Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Moje gimnazjalne bądź licealne podboje zazwyczaj kończyły się nową koleżanką, miast kolegą. Nie mogę powiedzieć, że narzekałam na brak powodzenia wśród płci przeciwnej! Miałam swoich adoratorów, ale no był to czas, w którym ewidentnie nie interesował mnie mężczyzna - absolutnie żaden.

Do tej pory zastanawiam się jak potoczyłoby się moje życie, gdybym w pierwszej klasie liceum zgodziła się na zaloty mojego dobrego kolegi z klasy - Filipa. Artysta, przystojny, grał na gitarze - prawdopodobnie dusza romantyka. Chadzaliśmy często na kawę po szkole, ale jeśli mam być szczera nigdy nie pomyślałam o nim w sposób inny niż przyjacielski. Myślałam, że ujawnienie mu mojej biseksualnej orientacji w zupełności wystarczy. Rozmowy o pośladkach kobiet mijanych na ulicy tym bardziej. Niestety okazało się, że moja asertywność po raz  kolejny przegrała i nie byłam w stanie zamknąć naszej relacji w friendzonie, tak by mój dobry kolega nie marnował czasu, a nasze dobre stosunki pozostały nienaruszone. Moja subtelność i kompletny brak wyczucia czasu znowu dał o sobie znać. Filip tuż przed sylwestrem, którego zresztą mieliśmy razem spędzić, zaprosił mnie na kawę do mojej ulubionej kawiarni. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. Myślałam, że Filipowi mogę powiedzieć wszystko jak najdroższemu przyjacielowi i mi doradzi, dlatego wspomniałam o tym, że poznałam niesamowitą dziewczynę i że kręci mnie bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zniechęciła mnie jego smutna mina - wydawało mi się, że się po prostu wczuł i przeżywał wraz ze mną spotkanie z tamtą panną. Był przecież artystą, a ci są bardzo empatyczni. Gdy zobaczyłam, że opuszcza głowę pomyślałam, że pewnie nudzi go mówienie o uczuciach, więc postanowiłam ożywić atmosferę opowiadając mu jak spędziłam czas z tamtą panną i do czego doszło. Spodziewałam się zainteresowania w oczach i wyciągania ze mnie najbardziej pikantnych szczegółów. Zamiast tego usłyszałam, że lubi mnie bardziej niż mi się wydawało. Nie będę jednak ukrywać, że mimo tak soczystego kosza i pewnego rodzaju upokorzenia, liczyłam, że Sylwestra spędzę głównie z nim. Myślałam nawet, żeby podejść do niego i go pocałować około godziny 00:00. Niestety uprzedziła mnie jakaś dziewczyna.

Potraktowałam to jako swoisty znak, że jednak powinnam skupić się na koleżankach, które ciągle przybywały i zaniechałam poszukiwań mojego potencjalnego męża. Nie zmieniło to jednak faktu, że kilkoro z nich przewinęło się jeszcze przez moje życie w sposób mniej lub bardziej wyraźny.

