Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moda. Pokaż wszystkie posty
Zazwyczaj opisuje tu wydarzenia, które miały miejsce w mojej dalekiej przeszłości, czasem zdarzają się wspominki z lat niedawnych. Tym razem jednak opiszę wam moją wizytę w gabinecie kosmetycznym, która odbyła się całkiem niedawno - bo pod koniec maja bieżącego roku. Nie będę ukrywać, że cała idea wypróbowania najróżniejszych zabiegów oraz kosmetyków ukierunkowanych przede wszystkim dla kobiet, jest dla mnie zabawą, ale też doświadczeniem, które pozwoli mi realizować te bardziej dalekosiężne projekty. Muszę natomiast przyznać, że pójście na woskowanie okolic bikini, było dla mnie stresujące i śmiech przeplatał się ze strachem dotyczącym bólu jaki nieuchronnie mnie czeka.

Gabinet, do którego się udałam został znaleziony zupełnie przypadkowo - wpisałam w wyszukiwarkę "depilacja woskiem kraków" i trafiłam do Active Woman. Wpis ten  nie jest w żaden sposób sponsorowany, dlatego z czystym sumieniem mogę polecić ten gabinet kosmetyczny każdej mieszkance Krakowa, zwłaszcza, że poza całym wachlarzem zabiegów oraz zajęć dla pań, dysponuje on niesamowicie sympatyczną kadrą, która stara się zniwelować strach oraz rozwiać wątpliwości związane z (w moim przypadku) depilacją woskiem.

Muszę gorąco polecić Panią, którą przeprowadzała zabieg - Pani Ewa nie dość, że przesympatyczna, to (jak zobaczycie w filmikach poniżej) potrafiła maksymalnie skupić moją uwagę na rozmowie z nią, bym nie skupiała się aż tak na (mimo wszystko) średnio przyjemnej części mojej wizyty. Nie wyobrażam sobie co by było, gdybym miała w ciszy i skupieniu czekać na oderwanie plastra z okolic bikini.

Salon jest bardzo estetyczny, posiada wiele pokoi przeznaczonych do najróżniejszych zabiegów, a ten do którego trafiłam ja przypominał mi nieco gabinet masażu przez delikatnie przyciemnione światło i zapach olejków eterycznych. Jeżeli któraś z was interesowała się woskowaniem bikini, to wiecie, że istnieje kilka modeli - ja wybrałam to najgłębsze, bo skoro miał to być eksperyment, uznałam że tak będzie najciekawiej. Bikini Hollywood - bo tak się to nazywa jest depilacją, która pozwala na usunięcie owłosienia z absolutnie całej intymnej powierzchni. Po wejściu do pokoju dostajemy nawilżone chusteczki, które pozwolą nam się odświeżyć i poczuć bardziej komfortowo oraz jednorazowe stringi, by nie czuć się zupełnie obnażonymi.


Jeżeli chcecie zdecydować się na ten zabieg to (dziwnie to może brzmieć) należy zapuścić włoski tak, by miały co najmniej 0,5 cm - tylko przy co najmniej takiej długości zabieg ma sens i można spodziewać się efektów. Ból sam w sobie nie jest tak straszny jak można to sobie wyobrazić - oczywiście są miejsca bardziej wrażliwe i lepiej ukrwione, w których da się odczuć pewien dyskomfort. Były chwile, w których łzy mi podeszły do oczu - nie ma się co dziwić - miałam w końcu wyrywane włosy z miejsca intymnego, ale chwila męki (trwało to ok. 15 min.) była tego warta, bo owłosienie zaczęło wracać po 3 tygodniach. Pani Ewa poinformowała mnie również, że im częściej przeprowadza się ten rodzaj depilacji, tym włoski wychodzą łatwiej (z mniejszym bólem) i jest ich zdecydowanie mniej. Po zabiegu należy ograniczyć wizyty w saunie lub na siłowni przez ok 2 dni, bo jednak depilowane miejsce jest podrażnione.

Czy polecam - zdecydowanie tak, strach ma tylko wielkie oczy i warto czasem (nawet dla eksperymentu) udać się chociaż raz na woskowanie. :)




a tutaj specjalnie dla was zmontowane fragmenty ze snapa, jakie dodawałam w trakcie depilacji :) 
Jeżeli ktoś nie dodał mnie jeszcze na snapie to zachęcam: ininswetrust






Dres - SHEINSIDE




koszulka bulls - SHEINSIDE


Sukienka - WALKTRENDY


plecak - SHEINSIDE


Zmieniłam również kolor włosów o czym pewnie większość z was już wie - ja jestem bardzo zadowolona :) O procesie zejścia z ciemno-brązowych włosów do białego napiszę w osobnej notce, bo jak pewnie się domyślacie taka zmiana wymaga specjalnej pielęgnacji. 





Moje gimnazjalne bądź licealne podboje zazwyczaj kończyły się nową koleżanką, miast kolegą. Nie mogę powiedzieć, że narzekałam na brak powodzenia wśród płci przeciwnej! Miałam swoich adoratorów, ale no był to czas, w którym ewidentnie nie interesował mnie mężczyzna - absolutnie żaden.

Do tej pory zastanawiam się jak potoczyłoby się moje życie, gdybym w pierwszej klasie liceum zgodziła się na zaloty mojego dobrego kolegi z klasy - Filipa. Artysta, przystojny, grał na gitarze - prawdopodobnie dusza romantyka. Chadzaliśmy często na kawę po szkole, ale jeśli mam być szczera nigdy nie pomyślałam o nim w sposób inny niż przyjacielski. Myślałam, że ujawnienie mu mojej biseksualnej orientacji w zupełności wystarczy. Rozmowy o pośladkach kobiet mijanych na ulicy tym bardziej. Niestety okazało się, że moja asertywność po raz  kolejny przegrała i nie byłam w stanie zamknąć naszej relacji w friendzonie, tak by mój dobry kolega nie marnował czasu, a nasze dobre stosunki pozostały nienaruszone. Moja subtelność i kompletny brak wyczucia czasu znowu dał o sobie znać. Filip tuż przed sylwestrem, którego zresztą mieliśmy razem spędzić, zaprosił mnie na kawę do mojej ulubionej kawiarni. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. Myślałam, że Filipowi mogę powiedzieć wszystko jak najdroższemu przyjacielowi i mi doradzi, dlatego wspomniałam o tym, że poznałam niesamowitą dziewczynę i że kręci mnie bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zniechęciła mnie jego smutna mina - wydawało mi się, że się po prostu wczuł i przeżywał wraz ze mną spotkanie z tamtą panną. Był przecież artystą, a ci są bardzo empatyczni. Gdy zobaczyłam, że opuszcza głowę pomyślałam, że pewnie nudzi go mówienie o uczuciach, więc postanowiłam ożywić atmosferę opowiadając mu jak spędziłam czas z tamtą panną i do czego doszło. Spodziewałam się zainteresowania w oczach i wyciągania ze mnie najbardziej pikantnych szczegółów. Zamiast tego usłyszałam, że lubi mnie bardziej niż mi się wydawało. Nie będę jednak ukrywać, że mimo tak soczystego kosza i pewnego rodzaju upokorzenia, liczyłam, że Sylwestra spędzę głównie z nim. Myślałam nawet, żeby podejść do niego i go pocałować około godziny 00:00. Niestety uprzedziła mnie jakaś dziewczyna.

