść była na tyle uniwersalna, że pomoże chociaż w małym stopniu, każdemu.

O co chodzi?

O złamane serce i rozstania.


/czas na fanfary/

Nie będę cytować żadnego z tych maili, bo nie chcę, by ktokolwiek poczuł się urażony lub wyśmiany, dlatego postaram się sparafrazować je wszystkie na raz, tak by zawrzeć sedno.

"Klaudia co robić, ona mnie zostawiła, mam złamane serce, a wiem, że bez niej nie dam rady, bo nie wyobrażam sobie życia bez niej."

No cóż - nie ma co owijać w bawełnę - temat ten jest bardzo ciężki i każdy z nas zmagał się (lub dopiero będzie zmagał) z tym uczuciem. Bolące serduszko i chęć śmierci, jaką odczuwamy w momencie, gdy rozpada nam się życie jest nie do opisania i wydaje nam się nie do przejścia. Też tam byłam, też to czułam - co więcej, czułam to trzy razy. I powiem od razu - do nikogo maili nie pisałam, ani nie pytałam o radę jak sobie z tym poradzić. Nie robiłam tego, ponieważ nie ma leku na złamane serce i każdy z nas (każdy!!!) musi to przeżyć na swój sposób, w swoim czasie. Innym zabiera to lata, innym tygodnie, a jeszcze innym zaledwie kilka dni. Na szczęście w końcu ten ból ustępuje i zostaje śmiech, sentyment lub żal. Tak czy siak - można żyć dalej.

Ja patrząc na siebie, przeżywającą moje ostatnie rozstanie, mam ochotę strzelić TEJ osobie w łeb. Mówiąc TEJ, mam na myśli siebie, bo nie akceptuje i nie poznaje tego człowieka, jakim byłam w tym traumatycznym momencie. Uważam, że bardziej żałosną osobą być się nie dało, bardziej monotematyczną i słabą. Ja nie pisałam maili do osób z internetu - ja rozmawiałam ze znajomymi i przyjaciółmi. Szukałam ukojenia i uspokojenia, ale żadne hasła za wyjątkiem "na pewno wróci", nie poprawiały mi humoru. I to jest właśnie powód, dla którego nie odpisałam na jednego maila z cyklu 'mam złamane serce'. Doskonale wiem, że jedyną satysfakcjonującą odpowiedzią, byłoby zapewnienie, że na pewno ze sobą będziecie, że na pewno się zejdziecie, pogodzicie i będziecie kochać do końca świata i jeden dzień dłużej, ale prawda jest taka - że może się też tak nie stać, a ja absolutnie nie chcę ponosić winy za błędną diagnozę. A raczej na pewno byłaby błędna, bo niestety każdy z nas opowiadając historię związku lub rozstania, przedstawia swoją subiektywną ocenę lub przedstawia fakty w taki sposób, nawet gdy myśli, że zachowuje największy możliwy obiektywizm.

Pierwszy raz złamane serce miałam w 2009 roku. Zostawiła mnie wtedy moja ukochana pierwsza dziewczyna Justyna. Mój ból był tak głęboki, że moje liczne zdrady sprzed rozstania straciły w moich oczach na znaczeniu. "Przecież już dostałam za swoje skarbie najukochańszy, przecież płaczę i skręcam się z bólu" - mówiłam. To były dla mnie traumatyczne chwile - zaczęłam palić i pić codziennie, zdarzały się nawet tygodnie, w których nie jadłam.  Po fazie zaskoczenia i próbach zaakceptowania zaistniałej sytuacji, przyszła kolej na gniew, który okazywałam poprzez stalking. Wysyłałam Justynie kwiaty, a pod drzwiami zostawiałam ckliwe listy. W tym właśnie okresie Justyna weszła w nowy związek - ja postanowiłam sterczeć pod jej balkonem i pić piwo - no cóż, nikt nie mówił, że rozstanie ze mną będzie łatwe, ale no jestem osobą, która nie znosi najlepiej odrzucenia. Kolejną fazą było wyśmiewanie nowej wybranki Justyny - nie było to jednak trudne, ponieważ nie należała do najbardziej urodziwszych kobiet, zwłaszcza z tego powodu, że wcześniej uważałam ją za dobrą koleżankę lub przyjaciółkę. W takich okolicznościach nawet Angelina Jolie zamienia się w potwora z Loch Ness. Robienie różnorakich przeróbek zdjęć, lub prezentacji w power point'cie z 'nową kobietą Justyny' w roli głównej, było moim ulubionym zajęciem, a plakat z uciętą głową owej pani jeszcze długo wisiał u mnie w pokoju. Rodzicom mówiłam, że to stara znajoma, z którą się pokłóciłam i tak odreagowuje - zaakceptowali to bo nie mieli wyjścia, zwłaszcza, że lubowałam się w photoshopie i przeróbka była na tyle udana, że przez trzy tygodnie nie zauważyli, że doklejona na włócznie Mela Gibsona, głowa, raczej nie pochodzi z filmu Braveheart. Nawet po moim cudownym zejściu się z Justyną, długo nie potrafiłam się jej przyznać do rozmiarów mojej nienawiści względem jej byłej sympatii - znała za to pseudonim, jaki nadałam jej 'chwilowej' kobiecie. Nie była wielką fanką Gwiezdnych Wojen, dlatego nie skojarzyła od razu o kogo chodziło - dopiero po zaprezentowaniu jej Jabby, wiedziała o kim mówię. Jakie było moje oburzenie, gdy nie odnajdywała w postaci ze Star Warsów swojej (na szczęście już) byłej.

