Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Do napisania tej notki skłonił mnie kolejny mail, który dostałam od jednego z was - moich czytelników bądź obserwatorów. Chcę na wstępie zaznaczyć, że w takich wiadomościach nie ma absolutnie nic złego, nie zmienia to jednak faktu, że dostając coś takiego, chwytam się za głowę.
Nie odpisałam na żadną wiadomość, w których prosiliście mnie o pomoc z tym konkretnym problemem (jaki to problem - zaraz się dowiecie), ponieważ w istocie, takich pytań dostaję najwięcej i uznałam, że może upubliczniona notka wyczerpie temat. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to odpowiedź, która zadowoli każdego, wszak nasze sprawy osobiste są zawsze najważniejsze, a każdy najmniejszy szczegół jest najbardziej istotny, niemniej jednak postaram się by treść była na tyle uniwersalna, że pomoże chociaż w małym stopniu, każdemu.

O co chodzi?

O złamane serce i rozstania.


/czas na fanfary/

Nie będę cytować żadnego z tych maili, bo nie chcę, by ktokolwiek poczuł się urażony lub wyśmiany, dlatego postaram się sparafrazować je wszystkie na raz, tak by zawrzeć sedno.

"Klaudia co robić, ona mnie zostawiła, mam złamane serce, a wiem, że bez niej nie dam rady, bo nie wyobrażam sobie życia bez niej."

No cóż - nie ma co owijać w bawełnę - temat ten jest bardzo ciężki i każdy z nas zmagał się (lub dopiero będzie zmagał) z tym uczuciem. Bolące serduszko i chęć śmierci, jaką odczuwamy w momencie, gdy rozpada nam się życie jest nie do opisania i wydaje nam się nie do przejścia. Też tam byłam, też to czułam - co więcej, czułam to trzy razy. I powiem od razu - do nikogo maili nie pisałam, ani nie pytałam o radę jak sobie z tym poradzić. Nie robiłam tego, ponieważ nie ma leku na złamane serce i każdy z nas (każdy!!!) musi to przeżyć na swój sposób, w swoim czasie. Innym zabiera to lata, innym tygodnie, a jeszcze innym zaledwie kilka dni. Na szczęście w końcu ten ból ustępuje i zostaje śmiech, sentyment lub żal. Tak czy siak - można żyć dalej.

Ja patrząc na siebie, przeżywającą moje ostatnie rozstanie, mam ochotę strzelić TEJ osobie w łeb. Mówiąc TEJ, mam na myśli siebie, bo nie akceptuje i nie poznaje tego człowieka, jakim byłam w tym traumatycznym momencie. Uważam, że bardziej żałosną osobą być się nie dało, bardziej monotematyczną i słabą. Ja nie pisałam maili do osób z internetu - ja rozmawiałam ze znajomymi i przyjaciółmi. Szukałam ukojenia i uspokojenia, ale żadne hasła za wyjątkiem "na pewno wróci", nie poprawiały mi humoru. I to jest właśnie powód, dla którego nie odpisałam na jednego maila z cyklu 'mam złamane serce'. Doskonale wiem, że jedyną satysfakcjonującą odpowiedzią, byłoby zapewnienie, że na pewno ze sobą będziecie, że na pewno się zejdziecie, pogodzicie i będziecie kochać do końca świata i jeden dzień dłużej, ale prawda jest taka - że może się też tak nie stać, a ja absolutnie nie chcę ponosić winy za błędną diagnozę. A raczej na pewno byłaby błędna, bo niestety każdy z nas opowiadając historię związku lub rozstania, przedstawia swoją subiektywną ocenę lub przedstawia fakty w taki sposób, nawet gdy myśli, że zachowuje największy możliwy obiektywizm.