Potraktowałam to jako swoisty znak, że jednak powinnam skupić się na koleżankach, które ciągle przybywały i zaniechałam poszukiwań mojego potencjalnego męża. Nie zmieniło to jednak faktu, że kilkoro z nich przewinęło się jeszcze przez moje życie w sposób mniej lub bardziej wyraźny.

Zawsze traktowałam swój wianuszek z należytym szacunkiem w przypadku kontaktów z mężczyznami i wychodziłam z założenia, że ewentualny pan musi się o mnie dość mocno postarać. Nie dotyczyło to jednak Chorwata, który uwiódł mnie tanim chorwackim winem i zaproszeniem na romantycznego grilla na plaży nieopodal Splitu. Na swoją obronę mogę jedynie dodać fakt, że moja koleżanka również uległa jego koledze i nie byłam tą jedyną, której spodobał się śródziemnomorski urok. Obaj byli bardzo przystojni i dość dobrze zbudowani, chociaż ten mój miał raczej drobną budowę. Myślę, że nie przeżywałabym tej przygody tak długo (zwłaszcza, że dopiero po kilku tygodniach przypomniałam sobie jak mój chorwacki kolega ma na imię), ale wpadłam w stan błogosławiony - a raczej tak mi się wydawało. Już następnego dnia zastosowałam wszystkie antykoncepcyjne metody jakie znalazłam na forach typu kafeteria. Mimo mojej niemałej wiedzy w tym zakresie, potencjalna ciąża doprowadziła mój mózg do poziomu zbliżonego do fretki i popularne wypłukiwanie jakim raczyła się jedna z bohaterek "Galerianek" również zajęło honorowe miejsce wśród moich działań. Korzystając z dobrodziejstw XXI wieku, napisałam do wszystkich znanych mi koleżanek, które potencjalnie mogły kiedyś móc mieć taki problem. Każda z nich poradziła mi bym udała się do lekarza i poprosiła o tabletki 72h po. No cóż - pewnie w Polsce bym tak zrobiła, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie siebie mówiącej coś podobnego za granicą, zwłaszcza, że nie wiedziałam czy w Chorwacji w ogóle istnieje taka możliwość. Kolejne dni mojej wyprawy na południe okazały się totalną porażką, bo jedyne o czym myślałam to jak to zakończę moje trywialne 20-letnie życie i zacznę zmieniać pampersy. Zalewały mnie zimne poty, gdy myślałam o moich imprezach z moimi potencjalnymi dziewczynami i ich potencjalnych minach, gdy będę wspominać, że muszę wracać do mojego potencjalnego domu, w którym czeka na mnie moja potencjalna opiekunka oraz potencjalne dziecko. Postanowiłam zagłębić się również w temat aborcji i przedyskutowałam sprawę z najbliższą mi wówczas przyjaciółką, ale nadal ciężko było wyobrazić mi sobie sytuację, w której w istocie dochodzi do ewentualnego zabiegu. Innym stresorem byli moi rodzice, którym nigdy w życiu nie wiedziałabym co powiedzieć i - mamo, jeżeli to czytasz - wybacz, no ale sama mówiłaś, że dupa pijana dupa sprzedana, a ja uczę się tylko na błędach. Po moim powrocie do Polski postanowiłam od razu zrobić test ciążowy - wyszedł negatywny, podobnie zresztą jak jakieś 30 kolejnych, które cyklicznie wykonywałam co kilka dni przez najbliższe 3 miesiące. Za każdym razem myślałam, że test jest zepsuty, bo pojawiły się u mnie poranne nudności. Moje pierwsze testy ciążowe musieli kupować mi znajomi - nie potrafiłam stanąć w aptece i poprosić o tak naprawdę najnormalniejszą w świecie rzecz, bo z mojej perspektywy każda aptekarka doskonale wiedziała jak do takiej sytuacji doszło i że było to wynikiem chorwackiego powietrza. Niestety moi znajomi szybko zrozumieli, że nie ma absolutnie żadnego sensu w kupowaniu kolejnych testów i pukali mnie w głowę, gdy tylko wspominałam o tym, że musimy jechać na Czechy zrobić aborcję. W końcu zebrałam się na odwagę i sama dokonywałam tych trudnych zakupów. Jeśli mam być szczera, trwałoby to pewnie całe 9 miesięcy, gdyby nie pewna leciwa już pani w aptece, która widząc mnie któryś z kolei raz z wypiekami na policzkach zapytała ściszonym głosem "to samo co zwykle?" i wyciągnęła spod lady baby-test.  Do dziś jestem jej za to wdzięczna, bo zapewne robiłabym te testy do skutku, czyli do momentu, aż w końcu trafiłabym na test wskazujący ciążę.












W ramach moich szafiarskich zapędów zapraszam was serdecznie na te stronę, z której mam powyższą bluzę, bo naprawdę jakościowo odróżnia się na tle większości sklepów, a mają tam naprawdę szeroki wybór ciuchów nawet dla takich chłopczyków jakimi jestem ja.














Do napisania tej notki skłoniły mnie przemyślenia dotyczącego tego bloga, a raczej tego do czego on zmierza. Siedziałam i myślałam, myślałam i siedziałam i jedyną sensowną myślą było to, że no cóż - kiedyś historie z mojego dzieciństwa się skończą, a nie będę opowiadać o tym jak jadłam kisiel i się ubabrałam.



Gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, lat 5, może 7, bardzo lubowałam się we wszelkich atrybutach kobiecego outfit'u. Najbardziej kręciły mnie buty na obcasach mojej mamy - im wyższe tym lepsze, z kosmetyczki za to wybierałam najczęściej szminkę. Nie ma w tym nic dziwnego - większość małych dziewczynek chce się malować i zachowywać jak damy. Ewolucja w stronę damy jak widać mi nie wyszła i obecnie bardziej od szpilek i cieni do powiek, wolę luźne spodnie, a nic mnie tak nie cieszy jak soczyste beknięcie po twister box'ie z kfc. Nie zmienia to jednak faktu, że zdarzało mi się wielokrotnie przebierać za księżniczki czy aniołki, a każdy karnawał był najważniejszym wydarzeniem w moim roku kalendarzowym. Nigdy nie zapomnę mojego stroju aniołka i skrzydeł, którym mój ojciec poświęcił całe życie (tak mi się wydaję, że to był tata, chociaż znając moją mamę, ona też swoje dołożyła - o ile oczywiście nie była pojedynczym twórcą - tak czy siak, moi współtwórcy stworzyli lamborghini galardo w kategorii strojów karnawałowych).  Skrzydła były niewiele mniejsze ode mnie - przynajmniej tak to pamiętam. Zostały wycięte z tektury, na którą nałożono masę kleju i......setki tysięcy frędzelków z bibuły. Miałam pierzaste skrzydła, dokładnie takie jakie wyobrażałam sobie zasypiając i odmawiając pacierz "Aniele Boży stróżu mój". Mój główny atrybut bycia aniołkiem umocowany był na gumkach, które założyłam na ramiona jak zwykły plecak, by potem bawić się (w stylu "jakby jutra miało nie być") na przedszkolnym karnawale.
Mniej więcej w czasie moich pierwszych modowych zapędów, dokształcałam się w dziedzinie kosmetyków i ich funkcji. Jeśli mam być szczera to do dziś żałuję, że nie mam starszej siostry, która mogłaby mi pokazać co do czego służy. Myślę, że był czas, w którym obwiniałam moich rodziców o to, że wyrosłam na chłopczycę, bo być może gdybym obok starszego brata miała jeszcze siostrę, to więcej czasu przeznaczałabym na pielęgnowaniu swojej urody, niż na Fatality w Mortal Combat (umiałam grać tylko Sub-Zero). Stało się niestety tak, a nie inaczej i wszelkie typowo kobiece zachowania musiałam pielęgnować w sobie sama, czasami doglądając mojej zawsze ładnie ubranej i wymalowanej matki. Podglądałam ją podczas porannych makijaży i podziwiałam z jaką łatwością przychodzi jej pomalowanie ust szminką.
Podczas jednych ferii, bądź wakacji w Kościelisku, do którego jeździliśmy wielokrotnie z rodziną, wpadłam na pomysł, że to jest właśnie ten dzień, w którym ujawnię moje talenty z dziedziny wizażu i stylizacji. Weszłam do łazienki i sięgnęłam po kosmetyczkę mojej mamy, z której wyciągnęłam niemal każde możliwe narzędzie i zaczęłam działać. Szminka, róż do policzków, cienie do powiek - malowałam się z takim impetem, że absolutnie nie zwracałam uwagi na to, że cień do powiek ląduje na brwiach, a szminką DELIKATNIE wyjechałam poza usta, tak że moja broda zmieniła swój kolor na czerwony. Uznałam, że na pewno każdemu zdarzają się takie błędy i wszystko poprawię po skończonej pracy. Zmieniłam zdanie gdy spojrzałam w lustro i uznałam, że nic z tym niestety nie da się zrobić i przeżyłam pierwszy w moim życiu atak paniki. Bałam się, że mama będzie zła, że może się brzydko pomalowałam (jako dziecko nie miałam się za bardzo czym stresować, więc znajdowałam sobie absurdalne powody do płaczu) i zaczęłam zacierać ślady. Niestety pod zimną wodą szminka schodzi bardzo słabo, nie wspominając już o cieniach i różu do policzków. Wszystko się rozmazało, a ja wyglądałam jak klaun i płakałam jeszcze bardziej. Przypomniało mi się jednak, że mama zawsze zmywa makijaż jakimś specyfikiem do tego stworzonym, ale za cholerę nie wiedziałam jak to wygląda. Postanowiłam otworzyć wszystkie podejrzanie wyglądające fiolki, tak by po zapachu poznać, który to może być kosmetyk. W końcu rozpoznałam pewien zapach, lubiłam go, chociaż był ostry i dzisiaj raczej określa się go mianem smrodu, niż przyjemnej woni - tak czy inaczej, użyłam ZMYWACZA DO PAZNOKCI. Wylałam go na wacik, niczym profesjonalistka i zaczęłam zmywać sobie usta, policzki i oczy..... Oczy niestety schodziły najtrudniej więc kilka kropel poleciało bezpośrednio na powieki i zaczęłam trzeć. Makijaż nadal nie schodził, a oczy zaczęły mnie piec. Rozpłakałam się jeszcze bardziej, ale by ukryć ślady zbrodni wszystko schowałam na swoje miejsce. Szybko wybiegłam z łazienki i schowałam się w szafie, bo uważałam, że wyglądam tak tragicznie, że nikt mnie nie może zobaczyć - a zwłaszcza moja mama! W końcu opuściłam moją szafę, bo zorientowałam się, że przecież od powietrza makijaż mi się nie zmyje, poza tym odrobinę zgłodniałam. Moja mama zobaczyła mnie taką rozmazaną i zaryczaną, ale ku mojemu zdziwieniu schyliła się do mnie z uśmiechem i zapytała "malowałaś się kochanie?". Powiedziałam, że tak, ale że mi nie wyszło, ta jednak w ogóle się tym nie przejęła i dalej uśmiechała się od ucha do ucha. Zmieniło się to, gdy weszła do łazienki i poczuła ostry zapach zmywacza do paznokci. Zapytała mnie co z tym zrobiłam to powiedziałam zgodnie z prawdą, że zmywałam tym oczy.

I wtedy nastał armagedon.

Biegała to tu, to tam, że przecież mogę stracić wzrok. Zaangażowała się w to też moja ciocia Marysia, która wspólnie z moją mamą zaczęła przemywać mi oczy i robić okłady z ogórków. No cóż - chciałam być wizażystką, a skończyłam w domowym spa, słuchając jaką to głupotę popełniłam.