Zawsze traktowałam swój wianuszek z należytym szacunkiem w przypadku kontaktów z mężczyznami i wychodziłam z założenia, że ewentualny pan musi się o mnie dość mocno postarać. Nie dotyczyło to jednak Chorwata, który uwiódł mnie tanim chorwackim winem i zaproszeniem na romantycznego grilla na plaży nieopodal Splitu. Na swoją obronę mogę jedynie dodać fakt, że moja koleżanka również uległa jego koledze i nie byłam tą jedyną, której spodobał się śródziemnomorski urok. Obaj byli bardzo przystojni i dość dobrze zbudowani, chociaż ten mój miał raczej drobną budowę. Myślę, że nie przeżywałabym tej przygody tak długo (zwłaszcza, że dopiero po kilku tygodniach przypomniałam sobie jak mój chorwacki kolega ma na imię), ale wpadłam w stan błogosławiony - a raczej tak mi się wydawało. Już następnego dnia zastosowałam wszystkie antykoncepcyjne metody jakie znalazłam na forach typu kafeteria. Mimo mojej niemałej wiedzy w tym zakresie, potencjalna ciąża doprowadziła mój mózg do poziomu zbliżonego do fretki i popularne wypłukiwanie jakim raczyła się jedna z bohaterek "Galerianek" również zajęło honorowe miejsce wśród moich działań. Korzystając z dobrodziejstw XXI wieku, napisałam do wszystkich znanych mi koleżanek, które potencjalnie mogły kiedyś móc mieć taki problem. Każda z nich poradziła mi bym udała się do lekarza i poprosiła o tabletki 72h po. No cóż - pewnie w Polsce bym tak zrobiła, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie siebie mówiącej coś podobnego za granicą, zwłaszcza, że nie wiedziałam czy w Chorwacji w ogóle istnieje taka możliwość. Kolejne dni mojej wyprawy na południe okazały się totalną porażką, bo jedyne o czym myślałam to jak to zakończę moje trywialne 20-letnie życie i zacznę zmieniać pampersy. Zalewały mnie zimne poty, gdy myślałam o moich imprezach z moimi potencjalnymi dziewczynami i ich potencjalnych minach, gdy będę wspominać, że muszę wracać do mojego potencjalnego domu, w którym czeka na mnie moja potencjalna opiekunka oraz potencjalne dziecko. Postanowiłam zagłębić się również w temat aborcji i przedyskutowałam sprawę z najbliższą mi wówczas przyjaciółką, ale nadal ciężko było wyobrazić mi sobie sytuację, w której w istocie dochodzi do ewentualnego zabiegu. Innym stresorem byli moi rodzice, którym nigdy w życiu nie wiedziałabym co powiedzieć i - mamo, jeżeli to czytasz - wybacz, no ale sama mówiłaś, że dupa pijana dupa sprzedana, a ja uczę się tylko na błędach. Po moim powrocie do Polski postanowiłam od razu zrobić test ciążowy - wyszedł negatywny, podobnie zresztą jak jakieś 30 kolejnych, które cyklicznie wykonywałam co kilka dni przez najbliższe 3 miesiące. Za każdym razem myślałam, że test jest zepsuty, bo pojawiły się u mnie poranne nudności. Moje pierwsze testy ciążowe musieli kupować mi znajomi - nie potrafiłam stanąć w aptece i poprosić o tak naprawdę najnormalniejszą w świecie rzecz, bo z mojej perspektywy każda aptekarka doskonale wiedziała jak do takiej sytuacji doszło i że było to wynikiem chorwackiego powietrza. Niestety moi znajomi szybko zrozumieli, że nie ma absolutnie żadnego sensu w kupowaniu kolejnych testów i pukali mnie w głowę, gdy tylko wspominałam o tym, że musimy jechać na Czechy zrobić aborcję. W końcu zebrałam się na odwagę i sama dokonywałam tych trudnych zakupów. Jeśli mam być szczera, trwałoby to pewnie całe 9 miesięcy, gdyby nie pewna leciwa już pani w aptece, która widząc mnie któryś z kolei raz z wypiekami na policzkach zapytała ściszonym głosem "to samo co zwykle?" i wyciągnęła spod lady baby-test.  Do dziś jestem jej za to wdzięczna, bo zapewne robiłabym te testy do skutku, czyli do momentu, aż w końcu trafiłabym na test wskazujący ciążę.












W ramach moich szafiarskich zapędów zapraszam was serdecznie na te stronę, z której mam powyższą bluzę, bo naprawdę jakościowo odróżnia się na tle większości sklepów, a mają tam naprawdę szeroki wybór ciuchów nawet dla takich chłopczyków jakimi jestem ja.