Pierwszy raz złamane serce miałam w 2009 roku. Zostawiła mnie wtedy moja ukochana pierwsza dziewczyna Justyna. Mój ból był tak głęboki, że moje liczne zdrady sprzed rozstania straciły w moich oczach na znaczeniu. "Przecież już dostałam za swoje skarbie najukochańszy, przecież płaczę i skręcam się z bólu" - mówiłam. To były dla mnie traumatyczne chwile - zaczęłam palić i pić codziennie, zdarzały się nawet tygodnie, w których nie jadłam.  Po fazie zaskoczenia i próbach zaakceptowania zaistniałej sytuacji, przyszła kolej na gniew, który okazywałam poprzez stalking. Wysyłałam Justynie kwiaty, a pod drzwiami zostawiałam ckliwe listy. W tym właśnie okresie Justyna weszła w nowy związek - ja postanowiłam sterczeć pod jej balkonem i pić piwo - no cóż, nikt nie mówił, że rozstanie ze mną będzie łatwe, ale no jestem osobą, która nie znosi najlepiej odrzucenia. Kolejną fazą było wyśmiewanie nowej wybranki Justyny - nie było to jednak trudne, ponieważ nie należała do najbardziej urodziwszych kobiet, zwłaszcza z tego powodu, że wcześniej uważałam ją za dobrą koleżankę lub przyjaciółkę. W takich okolicznościach nawet Angelina Jolie zamienia się w potwora z Loch Ness. Robienie różnorakich przeróbek zdjęć, lub prezentacji w power point'cie z 'nową kobietą Justyny' w roli głównej, było moim ulubionym zajęciem, a plakat z uciętą głową owej pani jeszcze długo wisiał u mnie w pokoju. Rodzicom mówiłam, że to stara znajoma, z którą się pokłóciłam i tak odreagowuje - zaakceptowali to bo nie mieli wyjścia, zwłaszcza, że lubowałam się w photoshopie i przeróbka była na tyle udana, że przez trzy tygodnie nie zauważyli, że doklejona na włócznie Mela Gibsona, głowa, raczej nie pochodzi z filmu Braveheart. Nawet po moim cudownym zejściu się z Justyną, długo nie potrafiłam się jej przyznać do rozmiarów mojej nienawiści względem jej byłej sympatii - znała za to pseudonim, jaki nadałam jej 'chwilowej' kobiecie. Nie była wielką fanką Gwiezdnych Wojen, dlatego nie skojarzyła od razu o kogo chodziło - dopiero po zaprezentowaniu jej Jabby, wiedziała o kim mówię. Jakie było moje oburzenie, gdy nie odnajdywała w postaci ze Star Warsów swojej (na szczęście już) byłej.

Kolejny raz ze złamanym sercem był nieco inny - poprzedzony był wielkimi dramatami i licznymi zdradami (tym razem nie z mojej strony). Nie miało to jednak wpływu na moją gorycz, która doprowadziła mnie do wieszania się na drzwiach, wieszakach i próbie rozbicia się autem o drzewo. Nic jednak z tych rzeczy się nie stało, bo jak się okazało - po pijaku jeżdżę lepiej niż na trzeźwo, a moja ukochana przyjaciółka Patrycja przychodziła w każdym najgorszym momencie, by uratować mnie od osierocenia kotów. Nie zliczę jednak łez, które wylałam z tęsknoty za największą (jak się potem okazało) porażką mojego życia. Byłam do tego stopnia roztrzęsiona, że niemal od razu wplątałam się w kilka relacji, które miały być substytutem wielkiej miłości, która ode mnie odeszła. No bo właśnie - w przypadku Justyny uznałam, że broń boże nie będę leczyć złamanego serduszka nowymi dziewczynami lub chłopcami. W tym natomiast przypadku, było to najlepszym wyjściem. Z takiej właśnie gromadki dziewczyn-substytutów wyselekcjonował się ktoś szczególny, bo moja kolejna kobieta, która złamała mi serce. Na szczęście bolało najmniej, chociaż pierwsze dwa miesiące były naprawdę ciężkie. Na to wpływ miała jednak sytuacja, w jakiej zostałam postawiona, czyli powrót na stare śmieci i próba pojednania z rodzicami, po niemal rocznym braku kontaktu. Wspominam jednak o tym tylko dlatego, że im dalej w las - tym łatwiej, bo już umiemy sobie radzić z rozstaniami. Oczywiście nikomu z was tego nie życzę, bo to jedno z gorszych rozczarowań, jakie ktokolwiek może odczuwać, ale uwierzcie - każde następne rozstanie boli mniej - niezależnie od tego jak wielkie uczucie nie było. Nie ma wobec tego co bać się wchodzenia w kolejne relacje, bo następnym razem i tak będzie bolało mniej - o ile oczywiście ta następna osobą nie jest tą ostatnią ;)


PS: wiem, że notka nieco inna od tych wcześniejszych, ale uznałam, że warto zachować chociaż odrobinę powagi w tym temacie, zwłaszcza, że pewnie część z was ma obecnie złamane serce lub przechodzi kryzys w związku. Innymi słowy - nie martwcie się, a to co czujecie teraz postarajcie się zapamiętać, zwłaszcza rzeczy, które poprawiają wam nastrój, bo może wykorzystacie je kiedy znów coś (tfu tfu) nie wyjdzie. Na porażkach też można budować, zwłaszcza swój charakter.