Jeśli mam być szczera - wiele w kwestii mojej wiedzy dotyczącej urody się nie zmieniło. Wiem do czego służy zmywacz do paznokci, wiem co to peeling albo balsam do ciała. Posiadam również podstawową wiedzę z zakresu najpotrzebniejszych zabiegów kosmetycznych, ale niestety nie jest ona na tyle podstawowa, bym była w stanie chociażby pomalować sobie paznokcie lub wyregulować brwi. No cóż - jestem kaleką i wyręczam się profesjonalistami, ale nadal pozostaje w tej bardzo podstawowej wersji kobiecości (zwał jak zwał). Nigdy nie byłam na żadnym zabiegu upiększającym, a paznokcie hybrydowe widoczne u mnie na przełomie grudnia i stycznia były dla mnie naprawdę poważną ekstrawagancją. Postanowiłam jednak, że spróbuję chociaż trochę zaznajomić się z byciem kobietą przez duże K i możecie się spodziewać wpisów z relacją oraz nagrań z realizacji moich działań. W najbliższych tygodniach i miesiącach możecie spodziewać się vloga, w którym próbuję sobie przykleić rzęsy, namalować kreski, lub chociażby video-relacja z depilacji woskiem (brazylijskie bikini boli, prawda?). Wspierać będę się licznymi grouponami, które nie będą mnie aż tak obciążać finansowo, jednak dadzą pogląd na to jak to jest być damą i odpowiedzą na pytanie - czy warto. Bardzo proszę was, abyście w komentarzach tu lub na fb wpisywali pomysły zabiegów jakie muszę przeprowadzić, spróbować, albo co chcielibyście zobaczyć na chłopczycy.

PS: wiem, że was poniesie fantazja, więc błagam - bez botoksów.








Niemal każda osoba przechodziła pewnego rodzaju transformacje. Wynikają one z burz hormonalnych, wpływ na nie ma też otoczenie w jakim przebywamy. W ostatnim wpisie przedstawiłam jeden z moich stanów światopoglądowych, których teraz w pewnym sensie się wstydzę, aczkolwiek zdecydowanie bardziej wolę się z tego obecnie śmiać.

W parze z dojrzewaniem idą najróżniejsze przemiany - nie tylko światopoglądowe, ale również fizyczne, nie takie jednak, które wynikają z np. nabierania kształtów, ale wpływ na nie ma środowisko bądź otoczenie w jakim się znajdujemy. Nasuwa mi się teraz pytanie, może trochę filozoficzne, ale czy wobec tego prawdziwi jesteśmy tylko w momencie, gdy jesteśmy zupełnie sami i nic, ani nikt nie odciska piętna na naszym życiu? Mnie to nie dotyczyło - ja od zawsze obracałam się wśród ludzi, powiedziałabym wręcz, że tłumów, a z początkiem mojego czasu nastoletniego, było to środowisko - delikatnie mówiąc - dresiarskie.
Teraz wyobraźcie sobie to połączenie - konserwatywne wychowanie, stadionowe poglądy i....wkoło pełno panienek obciągających za paczkę fajek. Tutaj warto wspomnieć, że paczka niebieskich LM'ów kosztowała wówczas niecałe 7 zł - nie ma co, szanowały się. Ja natomiast byłam mixem - dziewczynka z dobrego domu, dobrze ucząca się, ale mimo wszystko obracająca się w mało ciekawym środowisku. Oczywiście moja 'paczka' taka nie była, ale samo przebywanie w jednej szkole z tego typu osobami miało swój wpływ na moje poglądy względem tego jaka stylówa  jest najbardziej na topie. Warto też wspomnieć, że pierwsze tygodnie w moim gimnazjum w pełni obrazują to, w jakiej szkole wylądowałam. Mowa tutaj o incydencie próby otrucia (lub zabicia) nauczycielki matematyki. Naturalnie było to komentowane jako niewinny dowcip, ale jak wsypanie komukolwiek kreta do cukru, którym ma zamiar posłodzić sobie kawę, może być traktowane jako mało smaczny kawał? Owszem - mało smaczne to było, ale w mojej ocenie i wtedy i teraz, nie miało to wiele do czynienia z żartami. Od tego momentu poza uczniami,do szkoły zaczęli uczęszczać również najróżniejsi dziennikarze, w tym ci z  raczkującego dopiero programu UWAGA oraz policjanci.
Paradoksalnie, to moi rodzice uznali, że to właśnie to gimnazjum będzie dla mnie najodpowiedniejsze i przegrałam z nimi wojnę po teście szóstoklasisty. Po tym incydencie zaczęli zmieniać swoją opinię, a moja wiara w nich zaczęła narastać.
Po drugiej klasie postanowiliśmy wspólnie zmienić moje otoczenie - przeniosłam się do prywatnego gimnazjum w centrum miasta. W tym czasie miałam również chłopaka - dużo starszego, o którym - musicie wybaczyć - nie zamierzam nigdy opowiadać, bo jest to epizod dla mnie nieco dziwny i można go bez trudu źle zrozumieć, a nie chcę po dobrych 10 latach robić problemów - dziś - staremu facetowi.

To właśnie w wieku 14/15 lat byłam raczej mało oryginalna. Uwielbiałam obcisłe jasne spodnie, najlepiej z bawełny, jeans uważałam za zdecydowanie zbyt sztywny materiał, a lubiłam by każda moja krągłość zaznaczała się podczas przechadzek ulicami centrum. Wszelkie obcisłe kurteczki lub jasne, najlepiej białe koszulki zajmowały honorowe miejsce w mojej szafie. Co się tyczy butów - nie nosiłam szpilek ani koturn. Mimo mojego zmaniurzenia i ponętnego kołysania biodrami, obcasy wydawały mi się skrajnie niewygodne - do tego stopnia, że byłam przekonana, że modę na takie obuwie wymyślił sadysta, którego zostawiła żona i postanowił zemścić się na wszystkich kobietach świata. Innym moim wyobrażeniem była średniowieczna sala tortur, w której zakładano osobie torturowanej szpilki i kazano chodzić wkoło stołu przez kilkanaście godzin. Tak czy siak - moje stopy zdobiło nic innego jak halówki - najmodniejsze obuwie, które każda dziewczyna z blokowisk musiała mieć. Pomijam fakt, że nie wychowałam się w bloku, nawet nie na takim osiedlu, ale bez trudu można było założyć w tamtym czasie, że trzepak to moje ulubione miejsce schadzek.
Nigdy nie zapomnę tego okresu mojego życia - głównie dlatego, że chociaż moim piegom towarzyszyły pryszcze, to nigdy nie cierpiałam na większe zainteresowanie wśród płci przeciwnej. Do tej pory nie wiem, czy było to efektem mojej stylówy, czy może utlenionych na blond włosów do ramion. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wyglądałam wtedy na łatwą, gdyż moimi adoratorami byli zazwyczaj chłopcy w wieku 16-19 lat, najczęściej wygoleni na zapałkę, przywdziewający spodnie dresowe marki Londsdale. Lubiłam jednak zwracać na siebie uwagę - zwłaszcza, że  mieli się czym pochwalić, a świeżo wymyty Fiat 126p lub żółte Seicento nie raz i nie dwa za mną zatrąbiło.  Jednej z takich sytuacji zawdzięczam mojego pierwszego stalkera. Marcina poznałam podczas przechodzenia na pasach pod Wawelem, kiedy to postanowił za mną zatrąbić. Najpierw pomyślałam, że za wolno idę i zgasło już zielone światło dla pieszych - gdy jednak zobaczyłam, że zielony ludzik dalej się świeci - rzuciłam się na niego (kolokwialnie mówiąc) z mordą. Moje maniurzaste towarzystwo nauczyło mnie tego, by nie dawać sobie wchodzić na głowę i że najlepszym sposobem na osiągnięcie danego celu, jest się o niego wykłócić. Tak też było i wtedy, a na moje 'kurwy', 'kutasy', 'chuje' i puentujące całą wiązankę 'ty jebany cwelu, mam zielone', usłyszałam 'lubię takie. daj mi swój numer'.
I dałam.
(Alleluja, że nic więcej)
Marcin był bardziej niż zainteresowany moją osobą i dziennie otrzymywałam od niego kilkaset smsów i do tej pory żałuje, że na żywo był zdecydowanie mniej wygadany - chyba, że miałabym do treści wypowiedzi zaliczać wielokrotnie powtarzając się słowo 'kurwa'. Nie oceniałam tego jednak, ponieważ sama sporo w tych czasach klęłam (zresztą zostało mi to do dziś), ale perspektywa przedstawienia moim rodzicom 19-letniego chłopaka z drugiej klasy gimnazjum, wydawała mi się nieco ryzykowna.  Uznałam, że najwyższy czas zerwać kontakt, bo ewentualne dalsze spotykanie może pociągnąć za sobą niesubtelne propozycje lub oczekiwania, których nie chciałam za bardzo spełniać. Kolejnym, a może najważniejszym argumentem, by zakończyć rozpoczynającą się relacje, był fakt, że jak wcześniej wspomniałam, miałam wtedy chłopaka. Marcin należał do osób bardziej porywczych i odrzucenie zniósł ciężko, ale jak przystało na prawdziwego łobuza, całą agresję przelał na mojego ówczesnego partnera, chociaż w życiu go nie widział, ani nawet nie słyszał. Uznał, że skopie tamtemu lalusiowi dupę i koniec kropka. Do konfrontacji nie doszło, a ja zmieniłam numer, żeby wyeliminować kolejną falę niezręcznych wiadomości.