Kolejny raz ze złamanym sercem był nieco inny - poprzedzony był wielkimi dramatami i licznymi zdradami (tym razem nie z mojej strony). Nie miało to jednak wpływu na moją gorycz, która doprowadziła mnie do wieszania się na drzwiach, wieszakach i próbie rozbicia się autem o drzewo. Nic jednak z tych rzeczy się nie stało, bo jak się okazało - po pijaku jeżdżę lepiej niż na trzeźwo, a moja ukochana przyjaciółka Patrycja przychodziła w każdym najgorszym momencie, by uratować mnie od osierocenia kotów. Nie zliczę jednak łez, które wylałam z tęsknoty za największą (jak się potem okazało) porażką mojego życia. Byłam do tego stopnia roztrzęsiona, że niemal od razu wplątałam się w kilka relacji, które miały być substytutem wielkiej miłości, która ode mnie odeszła. No bo właśnie - w przypadku Justyny uznałam, że broń boże nie będę leczyć złamanego serduszka nowymi dziewczynami lub chłopcami. W tym natomiast przypadku, było to najlepszym wyjściem. Z takiej właśnie gromadki dziewczyn-substytutów wyselekcjonował się ktoś szczególny, bo moja kolejna kobieta, która złamała mi serce. Na szczęście bolało najmniej, chociaż pierwsze dwa miesiące były naprawdę ciężkie. Na to wpływ miała jednak sytuacja, w jakiej zostałam postawiona, czyli powrót na stare śmieci i próba pojednania z rodzicami, po niemal rocznym braku kontaktu. Wspominam jednak o tym tylko dlatego, że im dalej w las - tym łatwiej, bo już umiemy sobie radzić z rozstaniami. Oczywiście nikomu z was tego nie życzę, bo to jedno z gorszych rozczarowań, jakie ktokolwiek może odczuwać, ale uwierzcie - każde następne rozstanie boli mniej - niezależnie od tego jak wielkie uczucie nie było. Nie ma wobec tego co bać się wchodzenia w kolejne relacje, bo następnym razem i tak będzie bolało mniej - o ile oczywiście ta następna osobą nie jest tą ostatnią ;)


PS: wiem, że notka nieco inna od tych wcześniejszych, ale uznałam, że warto zachować chociaż odrobinę powagi w tym temacie, zwłaszcza, że pewnie część z was ma obecnie złamane serce lub przechodzi kryzys w związku. Innymi słowy - nie martwcie się, a to co czujecie teraz postarajcie się zapamiętać, zwłaszcza rzeczy, które poprawiają wam nastrój, bo może wykorzystacie je kiedy znów coś (tfu tfu) nie wyjdzie. Na porażkach też można budować, zwłaszcza swój charakter.