Poniżej macie małą dawkę zdjęć z moją nową fryzurą - pewnie większość z was wie, ale postanowiłam skrócić moje włosy i zdecydowanie nie żałuję. ;)







kurtka: >KLIK<










O tym jak umierałam

Nie wiem czy ktokolwiek z was ma starsze rodzeństwo. Ja mam starszego brata, którego całe życie darzyłam największym szacunkiem i miłością. Co więcej - jest najważniejszym mężczyzną w moim życiu (wyłączając z wyścigu oczywiście Cicika, bo każdy wie, że mój kot jest bezkonkurencyjny). Od najmłodszych lat wzorowałam się na moim bracie, stąd zamiłowanie do chodzenia na mecze tudzież zabawa samochodzikami nie były niczym dziwnym. Uwielbiam wspominać czasy, w których czekaliśmy aż nasi rodzice pójdą na jakąś imprezę, zakładaliśmy gogle narciarskie, kombinezony i urządzaliśmy w mieszkaniu poligon. Zakupione kilka tygodni wcześniej na odpuście pistolety na kulki nie mogły się przecież zmarnować. Moi rodzice zamykali drzwi, przekręcali klucze w zamku, a my ruszaliśmy do naszych ekwipunków, ładowaliśmy naboje i zaczynaliśmy w siebie strzelać. Do tej pory nie zapomnę jak udało mi się trafić go w szyję i spadło mu najwyraźniej dużo HP, bo musieliśmy zrobić przerwę. Podobna przerwa miała miejsce kiedy to ja ukryłam się pod kanapą, a on to naturalnie rozgryzł. Strzelił w podłogę i kulka odbiła się tak, by wylądować na moim podbródku. Rozpłakałam się - jak to młodsza o niemal dekadę siostra. Ale ja nie o tym chciałam. Mój brat miał swego czasu bardzo poważne ataki hipochondrii - umierał wielokrotnie, wielokrotnie wydawało mu się, że jego czas się kończy. Nie inaczej mogło być ze mną. O ile oczywiście podejrzenia 20-letniego faceta mogą być brane pod uwagę, o tyle 9-latka, która krzyczy, że ma zapalenie opon mózgowych, bo swędzi ją głowa, wydaje się śmieszne. Wszystko za sprawą tajemniczej książki, jaką to dostaliśmy już nie wiem od kogo, a co ważne - nie wiem po co - "Lekarz Domowy". Książka ta odpowiadała na niemal każde pytanie dotyczące naszego samopoczucia. Przykładowo, bolała kogoś głowa, więc otwierał książkę na stronach odpowiedzialnych za zdiagnozowanie choroby, w których jednym z objawów jest właśnie ból głowy. Wyglądało to jak taki test i odpowiadało się na pytania "tak" lub "nie". Właśnie dzięki tej książce swędzenie głowy zostało zdiagnozowane przeze mnie jako zapalenie opon mózgowych. Szkolna pielęgniarka co prawda zmieniła diagnozę, ponieważ stwierdziła u mnie wszy, ale ja i tak dzielnie trwałam przy mojej medycznej biblii. Czasem zdarzało mi się ją czytać tak o -bez większego sensu i potrzeby. Uważałam to za rozsądne, ponieważ to logiczne, że nie zawsze mogę mieć ją przy sobie, a umrzeć można zawsze. Podczas jednego wieczornego przeglądania stron odpowiedzialnych za ból brzucha (to dość typowy objaw wśród dzieci, zwłaszcza jeżeli żelki przeżerają kotletem i Danonkami w ilościach kilogramowych). Trafiłam wtedy na bardzo interesującą dla mnie chorobę - zapalenie wyrostka robaczkowego. I wtedy się zaczęło...

Podeszłam do mojego oczytanego brata i zapytałam go co to jest wyrostek robaczkowy, bo w "Lekarzu Domowym", pod hasłem zapalenie wyrostka robaczkowego zaznaczony był wykrzyknik i bardzo groźnie brzmiące hasło "Skontaktuj się jak najszybciej z lekarzem!" (całość opatrzona była czerwonym lub żółtym kolorem i wykrzyknikiem, który nakazywał dzwonienie do domu pogrzebowego, celem domówienia szczegółów pogrzebu). Mój ukochany starszy brat bardzo szybko wyjaśnił mi na czym polega schorzenie, o które go zapytałam. Doskonale wiedział o co pytam, najwyraźniej też wyrostek robaczkowy wydawał mu się bardzo groźną sprawą. Wróciłam do mojej książki i doskonale przeanalizowałam co musi się dziać, bym mogła z całą pewnością stwierdzić, że mam zapalenie wyrostka robaczkowego. Od tego momentu bałam się o moje życia podczas każdej niestrawności, każdego mniejszego lub większego bólu życia, a pani pielęgniarka w podstawówce musiała mnie wielokrotnie uspokajać, gdy przychodziłam z płaczem, że tym razem na pewno umieram. No bo od tego należy zacząć - jak wyrostek robaczkowy pęknie, to człowiek umiera i nikt go nie uratuje. Wyobrażałam sobie ten narząd (???) jako tykającą w moim brzuchu bombę, która wybuchnie przy najgorszej możliwej okazji i zakończy mój żywot. 