Późniejsze losy mojej garderoby były niemniej ciekawe, ale skrupulatnie zaczęłam odchodzić od obcisłych ubrań podkreślających moje rosnące wciąż piersi. Ku mojemu zdziwieniu, nie spodobało się to mojemu chłopakowi, a moje skłonności biseksualne zaczęły mu coraz bardziej przeszkadzać. W momencie ścięcia włosów na krótko i zafarbowaniu ich na czarno, mieliśmy już głęboki kryzys, a po założeniu spodni z niższym stanem, nasz związek się zakończył. Zmienił się także sposób podrywania mojej osoby - chłopcy już na mnie nie trąbili, za to uśmiechało się do mnie na ulicy całkiem sporo dziewczyn, a krótko ścięte panie w kawiarni niejednokrotnie zostawiały mi swój numer na serwetkach.





Każdy z nas dojrzewa inaczej - jeden chłopiec nabierze wagi i będzie mieć głos jak smerf, inny straci wagę, ale zyska głos dojrzały i głęboki, który będzie muzyką dla uszu. Jednak najważniejszym aspektem dojrzewania są zmiany psychiczne jakie zachodzą w naszym organizmie. Pierwsze ciągotki homo, tudzież biseksualne większość osób ma zazwyczaj w wieku lat nastu, a cały świat tłumaczy im, iż jest to najnormalniejsza na świecie walka hormonów. Jak byłam mała, wyobrażałam sobie w tym czasie moje hormony jako poubierane w średniowieczne, bojowe stroje kobiety ze złotymi warkoczami, walczące z wikingami. Wszystko odbywało się na tle mojego mózgu lub czerwonej poświaty, która zapewne symbolizowała moje ciało. Wizje takie zawdzięczam setkom godzin spędzonych nad "było sobie życie", jednak starzec z brodą nigdy w mych wyobrażeniach się nie ujawnił - zdecydowanie wolałam silna panie dzierżące oburęczne miecze. Złotowłose hormony odpowiadały moim nie do końca heteroseksualnym popędom, te drugie zaś śmiało mogły mieć znak fallusa na swych tarczach. Walka ta rozgrywała się we mnie dość szybko i muszę przyznać, że pierwsze bitwy wygrywali wikingowie. Ich armia miała dodatkowe atuty, otóż ich światopogląd odpowiadał temu, jaki był jedynym słusznym w moim rodzinie, a pasja chodzenia na mecze i obcowania wśród przepełnionych testosteronem mężczyzn nieakceptujących absolutnie żadnych dewiacji poza "Moja jedyna miłość to Wisełka" sprawiała, że napompowane cycki kobiet-hormonów odnosiły dotkliwe porażki.

I tak właśnie mijało życie. Zdążyłam nawet zapomnieć o jakichkolwiek rozterkach tej natury, udało mi się mieć chłopaka, zauroczyć w kolejnym, a dziewczyny były moimi koleżankami.
Przypomina mi się nawet to, że należałam do paczki dziewczyn - nie wiem czy byłyśmy typowymi 'mean girls', ale na pewno za takie się uważałyśmy i byłyśmy (w naszej opinii) najfajniejszymi dziewczynami w szkole. Moje koleżanki, a właściwie przyjaciółki (jak na tamten czas się wzajemnie nazywałyśmy) miały najprzystojniejszych chłopaków ze szkoły, najfajniejszych lub tych najniegrzeczniejszych - chyba moda na kochanie bad boya nigdy nie zniknie. Też miałam takie fantazje, aczkolwiek dużo lepiej rozmawiało mi się z chłopakami jak z kolegami. Nie  zmienia to jednak faktu, że moje otoczenie dążyło do pewnych trendów, chciało zaspokajać swoje potrzeby wynikające z norm ogólnie przyjętych. Podejrzewam, że gdyby nie jedno popołudnie moje życie mogłoby się zupełnie inaczej potoczyć. Oczywiście mówię to teraz pół żartem pół serio - jeżeli zakodowane w genach mam takie, a nie inne tendencje to prędzej czy później objawiłyby się przez to lub tamto i nie miałabym na to absolutnie żadnego wpływu. Wracając jednak do meritum - chodziło o teledysk Tatu - Ya soshla s uma i to jak pięknie ta czarnowłosa dziewczyna wyglądała w deszczu, całując drugą kobietę.  Pewnie wielokrotnie widzieliście słabe komedie, w których w takiej sytuacji bohater siedział z nieprzyzwoicie otwartą buzią, wchodził w słup na ulicy lub (to w przypadku looney tunes) spadało na niego kowadło, otwierał oczy w kopalni pełnej dynamitu, dobiegł za krawędź przepaści i spadał lub wbiegał do tunelu, z którego właśnie wyjeżdżał pociąg. Opis tego uczucia jest może nazbyt rozległy, ale z przykrością muszę przyznać, że tylko tam mogę wam oddać to kim, a raczej czym byłam w chwili ujrzenia całujących się lesbijek w deszczu. Tak, byłam kojotem, ewentualnie koteckiem.