Do napisania tej notki skłoniły mnie przemyślenia dotyczącego tego bloga, a raczej tego do czego on zmierza. Siedziałam i myślałam, myślałam i siedziałam i jedyną sensowną myślą było to, że no cóż - kiedyś historie z mojego dzieciństwa się skończą, a nie będę opowiadać o tym jak jadłam kisiel i się ubabrałam.



Gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, lat 5, może 7, bardzo lubowałam się we wszelkich atrybutach kobiecego outfit'u. Najbardziej kręciły mnie buty na obcasach mojej mamy - im wyższe tym lepsze, z kosmetyczki za to wybierałam najczęściej szminkę. Nie ma w tym nic dziwnego - większość małych dziewczynek chce się malować i zachowywać jak damy. Ewolucja w stronę damy jak widać mi nie wyszła i obecnie bardziej od szpilek i cieni do powiek, wolę luźne spodnie, a nic mnie tak nie cieszy jak soczyste beknięcie po twister box'ie z kfc. Nie zmienia to jednak faktu, że zdarzało mi się wielokrotnie przebierać za księżniczki czy aniołki, a każdy karnawał był najważniejszym wydarzeniem w moim roku kalendarzowym. Nigdy nie zapomnę mojego stroju aniołka i skrzydeł, którym mój ojciec poświęcił całe życie (tak mi się wydaję, że to był tata, chociaż znając moją mamę, ona też swoje dołożyła - o ile oczywiście nie była pojedynczym twórcą - tak czy siak, moi współtwórcy stworzyli lamborghini galardo w kategorii strojów karnawałowych).  Skrzydła były niewiele mniejsze ode mnie - przynajmniej tak to pamiętam. Zostały wycięte z tektury, na którą nałożono masę kleju i......setki tysięcy frędzelków z bibuły. Miałam pierzaste skrzydła, dokładnie takie jakie wyobrażałam sobie zasypiając i odmawiając pacierz "Aniele Boży stróżu mój". Mój główny atrybut bycia aniołkiem umocowany był na gumkach, które założyłam na ramiona jak zwykły plecak, by potem bawić się (w stylu "jakby jutra miało nie być") na przedszkolnym karnawale.
Mniej więcej w czasie moich pierwszych modowych zapędów, dokształcałam się w dziedzinie kosmetyków i ich funkcji. Jeśli mam być szczera to do dziś żałuję, że nie mam starszej siostry, która mogłaby mi pokazać co do czego służy. Myślę, że był czas, w którym obwiniałam moich rodziców o to, że wyrosłam na chłopczycę, bo być może gdybym obok starszego brata miała jeszcze siostrę, to więcej czasu przeznaczałabym na pielęgnowaniu swojej urody, niż na Fatality w Mortal Combat (umiałam grać tylko Sub-Zero). Stało się niestety tak, a nie inaczej i wszelkie typowo kobiece zachowania musiałam pielęgnować w sobie sama, czasami doglądając mojej zawsze ładnie ubranej i wymalowanej matki. Podglądałam ją podczas porannych makijaży i podziwiałam z jaką łatwością przychodzi jej pomalowanie ust szminką.
Podczas jednych ferii, bądź wakacji w Kościelisku, do którego jeździliśmy wielokrotnie z rodziną, wpadłam na pomysł, że to jest właśnie ten dzień, w którym ujawnię moje talenty z dziedziny wizażu i stylizacji. Weszłam do łazienki i sięgnęłam po kosmetyczkę mojej mamy, z której wyciągnęłam niemal każde możliwe narzędzie i zaczęłam działać. Szminka, róż do policzków, cienie do powiek - malowałam się z takim impetem, że absolutnie nie zwracałam uwagi na to, że cień do powiek ląduje na brwiach, a szminką DELIKATNIE wyjechałam poza usta, tak że moja broda zmieniła swój kolor na czerwony. Uznałam, że na pewno każdemu zdarzają się takie błędy i wszystko poprawię po skończonej pracy. Zmieniłam zdanie gdy spojrzałam w lustro i uznałam, że nic z tym niestety nie da się zrobić i przeżyłam pierwszy w moim życiu atak paniki. Bałam się, że mama będzie zła, że może się brzydko pomalowałam (jako dziecko nie miałam się za bardzo czym stresować, więc znajdowałam sobie absurdalne powody do płaczu) i zaczęłam zacierać ślady. Niestety pod zimną wodą szminka schodzi bardzo słabo, nie wspominając już o cieniach i różu do policzków. Wszystko się rozmazało, a ja wyglądałam jak klaun i płakałam jeszcze bardziej. Przypomniało mi się jednak, że mama zawsze zmywa makijaż jakimś specyfikiem do tego stworzonym, ale za cholerę nie wiedziałam jak to wygląda. Postanowiłam otworzyć wszystkie podejrzanie wyglądające fiolki, tak by po zapachu poznać, który to może być kosmetyk. W końcu rozpoznałam pewien zapach, lubiłam go, chociaż był ostry i dzisiaj raczej określa się go mianem smrodu, niż przyjemnej woni - tak czy inaczej, użyłam ZMYWACZA DO PAZNOKCI. Wylałam go na wacik, niczym profesjonalistka i zaczęłam zmywać sobie usta, policzki i oczy..... Oczy niestety schodziły najtrudniej więc kilka kropel poleciało bezpośrednio na powieki i zaczęłam trzeć. Makijaż nadal nie schodził, a oczy zaczęły mnie piec. Rozpłakałam się jeszcze bardziej, ale by ukryć ślady zbrodni wszystko schowałam na swoje miejsce. Szybko wybiegłam z łazienki i schowałam się w szafie, bo uważałam, że wyglądam tak tragicznie, że nikt mnie nie może zobaczyć - a zwłaszcza moja mama! W końcu opuściłam moją szafę, bo zorientowałam się, że przecież od powietrza makijaż mi się nie zmyje, poza tym odrobinę zgłodniałam. Moja mama zobaczyła mnie taką rozmazaną i zaryczaną, ale ku mojemu zdziwieniu schyliła się do mnie z uśmiechem i zapytała "malowałaś się kochanie?". Powiedziałam, że tak, ale że mi nie wyszło, ta jednak w ogóle się tym nie przejęła i dalej uśmiechała się od ucha do ucha. Zmieniło się to, gdy weszła do łazienki i poczuła ostry zapach zmywacza do paznokci. Zapytała mnie co z tym zrobiłam to powiedziałam zgodnie z prawdą, że zmywałam tym oczy.