Najgorszym wspomnieniem, które towarzyszą mojemu umieraniu, było moje rzekome zapalenie wyrostka podczas wakacji 1997. Była wtedy ogromna powódź w Polsce i cały ten wyjazd uważam za najgorszą karę w życiu jaką dostałam kiedykolwiek od moich rodziców. Jest to tak paskudne wspomnienie, że nie zamierzam poświęcać mu osobnej notki, więc opowiem wam teraz do jakich ekskluzywnych warunków wysłali mnie moi współtwórcy. Pominę fakt, że domki, w których dzieci (w tym ja) zostały ulokowane znajdowały się jakieś 30 metrów od małego jeziorka, które było jedną z większych baz rozrodczych miejscowych komarów. Sama powódź i wilgotność Polski w tym okresie sprzyjała hordom tych krwiożerców w powietrzu, ale uwierzcie mi - tam na jeden metr kwadratowy przypadało mniej więcej pół człowieka, 30 centymetrów kwadratowych trawy, pół metra kwadratowego kałuży i czterdzieści milionów komarów. Żeby skutecznie dostać się z domku do jadalni trzeba było zaopatrzyć się w cokolwiek, co pozwoliło utorować drogę i przebić się przez armię komarów. Nie zniechęcało mnie to jednak, bo był to obóz konny, a ja miałam w tamtym momencie bardzo duży pociąg do jeździectwa. Po przyjeździe rozpakowałam się i po kolacji poszłam spać. Około godziny drugiej w nocy obudzili mnie dorośli mężczyźni, którzy nakazali mi i moim koleżankom jak najszybsze spakowanie najpotrzebniejszych przyborów. Byłam tak rozemocjonowana ich najściem, że pomyślałam, że to jakaś kolonijna gra i wzięłam piórnik z pisakami i kredkami, bo przecież o cóż innego może chodzić. Okazało się, że domek zalało, a panom chodziło o majtki, skarpetki i szczoteczkę do zębów, ale o tym dowiedziałam się następnego dnia. Koniecznie muszę wspomnieć, że w moich dążeniach do opanowania medycyny, byłam tak konsekwentna, że jeszcze przed wyjazdem udało mi się dowiedzieć, że komary przenoszą takie groźne choroby jak malaria lub borelioza. Dopiero zaczęłam studiowanie właściwości wirusa HIV, ale dowiedziałam się, że przenosi się przez krew, stąd też logiczne dla mnie było zagrożenie, jakim było każde ugryzienie komara. Nie zapominałam jednak o bombie, którą miałam ukrytą po prawej stronie brzucha, która tylko prosiła się o detonacje w momencie, gdy będę jak najdalej od domu i nie zdążę pożegnać się z bliskimi. Naturalnie tak też się stało podczas wycieczki - mój wyrostek musiał wszak poczekać na moment, kiedy moje ewentualne odratowanie nie będzie wchodziło w grę. Konając w autobusie, myślałam o moich drogich rodzicach i o tym, że nie pożegnam się z dziadkiem ani babcią. W końcu dojechaliśmy do naszego obozowiska (domki, w których ulokowano nas na początku zamieniono na przyczepy kempingowe, które postawiono na wzniesieniach, tak by woda i ich nie zalała), a mnie natychmiast przeniesiono do kolonijnej pielęgniarki. W mojej opinii miałam wszystkie objawy - ból brzucha po prawej stronie, podczas oddychania ból się nasilał, było mi słabo oraz miałam nudności. Wypisz wymaluj zapalenie wyrostka robaczkowego. Gdy wniesiono mnie na sale pani pielęgniarki, ta zapytała mnie co mi dolega. Odparłam pewnym, choć umierającym tonem "to na pewno zapalenie wyrostka". Pani pielęgniarka spojrzała na mnie okiem, pełnym drwiny, ale zaczęła mnie badać. Zapytała mnie skąd mam w ogóle pojęcie o takiej chorobie, zdziwiona odwarknęłam, że z "Lekarza Domowego", a w głowie wyśmiałam ją, bo to przecież było logiczne, więc skąd to pytanie. Skupiałam się jednak dalej na moich ostatnich chwilach na Ziemi, myślałam o psie, którego zostawię, o moich marzeniach na przyszłość i modliłam się do Boga, by mnie jednak uratował, a jeśli to zrobi, to obiecuję, że będę sprzątać pokój co dwa dni. Wtedy Bóg najwyraźniej postanowił się objawić, ponieważ po dwóch minutach zwymiotowałam, a ból ustał - okazało się, że się zatrułam wczorajszymi klopsikami w sosie pieczarkowym... Parę dni później odwiedzili mnie moi rodzice, którym oczywiście opowiedziałam o mojej niedoszłej śmierci i rozpłakałam się mówiąc, że jak nie wyrostek to na pewno malaria od komarów i żeby mnie stąd zabrali. Prośbę swoją motywowałam warunkami, w jakimi przystało mi żyć - pokazałam przyczepę, w którym spałam ja i pięć moich koleżanek (przyczepa miała rozmiar mniej więcej 2x2). Moi rodzice jednak zawinęli się szybko do samochodu i nie przekonała ich biegnąca za autem, zapłakana córka. Resztę wyjazdu musiałam walczyć z komarami i unikać tych prawdopodobnie przenoszących choroby, ale jak widać przeżyłam, choć nadal nie wiem jakim cudem.