 Odniosłam wrażenie, że do mojej głowy wbił się dość sporej wielkości szpikulec do lodu*, bo od tego momentu zaczęłam dostrzegać coraz bardziej ewidentne sygnały, że moje lubowanie się w piłce nożnej, przekleństwach, czy (jak mi się zdawało) niewinne podglądanie koleżanek w szatni miało większe znaczenie, niż przypuszczałam. Postanowiłam jednak wyprzeć to wszystko i pozostać wierna normom, które do tej pory mnie kształtowały.

Być może zabrzmi to komicznie, ale to właśnie w tym momencie zaczęłam jeszcze mocniej zagłębiać się w środowisko kibicowskie, które przejawiało skrajnie nacjonalistyczne poglądy. Brałam czynny udział w dyskusjach na wielu forach internetowych, a najbardziej interesującymi dla mnie tematami były te, które dotyczyły mniejszości seksualnych. Widząc taki temat, natychmiast zaczynałam brać w nim dyskusje. Dumnie broniłam swoich narodowych poglądów, a moi koledzy faszyści doprowadzali mnie do szalu swoim brakiem konsekwencji w momencie, gdy mówili, że lesby nie są takie złe, ale pedały do gazu. Byłam oburzona za każdym razem, gdy dochodziły mnie takie opinie - według mnie to właśnie PEDAŁY nie były takie straszne, podczas gdy lesby należy związać na stosie, podlać benzyną i podpalić.

Widziałam zagrożenie we wrogu, jakim było środowisko homoseksualne. Uważałam członków tego "stowarzyszenia" za ludzi cwanych, przebiegłych. Byłam pewna, że są nawet gorsi od Żydów i nie dość, że sprawują wysokie stanowiska i dysponują ogromną ilością pieniędzy, to jeszcze planują obalić tradycje i kulturę narodu polskiego. W moim mini-nazistowskim notesie hasło "lesba" było na miejscu pierwszym. Zaraz pod nim "żydzi", potem "pedofil" oraz "pedał". Postanowiłam poznać owe środowisko od środka, przynajmniej odrobinę. Widziałam siebie w roli szpiega aliantów**, który przedostaje się do bazy wroga, jakim było forum kobiety-kobietom.com. Zarejestrowałam się tam i od czasu do czasu wchodziłam na czat, by dowiedzieć się czego można się spodziewać w przypadku spotkania takiego dewianta. Zdarzało mi się również przeglądać lesbijską kamasutrę - naturalnie robiłam to tylko, by być świadomą jakich okropieństw dopuszczają się lesbijki. Po takiej lekturze zdarzało się, że śniły mi się zapamiętane pozycje - wmawiałam sobie, że to szatan kusi mnie i męczy moją heteroseksualną, nieskalaną grzechem głowę, a efekt porannego podniecenia był uwarunkowany czysto-fizjologicznie i absolutnie nie wynikał z pożądania.

Moje prawicowe poglądy rosły w siłę, wachlarz moich argumentów również, ale nadal w głowie rozbrzmiewała mi piosenka Tatu. Postanowiłam iść krok dalej - nie było to trudne, ponieważ w mediach było właśnie głośno o planowanym marszu równości, który miał odbyć się w Krakowie. Teraz nie pamiętam czy był to pierwszy taki marsz w Polsce w ogóle, czy pierwszy w Krakowie.Bardziej aktywna na forach internetowych nigdy nie byłam. Wypieki na policzkach, pot na skroniach i gniew przez lobby homoseksualne opanowujące telewizje, bilbordy w mieście i radio. Na niemal każdym rogu spotkać można było plakat zapraszający do wzięcia udziału w paradzie dewiantów - na szczęście moi prawicowi bracia odpowiadali tym samym, a plakaty obrońców rodziny były dużo lepiej rzucające się w oczy. Byłam dzieciakiem, ale postanowiłam, że wezmę udział w tym event'cie i dumnie będę bronić rodzinnych wartości. Byłam na tyle zdeterminowana, że postanowiłam nawet podnieść kilka kamyczków, by rzucić nimi w tęczowy tłum. Tak też się stało, jednak cytując KAENA (a raczej wdowę) "karma jest zołzą" i ja dostałam jajkiem - swoją drogą od innego nacjonalisty. No cóż - wiedział, że owszem - jestem ukrytym agentem, szpiegiem aliantów, jednak nie na forum kobiety-kobietom.com, ale właśnie w gronie nacjonalistów.



Wiem, że obiecałam również przepis na kakaowe tiramisu oraz lazanie, ale musicie na to jeszcze poczekać! Obiecuję, że we wtorek ukaże się czysto kulinarna notka, w której znajdziecie te przepisy oraz moje przemyślenia oraz wnioski po miesiącu bez mięsa. ;)

*inspiracja Criminal Minds - odcinkiem o mordercy, który lubił wbijać szpikulec do lodu w kobiety
**tutaj ewidentna inspiracja grą Commandos




Płaszczyk - Romwe >Kliknij, nakarm szafę insika<
Kurtka - Sheinside >Kliknij, nakarm szafę insika<