I wtedy nastał armagedon.

Biegała to tu, to tam, że przecież mogę stracić wzrok. Zaangażowała się w to też moja ciocia Marysia, która wspólnie z moją mamą zaczęła przemywać mi oczy i robić okłady z ogórków. No cóż - chciałam być wizażystką, a skończyłam w domowym spa, słuchając jaką to głupotę popełniłam.



Jeśli mam być szczera - wiele w kwestii mojej wiedzy dotyczącej urody się nie zmieniło. Wiem do czego służy zmywacz do paznokci, wiem co to peeling albo balsam do ciała. Posiadam również podstawową wiedzę z zakresu najpotrzebniejszych zabiegów kosmetycznych, ale niestety nie jest ona na tyle podstawowa, bym była w stanie chociażby pomalować sobie paznokcie lub wyregulować brwi. No cóż - jestem kaleką i wyręczam się profesjonalistami, ale nadal pozostaje w tej bardzo podstawowej wersji kobiecości (zwał jak zwał). Nigdy nie byłam na żadnym zabiegu upiększającym, a paznokcie hybrydowe widoczne u mnie na przełomie grudnia i stycznia były dla mnie naprawdę poważną ekstrawagancją. Postanowiłam jednak, że spróbuję chociaż trochę zaznajomić się z byciem kobietą przez duże K i możecie się spodziewać wpisów z relacją oraz nagrań z realizacji moich działań. W najbliższych tygodniach i miesiącach możecie spodziewać się vloga, w którym próbuję sobie przykleić rzęsy, namalować kreski, lub chociażby video-relacja z depilacji woskiem (brazylijskie bikini boli, prawda?). Wspierać będę się licznymi grouponami, które nie będą mnie aż tak obciążać finansowo, jednak dadzą pogląd na to jak to jest być damą i odpowiedzą na pytanie - czy warto. Bardzo proszę was, abyście w komentarzach tu lub na fb wpisywali pomysły zabiegów jakie muszę przeprowadzić, spróbować, albo co chcielibyście zobaczyć na chłopczycy.