Najedzeni Fest

W ostatnią niedzielę odbył się w Krakowie event dotyczący tego co każdy z nas lubi najbardziej - jedzenia. Wybrałam się na niego z Paulą i wspólnie przyglądałyśmy się różnorodnościom kuchni ze wszystkich stron świata, które bez trudu można odnaleźć na mapie krakowskich restauracji. Jak dobrze wiecie nie jestem specjalistką kulinarną, ale doskonale wiem, co może mi smakować, a co nie. Niestety podczas wizyta w Forum (właśnie tam miał miejsce festiwal) skuszono mnie na chińską, bądź koreańską kapustę - to zdecydowanie mi nie smakowało. Przeglądając zdjęcia żałuje, że nie skusiłam się na ciasteczka lub chociażby na sushi, ale tłumaczę sobie to tym, że pikantna kapusta z Azji wypaliła mi przełyk. Muszę jednak przyznać, że samo wydarzenie jest bardzo ciekawe - na całkiem sporym terenie zaprezentowało się wiele restauracji, piekarni, cukierni czy wędzarni. Każdy mógł napić się czegoś lub zjeść - do bardziej syta, lub mniej syta (zwłaszcza jeżeli wybrał chińską kapustę). 























Ćwiczenia


Do moich miesięcznych wyzwań dołączam od dzisiaj ćwiczenia. Nie byłabym sobą, gdybym nie przeszukała internetu w ramach znalezienia najbardziej odpowiednich zestawów. W ręce wpadła mi tablica motywacji, na której odnalazłam cały zestaw treningowy. Wyzwanie trwa 30 dni - trenujemy każdego dnia według harmonogramu, jaki jest podany na grafice poniżej. Ja do moich ćwiczeń dołączam godzinną jazdę rowerkiem przed rozpoczęciem wyzwania. Każdy z nas ma większe lub mniejsze problemy z jakąś partią ciała, a nawet jeżeli nie ma to zawsze można ją udoskonalić. Być może dlatego autorka wyzwania wybrała brzuch, pośladki i nogi. Ja na moje nogi nie narzekam, ale wyzwanie to wyzwanie, dlatego zamierzam ćwiczyć też tę partię ciała. 



Zaczynamy od rozgrzewki. 



Potem 10 minut brzucha 



lub 8 minut ABS



Potem pośladki




I nogi




Kończymy ćwiczeniami rozciągającymi


I dodatkowo ćwiczenia na boczki (ćwiczcie według harmonogramu:) )



Pamiętajcie o zdrowej diecie i jedzcie jak najmniej pizzy, którą ja dzisiaj pochłaniam w ilościach wręcz okropnych. Jeżeli zamierzacie ćwiczyć od dziś ze mną, dajcie znać w komentarzu. Zapraszam też do polubienia mojego FanPage'a na FB , który powstał na wyraźną waszą prośbę w sobotę! Dziękuje za każdego lajka, jest was już prawie tysiąc! 







Mawiają, że życie jest powtarzalne, że składa się z ciągle tych samych schematów, które zataczają koło. Dlaczego więc popełniamy te same błędy? Dlaczego pakujemy się w te same sytuacje? Ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie, ale jestem idealnym przykładem tego, że człowiek może i uczy się na błędach i stara się ich unikać, ale niestety robi je znowu, tylko w zupełnie inny sposób. Może mu się nawet wydawać, że ta sytuacja jest zupełnie inna, nie widać w niej żadnej analogii, jednak po głębszym namyśle bez trudu dojdzie do wniosku, że już tu był, już to robił, już to się stało.