Nie ma co mówić - wyrwano mnie na intelekt i właśnie to zawsze doceniałam w moich późniejszych miłościach. Relacja z Tomaszem była dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Dzieliliśmy wspólnie pasje, mieliśmy o czym rozmawiać i na tamten czas wydawał mi się tym jedynym. Pewnego dnia przyszłam do domu i zakomunikowałam mojej mamie, że znalazłam męża. Cieszę się, że moja współtwórczyni nie zechciała zniechęcić mnie do większego zaangażowania i zaczęła jedynie dopytywać o to jak się nazywa i który to. No cóż - nie był w typie mojej mamy, ponieważ w pierwszej klasie podstawówki miał posturę 17-letniego chłopaka oraz królicze zęby. Ja wierzyłam jednak, że wyrośnie z tych małych niedoskonałości i będziemy najpiękniejszą z możliwych par stojących kiedykolwiek na ślubnym kobiercu. Wraz z Tomkiem uwielbialiśmy serial Power Rangers i na każdej przerwie bawiliśmy się w odgrywanie ostatnich odcinków. Ja naturalnie musiałam być różową wojowniczką - on zielonym tudzież białym wojownikiem (zależało od tego jaki kolor przybierał Tommy - swoją drogą najprzystojniejszy z aktorów, którzy grali w tym serialu). Nasza zabawa zazwyczaj polegała na gonieniu siebie nawzajem, chociaż mocno wierzyliśmy, że walczymy ze złymi siłami mocy reprezentowanymi przed wyimaginowaną przez nas Ritę. Gdy spoglądam z perspektywy czasu na nasze zabawy, muszę przyznać, że niestety już wtedy można było dostrzec rozwijające się we mnie popędy seksualne, ponieważ katowałam mojego chłopaka wizją tego, że "zły" porywa mnie do swojej jaskini oraz przypina kajdanami do kamieni. Biały wojownik musiał uratować swoją wojowniczkę, bo jeśli nie to....no właśnie - nie wiedziałam do końca co by mi się stało, ale skrępowanie moich kończyn było esencją tej zabawy.
Nasza miłość rosła, ale nadal trwaliśmy w nieformalnej relacji - szybko postanowiliśmy to jednak zmienić i skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji, jaką była zielona szkoła. Miało to miejsce w Kołobrzegu, gdzie pojechaliśmy całą klasą. Nasz związek był tak oficjalny, że świadkiem ślubu była nasza wychowawczyni i gratulowała nam wejścia na nową ścieżkę życia. Ceremonię odprawiała moja przyjaciółka, a zaraz po sakramentalnym TAK, daliśmy sobie buzi w policzek. Moje pierwsze małżeństwo nie trwało jednak długo - następnego dnia posprzeczaliśmy się podczas ustawiania dwójkami i zażądałam rozwodu. Formalnie nigdy do niego nie doszło, ale od tamtej chwili przestaliśmy biegać za sobą na przerwach, a o wspólnym rozmowach nie było już mowy. Nigdy (a chodziłam z nim do klasy jeszcze dobrych kilka lat).

Moją kolejną sympatią był Grzesiek, który poprosił mnie o chodzenie chyba tylko dlatego, że każdy fajniejszy chłopak miał wtedy dziewczynę, podobnie jak każda fajniejsza dziewczyna miała chłopaka. W naszej klasie temat rozchodził się między trzema chłopcami - Piotrkiem, Grześkiem i Krzyśkiem. Właściwie w każdym byłam w jakimś stopniu zakochana, no bo tak wypadało. Mój ukochany był skejtem i nigdy nie zapomnę naszej pierwszej poważnej randki do kina. Poszliśmy na film "Bezsenność", który w tamtym czasie uważałam za głupi i nudny. Teraz wiem jak bardzo się myliłam, jednak nie to było najistotniejszą rzeczą tamtego wieczoru. Siedziałam obok mojego chłopaka dobre pół godziny, kiedy wreszcie stało się to i poczułam motylki w brzuchu, a podniecenie wprawiło mnie w drżenie całego ciała. Zadał to pytanie dość nieśmiało, ale w końcu musiało do tego dojść
- Czy mogę Cię przytulić?
- Tak

I objął mnie swoim męskim ramieniem....

Nasz związek nie przetrwał jednak operacji "pustynna burza", jaką zaplanowali chłopcy z naszej klasy. Zmówili się by jednego dnia zerwać ze swoimi dziewczynami - nie wiem czy w tym czasie wracała moda na "gang chłopaków" i "gang bab", ale szybko dowiedziałyśmy się co nasi ukochani planują. Ja zawsze miałam w sobie coś z drama queen, więc postanowiłam kupić dużego lizaka w kształcie serca, potłuc go i rzucić nim w mojego chłopaka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że lizak kosztował ok 8 zł, a moje kieszonkowe nie przekraczały 60 zł miesięcznie, co tylko potwierdzało jak wiele dla mnie znaczył Grzesiek. No cóż - chłopaka skejta ma się naprawdę dość rzadko.