Poniżej macie małą dawkę zdjęć z moją nową fryzurą - pewnie większość z was wie, ale postanowiłam skrócić moje włosy i zdecydowanie nie żałuję. ;)







kurtka: >KLIK<










O tym jak umierałam

Nie wiem czy ktokolwiek z was ma starsze rodzeństwo. Ja mam starszego brata, którego całe życie darzyłam największym szacunkiem i miłością. Co więcej - jest najważniejszym mężczyzną w moim życiu (wyłączając z wyścigu oczywiście Cicika, bo każdy wie, że mój kot jest bezkonkurencyjny). Od najmłodszych lat wzorowałam się na moim bracie, stąd zamiłowanie do chodzenia na mecze tudzież zabawa samochodzikami nie były niczym dziwnym. Uwielbiam wspominać czasy, w których czekaliśmy aż nasi rodzice pójdą na jakąś imprezę, zakładaliśmy gogle narciarskie, kombinezony i urządzaliśmy w mieszkaniu poligon. Zakupione kilka tygodni wcześniej na odpuście pistolety na kulki nie mogły się przecież zmarnować. Moi rodzice zamykali drzwi, przekręcali klucze w zamku, a my ruszaliśmy do naszych ekwipunków, ładowaliśmy naboje i zaczynaliśmy w siebie strzelać. Do tej pory nie zapomnę jak udało mi się trafić go w szyję i spadło mu najwyraźniej dużo HP, bo musieliśmy zrobić przerwę. Podobna przerwa miała miejsce kiedy to ja ukryłam się pod kanapą, a on to naturalnie rozgryzł. Strzelił w podłogę i kulka odbiła się tak, by wylądować na moim podbródku. Rozpłakałam się - jak to młodsza o niemal dekadę siostra. Ale ja nie o tym chciałam. Mój brat miał swego czasu bardzo poważne ataki hipochondrii - umierał wielokrotnie, wielokrotnie wydawało mu się, że jego czas się kończy. Nie inaczej mogło być ze mną. O ile oczywiście podejrzenia 20-letniego faceta mogą być brane pod uwagę, o tyle 9-latka, która krzyczy, że ma zapalenie opon mózgowych, bo swędzi ją głowa, wydaje się śmieszne. Wszystko za sprawą tajemniczej książki, jaką to dostaliśmy już nie wiem od kogo, a co ważne - nie wiem po co - "Lekarz Domowy". Książka ta odpowiadała na niemal każde pytanie dotyczące naszego samopoczucia. Przykładowo, bolała kogoś głowa, więc otwierał książkę na stronach odpowiedzialnych za zdiagnozowanie choroby, w których jednym z objawów jest właśnie ból głowy. Wyglądało to jak taki test i odpowiadało się na pytania "tak" lub "nie". Właśnie dzięki tej książce swędzenie głowy zostało zdiagnozowane przeze mnie jako zapalenie opon mózgowych. Szkolna pielęgniarka co prawda zmieniła diagnozę, ponieważ stwierdziła u mnie wszy, ale ja i tak dzielnie trwałam przy mojej medycznej biblii. Czasem zdarzało mi się ją czytać tak o -bez większego sensu i potrzeby. Uważałam to za rozsądne, ponieważ to logiczne, że nie zawsze mogę mieć ją przy sobie, a umrzeć można zawsze. Podczas jednego wieczornego przeglądania stron odpowiedzialnych za ból brzucha (to dość typowy objaw wśród dzieci, zwłaszcza jeżeli żelki przeżerają kotletem i Danonkami w ilościach kilogramowych). Trafiłam wtedy na bardzo interesującą dla mnie chorobę - zapalenie wyrostka robaczkowego. I wtedy się zaczęło...

Podeszłam do mojego oczytanego brata i zapytałam go co to jest wyrostek robaczkowy, bo w "Lekarzu Domowym", pod hasłem zapalenie wyrostka robaczkowego zaznaczony był wykrzyknik i bardzo groźnie brzmiące hasło "Skontaktuj się jak najszybciej z lekarzem!" (całość opatrzona była czerwonym lub żółtym kolorem i wykrzyknikiem, który nakazywał dzwonienie do domu pogrzebowego, celem domówienia szczegółów pogrzebu). Mój ukochany starszy brat bardzo szybko wyjaśnił mi na czym polega schorzenie, o które go zapytałam. Doskonale wiedział o co pytam, najwyraźniej też wyrostek robaczkowy wydawał mu się bardzo groźną sprawą. Wróciłam do mojej książki i doskonale przeanalizowałam co musi się dziać, bym mogła z całą pewnością stwierdzić, że mam zapalenie wyrostka robaczkowego. Od tego momentu bałam się o moje życia podczas każdej niestrawności, każdego mniejszego lub większego bólu życia, a pani pielęgniarka w podstawówce musiała mnie wielokrotnie uspokajać, gdy przychodziłam z płaczem, że tym razem na pewno umieram. No bo od tego należy zacząć - jak wyrostek robaczkowy pęknie, to człowiek umiera i nikt go nie uratuje. Wyobrażałam sobie ten narząd (???) jako tykającą w moim brzuchu bombę, która wybuchnie przy najgorszej możliwej okazji i zakończy mój żywot. 