Właśnie takie przemyślenia oraz pewnego rodzaju porażka, jaką poniosłam w ciągu ostatnich tygodni skłoniły mnie do diametralnej zmiany siebie, a może nawet nie siebie czy moich zachowań, ale pewnych schematów. Postanowiłam walczyć, ze swoimi słabościami, które może niespecjalnie uprzykrzają mi życie, ale test silnej woli zawsze jest wymagający. 

Pokazanie wam mojego procesu myślenia byłoby naprawdę ciężkie, zwłaszcza, że mój mózg analizując wszystko tworzy pewnego rodzaju drzewka, czasami niestety bardzo bujne z ogromną ilością gałęzi. Postarajcie wyobrazić sobie jednak Klaudię, która siedzi na kanapie, odpala papierosa i nagle rozmyślając o nowych zdjęciach Rihanny krzyczy gromkie 'o kur*a'. Tak, to był moment, w którym oblał mnie wstyd, zaczęłam się niemal topić w swoich wyrzutach sumienia i miałam wrażenie, że właśnie w tym momencie następuje koniec świata, bo brakuje tlenu. Muszę się przyznać bez bicia - moja inteligencja emocjonalna jest naprawdę na mizernym poziomie, porównując ją do popularnego IQ. Moje EQ to jakaś kpina i to właśnie w tym upatrywałabym większość niepowodzeń mojego życia. Na dowód pokażę wam wynik testu jaki zrobiłam dosłownie przed chwilą - nie mogę gwarantować wiarygodności jego wyników, natomiast zarysuje wam to na pewno jakiś obraz mojego emocjonalnego debilizmu. 


Dla większości osób 90-100! Czyli jestem w połowie drogi, by być na przeciętnym poziomie swojej emocjonalności. Ale ja nie o tym.
Wpadłam na pomysł, żeby od nowego roku rzucać sobie jakieś wyzwania. Nowy rok kojarzy się z postanowieniami noworocznymi w stylu: rzucę palenie, schudnę, zacznę żyć zdrowo, zdam maturę etc etc.
Ja znam doskonale siebie i umiem stwierdzić, że niestety żadne z postanowień mi nie wyjdzie. Zawsze chętnie rzucę się na kebaba, włoską pizzę, zawsze po jedzeniu zapalę, a co najważniejsze - zawsze robię wszystko na opak (podświadomie! uwierzcie mi, że ja tego nie chcę!), więc każde moje długoterminowe postanowienie zostanie prędzej czy później przeze mnie złamane.

Dlatego też wymyśliłam, że będę stawiać kroczki w poprawie swojej osoby i przede wszystkim udowodnię sobie, że mogę i że potrafię trzymać się swoich sztywno wyznaczonych zasad. 

Pierwszym moim wyzwaniem jest miesiąc czystości alkoholowej. Niby nic strasznego, niby nic trudnego, ale uwierzcie, że w ciągu dwóch tygodni (bo tyle już nie miałam w swoim organizmie ani grama alkoholu) miałam więcej propozycji wyskoczenia na piwo, wódkę, bądź kulturalnego wypicia wina z rodziną niż przez ostatnie 3 miesiące. No cóż, ludzie się uwzięli i też prawdopodobnie podświadomie, bo nikt z mojej rodziny nie ma pojęcia, że porzuciłam picie alkoholu na miesiąc. Wiadomo, że lampka wina nic nie zrobi - ale tu chodzi o zasadę. Nie to nie i tyle. Bez dyskusji Klaudia, dasz radę. Mój miesiąc zaczął się 19.01 i od tego czasu pozostaję człowiekiem trzeźwym. Jeszcz tylko 20 dni i będę mogła napić się ze znajomymi Radlera lub nie odmówię lampki wina. Oczywiście nie wyczekuje tego momentu i w chwili, gdy wybije godzina Zero ja nie sięgnę po alkohol. To nie o to w tym teście chodzi. Bardziej bym nazwała mój miesiąc czystości, miesiącem asertywności, a z tym miałam sporo problemu przez całe moje życie.

Kolejnym krokiem, który zaczyna się już jutro jest miesiąc czystości....fizycznej. Jakkolwiek to brzmi, tak właśnie jest. Zawsze byłam pieszczochem, wszelkie czułości (i nie tylko) to moje paliwo. Jestem człowiekiem, który może się cały dzień tulić, pieścić i jest wtedy najszczęśliwszy. Dlatego w tym wypadku będzie to dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie. Ułatwieniem jest to, że jestem singlem i nie zmuszam mojej drugiej połówki do wstrzemięźliwości seksualnej, ale równocześnie muszę zaznaczyć, że bycie singlem to też dużo więcej pokus i żądz, które nie zdarzają się osobom w związkach (tym normalnym osobom, w tych normalnych związkach).