PS: wiem, że was poniesie fantazja, więc błagam - bez botoksów.





Moje życie jest dziwne pod wieloma względami - i nie chodzi tu tylko o gubienie majtek w czasach wczesnego dzieciństwa. W życiorysie mam naprawdę niemal wszystko i tylko dzięki odpowiedniemu dystansowi, umiem się z wielu rzeczy śmiać, bo niektóre były bardziej, a niektóre mniej śmieszne. Te mniej śmieszne są zazwyczaj bolesnymi wspomnieniami, które dopiero po pewnym czasie zaczynają bawić - a najbardziej bawi nas w nich nasza własna, niepowtarzalna głupota. Jeszcze inne, to wspomnienia, które bawią nas głównie dlatego, bo zdarzyły się dawno temu i ślad, jaki po nich pozostał, jest niemal znikomy. Tak, czy siak - warto pamiętać o wszystkim i jedyne czego trzeba to nauczyć obracać wszystko w żart, bo takie właśnie jest życie. Życie to żart, podobnie jak moja kariera sportowca.

Jak już dobrze wiecie, mam starszego brata, a domeną starszych braci jest to, że poza siadaniem na twarzy swoich młodszych sióstr i puszczaniem bąków prosto do ich nosa, czy wkładaniem im do buzi swoich śmierdzących, męskich skarpetek, bardzo często lubią jakiś sport. Mój braciszek kochał i nadal kocha piłkę nożną, czym mnie musiał zarazić. Nie będę ukrywać - na początku mu się to nie podobało, bo 7-latka, która chce grać w piłkę z nim i jego 20-letnimi kolegami to dość słabe połączenie, ale w końcu się przyzwyczaił. No cóż, byłam przekonywująca. Zdarzały się jednak dni, w których wymykał się po kryjomu, albo mówił, że idzie do swojego przyjaciela pogadać i musiałam sama zrealizować moje piłkarskie aspiracje. Zaczęło się niewinnie - tak niewinnie, że absolutnie nikt się nie niepokoił o stan moich nóg, psychiki lub okien w domu. Brałam piłkę i wychodziłam przed dom, by pokopać o bramę wjazdową lub garażową. Szczerze mówiąc wolałam te wjazdową, bo była wykonana z jakiegoś metalu i każdemu strzałowi w bramkę, towarzyszył dźwięk, który kojarzyłam z ekspresywnym wybuchem radości kibiców, świętujących gola swojej ukochanej drużyny. Z czasem jednak dorastałam i nabierałam siły. Niewinne szturchanie piłką o bramę, zamieniało się w potężne strzały, które niejednokrotnie sprawiały, że brama wypadała z zawiasów. Do tej pory mam w głowie krzyki mojej babci, która wychodziła na balkon i groziła mi palcem. "Przestań tak walić w te bramę!" słyszałam częściej niż kultowe "wnusiu zjedz jeszcze troszeczkę" lub "nie jesteś głodna?". Byłam jednak bardzo pojętną dziewczynką i szybko doszłam do wniosku, że być może faktycznie dźwięk obijanej bramy jest zbyt głośny i należy częściej kopać w bramę garażową. Niestety tak niefortunnie kopałam te piłkę, że bardzo często odbijała się tak, by lądować na kwiatkach, które rosły tuż obok mojego boiska. Wtedy też polecenie, bym przestała "walić w bramę", uległo pewnej metamorfozie. Zostało skrócone, przez co brzmiało zdecydowanie groźniej: "kwiatki!". Gdy słyszałam hasło "kwiatki", oblewały mnie zimne poty, a żyłka na mojej szyi stawała się nad wyraz widoczna. Największym przekleństwem ogródka moich dziadków, była rosnąca w jego sercu agawa. Jeżeli nie wiecie jaka to roślina, to polecam sprawdzić, wtedy zrozumiecie, dlaczego ja i pani agawa nie przepadałyśmy za sobą. Nie dość, że była ukochaną rośliną mojej babci, to jeszcze była jej największą sojuszniczką i przebiła mi kilkanaście (jak nie kilkadziesiąt) piłek, które tak ochoczo lądowały na jej czubku. Nie zniechęcało mnie to jednak i nadal kopałam piłką o bramę - jedną bądź drugą (we wjazdową kopałam, gdy byłam pewna, że moja babcia jest w pracy).