Najgorszym wspomnieniem, które towarzyszą mojemu umieraniu, było moje rzekome zapalenie wyrostka podczas wakacji 1997. Była wtedy ogromna powódź w Polsce i cały ten wyjazd uważam za najgorszą karę w życiu jaką dostałam kiedykolwiek od moich rodziców. Jest to tak paskudne wspomnienie, że nie zamierzam poświęcać mu osobnej notki, więc opowiem wam teraz do jakich ekskluzywnych warunków wysłali mnie moi współtwórcy. Pominę fakt, że domki, w których dzieci (w tym ja) zostały ulokowane znajdowały się jakieś 30 metrów od małego jeziorka, które było jedną z większych baz rozrodczych miejscowych komarów. Sama powódź i wilgotność Polski w tym okresie sprzyjała hordom tych krwiożerców w powietrzu, ale uwierzcie mi - tam na jeden metr kwadratowy przypadało mniej więcej pół człowieka, 30 centymetrów kwadratowych trawy, pół metra kwadratowego kałuży i czterdzieści milionów komarów. Żeby skutecznie dostać się z domku do jadalni trzeba było zaopatrzyć się w cokolwiek, co pozwoliło utorować drogę i przebić się przez armię komarów. Nie zniechęcało mnie to jednak, bo był to obóz konny, a ja miałam w tamtym momencie bardzo duży pociąg do jeździectwa. Po przyjeździe rozpakowałam się i po kolacji poszłam spać. Około godziny drugiej w nocy obudzili mnie dorośli mężczyźni, którzy nakazali mi i moim koleżankom jak najszybsze spakowanie najpotrzebniejszych przyborów. Byłam tak rozemocjonowana ich najściem, że pomyślałam, że to jakaś kolonijna gra i wzięłam piórnik z pisakami i kredkami, bo przecież o cóż innego może chodzić. Okazało się, że domek zalało, a panom chodziło o majtki, skarpetki i szczoteczkę do zębów, ale o tym dowiedziałam się następnego dnia. Koniecznie muszę wspomnieć, że w moich dążeniach do opanowania medycyny, byłam tak konsekwentna, że jeszcze przed wyjazdem udało mi się dowiedzieć, że komary przenoszą takie groźne choroby jak malaria lub borelioza. Dopiero zaczęłam studiowanie właściwości wirusa HIV, ale dowiedziałam się, że przenosi się przez krew, stąd też logiczne dla mnie było zagrożenie, jakim było każde ugryzienie komara. Nie zapominałam jednak o bombie, którą miałam ukrytą po prawej stronie brzucha, która tylko prosiła się o detonacje w momencie, gdy będę jak najdalej od domu i nie zdążę pożegnać się z bliskimi. Naturalnie tak też się stało podczas wycieczki - mój wyrostek musiał wszak poczekać na moment, kiedy moje ewentualne odratowanie nie będzie wchodziło w grę. Konając w autobusie, myślałam o moich drogich rodzicach i o tym, że nie pożegnam się z dziadkiem ani babcią. W końcu dojechaliśmy do naszego obozowiska (domki, w których ulokowano nas na początku zamieniono na przyczepy kempingowe, które postawiono na wzniesieniach, tak by woda i ich nie zalała), a mnie natychmiast przeniesiono do kolonijnej pielęgniarki. W mojej opinii miałam wszystkie objawy - ból brzucha po prawej stronie, podczas oddychania ból się nasilał, było mi słabo oraz miałam nudności. Wypisz wymaluj zapalenie wyrostka robaczkowego. Gdy wniesiono mnie na sale pani pielęgniarki, ta zapytała mnie co mi dolega. Odparłam pewnym, choć umierającym tonem "to na pewno zapalenie wyrostka". Pani pielęgniarka spojrzała na mnie okiem, pełnym drwiny, ale zaczęła mnie badać. Zapytała mnie skąd mam w ogóle pojęcie o takiej chorobie, zdziwiona odwarknęłam, że z "Lekarza Domowego", a w głowie wyśmiałam ją, bo to przecież było logiczne, więc skąd to pytanie. Skupiałam się jednak dalej na moich ostatnich chwilach na Ziemi, myślałam o psie, którego zostawię, o moich marzeniach na przyszłość i modliłam się do Boga, by mnie jednak uratował, a jeśli to zrobi, to obiecuję, że będę sprzątać pokój co dwa dni. Wtedy Bóg najwyraźniej postanowił się objawić, ponieważ po dwóch minutach zwymiotowałam, a ból ustał - okazało się, że się zatrułam wczorajszymi klopsikami w sosie pieczarkowym... Parę dni później odwiedzili mnie moi rodzice, którym oczywiście opowiedziałam o mojej niedoszłej śmierci i rozpłakałam się mówiąc, że jak nie wyrostek to na pewno malaria od komarów i żeby mnie stąd zabrali. Prośbę swoją motywowałam warunkami, w jakimi przystało mi żyć - pokazałam przyczepę, w którym spałam ja i pięć moich koleżanek (przyczepa miała rozmiar mniej więcej 2x2). Moi rodzice jednak zawinęli się szybko do samochodu i nie przekonała ich biegnąca za autem, zapłakana córka. Resztę wyjazdu musiałam walczyć z komarami i unikać tych prawdopodobnie przenoszących choroby, ale jak widać przeżyłam, choć nadal nie wiem jakim cudem.