Potem zaplanowałam odrzucenie mięsa na równy miesiąc - ja jako mięsożerca i wyznawca teorii, że obiad bez mięsa to nie obiad, mam wrażenie, że porywam się z motyką na słońce i już trzeciego dnia ulegnę swoim pragnieniom. Tak czy siak - jest to w planach i z radością będę was informować na temat moich postępów oraz walk z własnymi słabościami. Bo tak to nazwijmy - wszystko co lubimy, kochamy, co nam się podoba, jest naszą słabością. Naszą siłą jesteśmy my sami, gdy nic ani nikt nas nie ogranicza. 

Bardzo będzie mi miło jeżeli ktoś z was dołączy się do moich wyzwań, wymyślając oczywiście swoje. Jakie są wasze słabości? Co lubicie aż za bardzo?



Chciałam jeszcze poruszyć z wami jeden temat. Dotyczy on tego JAK JEST. Jak jest wam, mi, im, jej, jemu. Zapamiętajcie sobie, że 'spoko', 'dobrze', 'w porządku' to synonimy słowa 'beznadziejnie' (w wypadku tego konkretnego pytania i jemu podobnych). Ja w moim życiu dążę do tego, by odpowiadać, że jest fantastycznie, jak z innego świata, najlepiej, powalająco, albo po prostu wykur*iście. 
I takie planujcie życie - by nie było dobre, ok lub w porządku. Ma być najlepsze. Takie miejcie związki - najlepsze, a nie w porządku. Jeżeli po wizycie na uczelni albo po spotkaniu z naszą sympatią, jedyne słowa jakie nam się nasuwają to 'było ok', to zmieńcie kierunek i znajdźcie inną osobę, bo nic z tego nie będzie. Ma być albo najlepiej albo wcale.


Mam również wiadomość dla wszystkich posiadaczy Iphone 5/5s i Iphone 6. Na Insplugu do kupienia są etui wykonane z drewna orzechu. Ja już taki mam i jestem z niego zadowolona. W związku z tym, że to testowe zamówienie, póki co jest tylko jeden model, ale z tego samego też powodu przysługuje mu promocyjna cena 99pln za sztukę. W przyszłości kosztować będzie 119pln.


I jeszcze jedno pytanie do was, bo jak dobrze wiecie moje blogowanie ograniczało się zawsze do przemyśleń, opisaniu serialu lub wyrzuceniu z siebie czegoś. Dostałam propozycję pokazania ubrań jednej z firm i zastanawiam się czy zająć się czymś takim. Oczywiście transformacja tego bloga w bloga modowego lub czegoś podobnego nie wchodzi w grę. Chodzi oczywiście o pokazanie czasem jakiejś bluzy bądź koszulki. Bardzo zależy mi na waszej opinii, także czekam na komentarze :)







Każdy z nas popełnił w życiu jakiś błąd, a może nawet cały szereg błędów. Każdy z nas czegoś żałował, było mu przykro i chciał to wszystko naprawić. Ja należę niestety do osób, które popełniają ich całkiem sporo, a radzenie sobie z konsekwencjami przychodzi mi zawsze z ogromnym trudem.

Jest środa, ja cierpię na silne przeziębienie i zmagam się z napięciem przedmiesiączkowym. Wmawiam sobie, że mój nastrój wynika tylko i wyłącznie z tych aspektów, chociaż podświadomie wiem, że jest on efektem mojego radzenia sobie z błędami. Które popełniam ciągle - jedne świadomie, inne nieświadomie. Od lat zmagam się z dążeniem do jednej wyznaczonej daty - bo za miesiąc już będzie lepiej, za miesiąc już będzie zajebiście. Ciągle sobie powtarzam takie coś i być może przez to, że odstęp czasu jaki dzieli mnie od mojej 'mety' jest tak odległy, nie widzę tak dokładnie tej poprawy.

Fakt, że widzę te błędy i się do nich przyznaje, wynika z tego, że niestety troszeczkę dorosłam. Gdy miałam 18 czy 19 lat, popełniałam masę błędów i robiłam to w pełni świadomie. Nie obchodziły mnie jednak konsekwencje i to co moje małe przestępstwa przyniosą w przyszłości. Wydawało mi się, że jestem jakąś wersją boga, którego nie dosięgnie karma, bo przecież nie robię nic złego, a jeżeli to co robię jest złe, to dlaczego nie odczuwam żadnego cierpienia w konsekwencji?

Wyniosłam z tego okresu wiele, podobnie zresztą jak z każdego innego. Skoro już w czymś tkwię, coś robię, to niech to nie idzie na marne.