Zdarzało się jednak, że mój brat brał mnie na mecze i wspólnie graliśmy z jego kolegami w piłkę. Za każdym razem dostawał instrukcję od mamy, żeby mnie chronił, bo i tak mam już wystarczająco poobijane nogi. Mój talent piłkarski się rozwijał, a ja doszłam nawet do momentu, w którym potrafiłam bez trudu zrobić 50 kapek, co na realia mojego osiedla było całkiem sporym osiągnięciem. Zwłaszcza, że miałam jakieś 8, może 9 lat. Któregoś pięknego dnia postanowiłam zabrać się z moim braciszkiem na osiedlowe boisko. Nie było nas wiele - 5 chłopaków w wieku 17-20 i kilkuletnia Klaudia, która potrafiła naprawdę dobrze dryblować. Do tego stopnia, że najlepszy przyjaciel mojego brata postanowił mi odebrać piłkę wślizgiem i nie trafił. Albo inaczej - trafił we mnie, nie w piłkę. Podobno faul, ale co z tego skoro piłka potoczyła się tak, że mogła zawiązać się ciekawa akcja na miarę Leo Messi'ego. Ja natomiast odkryłam w sobie wtedy akrobatyczne zapędy, ponieważ po upadku przeturlałam się jakieś 15 razy, by zwieńczyć swoją przewrotkę dwoma fikołkami. Wszystkiemu towarzyszył oczywiście przeraźliwy krzyk, bo praktycznie urwano mi nogę. Z akcji moich utalentowanych kolegów nic nie wyszło, więc w końcu zwrócono na mnie uwagę i okazało się, że moja łydka szybko przybrała kolor zbliżony do brunatnego, a stanąć na niej za bardzo nie mogę. W naszych meczach nie było sędziów, ani masażystów, jednak w takich okolicznościach cała grupa zamieniała się w wyspecjalizowanych lekarzy chirurgów, którzy zgodnie uznali, że to tylko stłuczenie i postawiono mi diagnozę "symulant", ale profilaktycznie skierowano mnie na sportowe L4 i zakazano mi grania z nimi przez najbliższe dwa tygodnie, bym doszła do zdrowia. Gdy wróciliśmy do domu, moja mama zapytała mnie czemu tak kuleje, a właściwie, czemu praktycznie nie chodzę. Odpowiedziałam, że dostałam kopa, ale nic mi nie będzie. Teraz się z tego śmieję, bo do dziś czuję mrowienie w miejscu, w którym miałam siniaka, więc prawdopodobnie ukruszyła mi się kość lub coś w ten deseń. Nie zawieziono mnie jednak na pogotowie, bo przecież wyspecjalizowani lekarze wspólnie uznali, że to tylko stłuczenie, a ja nie miałam powodów żeby im nie wierzyć.