Pierścionki: C&A
Naszyjnik: Mango
Koszulka: H&M


Przedstawię wam pewną sytuację, ale aby to zrobić musicie zamknąć oczy i wyobrazić sobie (wtf, jak macie czytać to dalej z zamkniętymi oczami - nieważne...) krajobraz po wojnie. Po wojnie w mieszkaniu. Porozrzucane jedzenie, rozbite talerze, przypalony dywan, wszędzie porozrzucane śmieci - innymi słowy kataklizm. W rogu kuchni siedzi skulona, zapłakana dziewczyna, która ma potargane włosy, rozmazany makijaż, a pod nosem rzuca kur*ami. Co się stało - zapytacie. Pobił ją mąż? Zerwała z nią dziewczyna? Była mocna impreza i ma kaca? Nie. Ma Pe-e-Me-Sa, czyli najzwyklejsze w świecie napięcie przedmiesiączkowe.
Witamy w krainie kobiet, czyli w istocie na wojnie, ale hormonalnej. Witam ja, w moim świecie, świecie moich ostatnich dni, po których muszę powiedzieć, że cieszę się, że żyją wszyscy z moich znajomych, przyjaciół. Po których muszę powiedzieć, że cieszę się, że żyję ja i pani z kiosku na rogu. Dlaczego o tym piszę? Bo przeżywam jeden z gorszych pmsów mojego życia. Jak wygląda 24-letnia kobieta, która płacze nad jogurtem Activia? Śmiesznie. A jak wygląda 24-letnia kobieta, która płacze nad jogurtem Activia, bo smak śliwki nie okazał się nawet w małym stopniu zbliżony do truskawki, o której marzyła? To już nawet nie jest śmieszne. Po chwili smutku i rozgoryczenia przychodzi faza zdenerwowania. Nie byle jakiego - co to to nie. Absolutnie miałam powód do tego by wywołać trzecią wojnę światową w moim domu, bo przecież wzięcie (bez pytania!!!!) mojej popielniczki do zmywarki, celem wymycia jej, jest niedopuszczalne, karygodne i w z tego co wiem, takie zachowania w średniowieczu były karane zamknięciem w dybach. W przypadku bardziej surowych sędziów, obiekt, który porywał popielniczkę, lądował na stosie. Wracając jednak do 21-ego wieku - otóż to. Czas tolerancji, równości, miłości, wolności i 45-sekundowych reklam na Polsacie. W tym właśnie momencie świata (jak dumnie to brzmi) wojna wywołana brakiem popielniczki wydawać się może czymś przesadnym. Nie jednak dla kobiety w czasie PMS-u. Dla mnie moja reakcja była w pełni uzasadniona i nikt nie ma prawa zarzucać mi błędu w tej konkretnej sytuacji. Nasuwa mi się tu hasło, które jest tak popularne: "rób co czujesz" i no cóż - robię co czuję, a to, że w ciągu 15 minut przechodzi przeze mnie jakieś kilkanaście tysięcy uczuć nie ma najmniejszego znaczenia. TO CHYBA DOBRZE, ŻE POTRAFIĘ JE WSZYSTKIE UZEWNĘTRZNIĆ. ZWŁASZCZA W TAK KRÓTKIM CZASIE. W MOJEJ OPINII ZASŁUGUJE NA MEDAL NAJBARDZIEJ UZEWNĘTRZNIONEJ OSOBY NA ŚWIECIE I WSZYSCY POWINNI MI BIĆ BRAWO. Zwłaszcza, że po płaczu i ogromnej złości przychodzi czas na bycie najszczęśliwszą osobą na świecie. Mam już swoją popielniczkę, siadam na kanapie, przychodzi mój piękny kotek i układając się na moich nogach, mruczy. Miałam nawet wrażenie, że wymrukuje moją ulubioną piosenkę, ale nie dam sobie za to ręki uciąć. W pełni zrelaksowana dochodzę do wniosku, że niestety kończą mi się papierosy i wypadałoby wybrać się do sklepu. Mam ich co prawda jeszcze jakieś 10 sztuk, ale nauczona moją impulsywnością, postanawiam udać się do sklepu wcześniej, by uniknąć ewentualnej detonacji bomby w moim pokoju. Niestety nie wiem na pewno jakbym zareagowała na myśl, co by było gdyby w paczce został jeden papieros, stąd też ujawniła się moja zapobiegliwość i dar przewidywania. No cóż, kobieta przed okresem ma jednak resztki logicznego myślenia. Na moje nieszczęście po założeniu płaszczyka pojawił się kolejny problem: iść czy jechać samochodem. Zimno, wieje - jeszcze się przeziębię jak pójdę na nogach, ale z drugiej strony spacer (nawet krótki) jest zdrowy, poza tym warto się czasem przewietrzyć. Podczas podejmowania tej decyzji wypaliłam 4 papierosy, cała się spociłam, bo doszłam do wniosku, że przecież nie ma sensu ściągać płaszczyka tylko po to by zdecydować między jednym, a drugim. Każdy głupi to potrafi, a jeżeli nie - to może zawsze zaryzykować. Ja jednak w okresie przedmenstruacyjnym jestem nad wyraz zapobiegawcza i protekcyjna. Staram się unikać ryzykownych sytuacji, które mogą skutkować gniewem lub płaczem. Po co sobie psuć humor? Dlatego też jak najmniej ryzyka! W końcu udało mi się wybrać - padło na auto, bo między trzecim a czwartym papierosem, bardzo zachciało mi się ciasteczek milki, miodowej arizony, czarnego frugo, mlecznej kanapki monte oraz bułki pszennej z ziarnami, a wiadomo, że takie zakupy to już pewien ciężar, a nie będę dźwigać przecież takiej ilości rzeczy, zwłaszcza, że jako zapobiegliwa kobieta przed okresem, zdaję sobie sprawę, że w sklepie poza wcześniej wymienionymi produktami, jest całkiem spora szansa, że zachce mi się czegoś jeszcze. Na przykład puszki kukurydzy....tak, kupiłam puszkę kukurydzy, która stoi w spiżarni do teraz, bo ostatecznie okazało się, że aż tak bardzo jej nie chciałam. W sklepie obyło się bez niespodzianek - tak mogłabym powiedzieć trzeźwym okiem, bo przecie wyruszenie do sklepu w okolicach godziny 15, 16 zawsze wiąże się kolejkami. Ja jednak będąc kobietą specjalnej troski, w bardzo specjalnym czasie, nie wpadłam na to, więc moja frustracja i oczekiwanie na to, aż łaskawie pani mnie obsłuży, była zdecydowanie za duża. Na tyle duża, że postanowiłam iść do innej kasy, która jak na złość, okazała się być tą gorszą, bo - ale niespodzianka - skończyła się taśma drukująca paragony. W końcu udało mi się dokonać transakcji i szczęśliwa poszłam dumnym krokiem do swojego samochodu, by w nim usiąść i się rozpłakać niczym małe dziecko. 

Tak właśnie wyglądają moje ostatnie dni, dlatego też przepraszam was wszystkich, wy którzy jesteście obok, i wy, którzy jesteście dalej - wybaczcie mi to i zabrońcie mi kiedykolwiek zachodzić w ciążę, bo nie jestem sobie w stanie wyobrazić nonsensu mojego istnienia w stanie błogosławionym. Jednak mimo moich wielkich huśtawek nastroju, udało mi się zrobić coś całkiem produktywnego, bo poszłam z Paulą na spacer i porobiłam coś, co jak wielu z was pewnie wie - lubię robić. Tak, zrobiłam jej zdjęcia i pozwoliła mi kilka z nich tu wstawić. #toniejestblogszafiarski #lubiefotkiwiecjerobie #wiecbedejetupokazywac #naramamo














W sumie chyba wrócę powoli do robienia zdjęć i powiem wam w tajemnicy, że przedyskutowałam te kwestię już z Cicikiem i zgodził się mi zapozować do paru ujęć.

Dziś pojawiły się też plotki, że możliwe, że Rih i Kanye będą mieli tour po Europie i jest szansa na koncert we Wrocławiu. JARAM SIĘ JAK POCHODNIA. 


Chcę was też zaprosić do obserwowania mojego instagrama, bo przyznam niechętnie, że....uzależniłam się od niego i nie mogę bez niego istnieć. Być może jest to wynikiem pms-a, ale nawet śmieci wydają mi się interesującym materiałem na zdjęcie....
http://instagram.com/ininswetrust


Ostatnio rozmawialiśmy o pokazywaniu ubrań na tym blogu, oczywiście bardzo sporadycznym, bo jednak ja się do tego nie nadaję i zdecydowanie bardziej wolę stać po tej drugiej stronie aparatu, to za waszą radą napisałam do Sheinside. Poprosili mnie bym pokazała wam co może mi się stamtąd podobać. No cóż - wiecie, że ja mam dość bejsikowy gust i nie jest mi w z tym źle. 
Pamiętam jak spędzałam godziny, żeby znaleźć coś dla siebie, bo mnogość kolorów czy wzorów nie pasuje mojej kreacji, ale na szczęście jest z tym coraz lepiej. Myślę, że w takich ubraniach nadal mogłabym nosić miano super-dyke, albo przynajmniej prawilnej dresiary :)

Linki tutaj:


PS będzie mi miło jak sobie powchodzicie w te linki, a jeszcze milej jak uznacie, że mam całkiem fajny gust.