Przyzwyczaiłam się na chwilę obecną do życia z pewnego rodzaju ciężarem. Nauczyłam się stawiać małe kroki, potem większe i w końcu nauczyłam się skakać. Mimo tych +48 kilogramów na moich barkach. Były momenty, że tak przyzwyczaiłam się do tego ciężaru, że o nim zapominałam i traktowałam moje życie po raz kolejny jako  pasmo beki i dobrej zabawy. I na dobrą sprawę tak jest, bo znowu nastają czasy kiedy ciężko powiedzieć mi, że zależy mi na czymś innym niż moje koty, niż moje ogólne samopoczucie i zaspokojenie wszystkich potrzeb fizjologicznych tudzież społecznych, ale ja nie o tym, bo odchodzimy od meritum.

Popełniłam ostatnio jeden dość spory błąd - czemu błąd zapytacie. A no dlatego, bo wiem, że sytuacja ta może mieć duży wpływ (jeżeli już nie miała) na moje przyszłe życie. Popełniłam więc go w pełni świadomie, narażając się na zapewne nieprzyjemne konsekwencje. Odpowiedź na pytanie, dlaczego go popełniłam jest łatwiejsza niż mogłoby się wydawać. Nic tak nie uczy nas jak porażka. Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. I tak właśnie jest teraz. Znałam swoje wady i swoje złe cechy, wiedziałam że irytowały one bliskich mi ludzi, ale jeśli mam być szczera to nie rozumiałam dlaczego. Musiałam więc doprowadzić siebie i swoje otoczenie do momentu, kiedy inni ludzie zachowują się dokładnie tak samo jak ja w momentach złych. I teraz widzę co tak naprawdę mogło denerwować we mnie moich bliskich. Wiem co było wręcz nieznośne, bo skoro ja ledwo wytrzymuje 5 minut takiego zachowania jakiejś osoby, to dlaczego oczekiwałam, że moje TAKIE SAMO zachowanie pozostanie bez reakcji przez długie tygodnie lub miesiące. Swoją drogą to zabawne, że kiedyś to ja byłam tą wiecznie mówiącą i gadającą, a teraz wole słuchać. Czasami nawet nie słuchać, dla samego słuchania, ale nie mam kompletnie żadnej potrzeby odzywania, a wszelkie przemyślenia zostawiam dla siebie, bo co to kogo interesuje.

Czy dążenie do sukcesu oznacza naprawianie swoich błędów? Myślę, że tak, ale ważniejsze jest wyciąganie prawidłowych wniosków z nich. Bo niestety czasami błędu nie da się naprawić i już zawsze będzie w naszej świadomości, dlatego należy wycisnąć z niego co tylko się da, żeby można było postawić go jako plus naszego życia, a nie minus.
To działa bardzo prosto, a daje duże lepsze spojrzenie na nasze życie. Ja jestem żywym przykładem na to, że użalanie się nad sobą to droga ku....porażce. Dopiero gdy wyparłam się tego, zaczęło mi żyć się po prostu lepiej. Zawsze stosowałam te zasadę w związkach. Pierwszy mi nie wyszedł i wiedziałam dlaczego, dlatego w drugim zminimalizowałam szanse na popełnienie znów tego samego błędu. Drugi mi nie wyszedł i też wiedziałam dlaczego, dlatego w trzecim zminimalizowałam błędy z pierwszego i drugiego związku. Trzeci mi nie wyszedł, więc miałam dodatkową lekcję do przerobienia i to właśnie zrobiłam. Byłam na tyle głupia, że umiałam zastosować zasadę nauki z błędów tylko w przypadku związków, a nie całego życia. A teraz stosuję ją niemal za każdym razem.
A jak nie wierzysz w to, że to działa to zastanów się - poszedłeś na sprawdzian z matematyki bez nauki i dostałeś jedynkę. Popełniłeś błąd. Wiesz, że następnym razem jak pójdziesz nienauczony to znów dostaniesz jedynkę. To od Ciebie zależy czy będziesz powielać ten błąd, czy go unikniesz.
Jak wiesz, że ktoś źle reaguje na telefon od Ciebie, chociaż zależy Ci na tej osobie - nie dzwoń. Nie pisz. Jak wiesz, że po burakach masz biegunkę - nie jedz ich. Jak wiesz, że po alkoholu zamieniasz się w dziwkę, a tego nie chcesz (tu jest sprawa dużo obszerniejsza, bo z moich obserwacji wynika, że każda kobieta musi przeżyć przynajmniej kilka bitch-party) - nie pij.

I na tym zakończę moją 'wyższą' notkę, która jest zapewne efektem mojego bardzo ciężkiego pms'a, a katar utrudnia dopływ tlenu do każdej z moich komórek, co wiąże się z niedotlenieniem mózgu, który przechodzi niespodziewanie ze stanu euforii w stan depresji.