Najedzeni Fest

W ostatnią niedzielę odbył się w Krakowie event dotyczący tego co każdy z nas lubi najbardziej - jedzenia. Wybrałam się na niego z Paulą i wspólnie przyglądałyśmy się różnorodnościom kuchni ze wszystkich stron świata, które bez trudu można odnaleźć na mapie krakowskich restauracji. Jak dobrze wiecie nie jestem specjalistką kulinarną, ale doskonale wiem, co może mi smakować, a co nie. Niestety podczas wizyta w Forum (właśnie tam miał miejsce festiwal) skuszono mnie na chińską, bądź koreańską kapustę - to zdecydowanie mi nie smakowało. Przeglądając zdjęcia żałuje, że nie skusiłam się na ciasteczka lub chociażby na sushi, ale tłumaczę sobie to tym, że pikantna kapusta z Azji wypaliła mi przełyk. Muszę jednak przyznać, że samo wydarzenie jest bardzo ciekawe - na całkiem sporym terenie zaprezentowało się wiele restauracji, piekarni, cukierni czy wędzarni. Każdy mógł napić się czegoś lub zjeść - do bardziej syta, lub mniej syta (zwłaszcza jeżeli wybrał chińską kapustę). 























Ćwiczenia


Do moich miesięcznych wyzwań dołączam od dzisiaj ćwiczenia. Nie byłabym sobą, gdybym nie przeszukała internetu w ramach znalezienia najbardziej odpowiednich zestawów. W ręce wpadła mi tablica motywacji, na której odnalazłam cały zestaw treningowy. Wyzwanie trwa 30 dni - trenujemy każdego dnia według harmonogramu, jaki jest podany na grafice poniżej. Ja do moich ćwiczeń dołączam godzinną jazdę rowerkiem przed rozpoczęciem wyzwania. Każdy z nas ma większe lub mniejsze problemy z jakąś partią ciała, a nawet jeżeli nie ma to zawsze można ją udoskonalić. Być może dlatego autorka wyzwania wybrała brzuch, pośladki i nogi. Ja na moje nogi nie narzekam, ale wyzwanie to wyzwanie, dlatego zamierzam ćwiczyć też tę partię ciała. 



Zaczynamy od rozgrzewki. 



Potem 10 minut brzucha 



lub 8 minut ABS



Potem pośladki




I nogi




Kończymy ćwiczeniami rozciągającymi


I dodatkowo ćwiczenia na boczki (ćwiczcie według harmonogramu:) )



Pamiętajcie o zdrowej diecie i jedzcie jak najmniej pizzy, którą ja dzisiaj pochłaniam w ilościach wręcz okropnych. Jeżeli zamierzacie ćwiczyć od dziś ze mną, dajcie znać w komentarzu. Zapraszam też do polubienia mojego FanPage'a na FB , który powstał na wyraźną waszą prośbę w sobotę! Dziękuje za każdego lajka, jest was już prawie tysiąc!