Moja przerwa od gry przedłużyła się i z dwóch tygodni abstynencji, zamieniła się w niemal miesięczną. Byłam natomiast zdeterminowana i uznałam, że to najwyższy czas, by iść dalej z moimi piłkarskimi aspiracjami. Postanowiłam oświadczyć mojej rodzinie (tak, zrobiłam to podczas wspólnej kolacji, tak by każdy słyszał), że zostanę kobiecym Ronaldo (ten stary Ronaldo, to były inne czasy - czasy łysego Ronaldo, a nie nażelowanego Ronaldo). Męska część mojej rodziny nie była zaskoczona tą decyzją i przyjęła moje oświadczenie z aprobatą. Moja matka skrzywiła się, ale doskonale wiedziała, że póki co nic nie może  z tym zrobić i nadal łudziła się, że wyrosnę z mojej pasji, albo że następnego dnia o niej zapomnę (??). Nie stało się tak jednak i sukcesywnie naciskałam na mojego tatę, by zapisał mnie do klubu piłkarskiego, w którym grają dziewczyny. Udało się, bo już kilka dni później usłyszałam od ojca, że jedziemy na trening jednego klubu. Byłam podekscytowana i pełna nadziei, że moje marzenie się spełni - że będę mogła grać z dziewczynami, a że za kilka lat przywdzieje koszulkę Wisły Kraków (to było dla mnie oczywiste, że otworzą sekcję kobiecą - chociażby dla mnie).

Przyjechaliśmy chwilę wcześniej, usiedliśmy w trójkę na trybunach i obserwowaliśmy kończący się trening dziewczyn. Była to co prawda grupa juniorek lub seniorek lub bóg wie czego, bo grające panie miały co najmniej 30 cm więcej niż ja.
Moja mama bardzo wspierała moją pasję, zwłaszcza w momencie, gdy komentowała do taty wygląd moich potencjalnych koleżanek z drużyny: "Czy Ty widzisz ich nogi? Czy ty chcesz żeby nasza córka miała takie nogi?". Tata starał się nie odpowiadać i chwycił mnie za ramię. Chyba chciał w ten sposób okazać swoje wsparcie, ale nagle mama zaczęła zwracać się tak do mnie "Klaudia czy ty naprawdę chcesz tak wyglądać?". Nie będę ukrywać - modelkami to one nie były, dodatkowo większość z nich miała naprawdę szerokie barki i wyglądały bardziej męsko niż koledzy mojego brata. Nigdy nie widziałam szerszej łydki, aczkolwiek teraz wiem, że to akurat wyperswadowała mi matka, a ja ufając jej, zmieniłam sobie troszkę obraz tego na co patrzyłam. Po dogłębnej analizie fizyczności piłkarek, moja mama wzięła się za komentowanie ich wieku oraz tego, że jestem zdecydowanie za młoda. To, że złamią mi nogę w siedmiu miejscach było tak pewne, jak to, że w niedzielę idziemy do kościoła, a wizja mnie grającej wśród "byków, nie dziewczyn" zaczęła mnie powoli przerażać i wybiegłam ze stadionu z płaczem. No cóż, podczas 30 minut na trybunach, moi rodzice potrafili mi tak wyprać mózg, że jedyne co wchodziło od tamtej chwili w grę, to sporadyczne kopanie w bramę przed domem... Jeśli mam być szczera to do dziś mam to im za złe, bo uważałam siebie (zresztą nie tylko ja), za naprawdę zdolną w tej dziedzinie dziewczynkę i myślę, że gdybym jednak nie wystraszyła się szerokości uda Pani Kapitan, to może byłabym kobiecym odpowiednikiem Davida Beckhama (i miała swoją Victorię).