Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ip6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ip6. Pokaż wszystkie posty
Mawiają, że życie jest powtarzalne, że składa się z ciągle tych samych schematów, które zataczają koło. Dlaczego więc popełniamy te same błędy? Dlaczego pakujemy się w te same sytuacje? Ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie, ale jestem idealnym przykładem tego, że człowiek może i uczy się na błędach i stara się ich unikać, ale niestety robi je znowu, tylko w zupełnie inny sposób. Może mu się nawet wydawać, że ta sytuacja jest zupełnie inna, nie widać w niej żadnej analogii, jednak po głębszym namyśle bez trudu dojdzie do wniosku, że już tu był, już to robił, już to się stało.

Właśnie takie przemyślenia oraz pewnego rodzaju porażka, jaką poniosłam w ciągu ostatnich tygodni skłoniły mnie do diametralnej zmiany siebie, a może nawet nie siebie czy moich zachowań, ale pewnych schematów. Postanowiłam walczyć, ze swoimi słabościami, które może niespecjalnie uprzykrzają mi życie, ale test silnej woli zawsze jest wymagający. 

Pokazanie wam mojego procesu myślenia byłoby naprawdę ciężkie, zwłaszcza, że mój mózg analizując wszystko tworzy pewnego rodzaju drzewka, czasami niestety bardzo bujne z ogromną ilością gałęzi. Postarajcie wyobrazić sobie jednak Klaudię, która siedzi na kanapie, odpala papierosa i nagle rozmyślając o nowych zdjęciach Rihanny krzyczy gromkie 'o kur*a'. Tak, to był moment, w którym oblał mnie wstyd, zaczęłam się niemal topić w swoich wyrzutach sumienia i miałam wrażenie, że właśnie w tym momencie następuje koniec świata, bo brakuje tlenu. Muszę się przyznać bez bicia - moja inteligencja emocjonalna jest naprawdę na mizernym poziomie, porównując ją do popularnego IQ. Moje EQ to jakaś kpina i to właśnie w tym upatrywałabym większość niepowodzeń mojego życia. Na dowód pokażę wam wynik testu jaki zrobiłam dosłownie przed chwilą - nie mogę gwarantować wiarygodności jego wyników, natomiast zarysuje wam to na pewno jakiś obraz mojego emocjonalnego debilizmu. 


Dla większości osób 90-100! Czyli jestem w połowie drogi, by być na przeciętnym poziomie swojej emocjonalności. Ale ja nie o tym.
Wpadłam na pomysł, żeby od nowego roku rzucać sobie jakieś wyzwania. Nowy rok kojarzy się z postanowieniami noworocznymi w stylu: rzucę palenie, schudnę, zacznę żyć zdrowo, zdam maturę etc etc.
Ja znam doskonale siebie i umiem stwierdzić, że niestety żadne z postanowień mi nie wyjdzie. Zawsze chętnie rzucę się na kebaba, włoską pizzę, zawsze po jedzeniu zapalę, a co najważniejsze - zawsze robię wszystko na opak (podświadomie! uwierzcie mi, że ja tego nie chcę!), więc każde moje długoterminowe postanowienie zostanie prędzej czy później przeze mnie złamane.

Dlatego też wymyśliłam, że będę stawiać kroczki w poprawie swojej osoby i przede wszystkim udowodnię sobie, że mogę i że potrafię trzymać się swoich sztywno wyznaczonych zasad. 

Pierwszym moim wyzwaniem jest miesiąc czystości alkoholowej. Niby nic strasznego, niby nic trudnego, ale uwierzcie, że w ciągu dwóch tygodni (bo tyle już nie miałam w swoim organizmie ani grama alkoholu) miałam więcej propozycji wyskoczenia na piwo, wódkę, bądź kulturalnego wypicia wina z rodziną niż przez ostatnie 3 miesiące. No cóż, ludzie się uwzięli i też prawdopodobnie podświadomie, bo nikt z mojej rodziny nie ma pojęcia, że porzuciłam picie alkoholu na miesiąc. Wiadomo, że lampka wina nic nie zrobi - ale tu chodzi o zasadę. Nie to nie i tyle. Bez dyskusji Klaudia, dasz radę. Mój miesiąc zaczął się 19.01 i od tego czasu pozostaję człowiekiem trzeźwym. Jeszcz tylko 20 dni i będę mogła napić się ze znajomymi Radlera lub nie odmówię lampki wina. Oczywiście nie wyczekuje tego momentu i w chwili, gdy wybije godzina Zero ja nie sięgnę po alkohol. To nie o to w tym teście chodzi. Bardziej bym nazwała mój miesiąc czystości, miesiącem asertywności, a z tym miałam sporo problemu przez całe moje życie.

Kolejnym krokiem, który zaczyna się już jutro jest miesiąc czystości....fizycznej. Jakkolwiek to brzmi, tak właśnie jest. Zawsze byłam pieszczochem, wszelkie czułości (i nie tylko) to moje paliwo. Jestem człowiekiem, który może się cały dzień tulić, pieścić i jest wtedy najszczęśliwszy. Dlatego w tym wypadku będzie to dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie. Ułatwieniem jest to, że jestem singlem i nie zmuszam mojej drugiej połówki do wstrzemięźliwości seksualnej, ale równocześnie muszę zaznaczyć, że bycie singlem to też dużo więcej pokus i żądz, które nie zdarzają się osobom w związkach (tym normalnym osobom, w tych normalnych związkach).

Potem zaplanowałam odrzucenie mięsa na równy miesiąc - ja jako mięsożerca i wyznawca teorii, że obiad bez mięsa to nie obiad, mam wrażenie, że porywam się z motyką na słońce i już trzeciego dnia ulegnę swoim pragnieniom. Tak czy siak - jest to w planach i z radością będę was informować na temat moich postępów oraz walk z własnymi słabościami. Bo tak to nazwijmy - wszystko co lubimy, kochamy, co nam się podoba, jest naszą słabością. Naszą siłą jesteśmy my sami, gdy nic ani nikt nas nie ogranicza. 

Bardzo będzie mi miło jeżeli ktoś z was dołączy się do moich wyzwań, wymyślając oczywiście swoje. Jakie są wasze słabości? Co lubicie aż za bardzo?



Chciałam jeszcze poruszyć z wami jeden temat. Dotyczy on tego JAK JEST. Jak jest wam, mi, im, jej, jemu. Zapamiętajcie sobie, że 'spoko', 'dobrze', 'w porządku' to synonimy słowa 'beznadziejnie' (w wypadku tego konkretnego pytania i jemu podobnych). Ja w moim życiu dążę do tego, by odpowiadać, że jest fantastycznie, jak z innego świata, najlepiej, powalająco, albo po prostu wykur*iście. 
I takie planujcie życie - by nie było dobre, ok lub w porządku. Ma być najlepsze. Takie miejcie związki - najlepsze, a nie w porządku. Jeżeli po wizycie na uczelni albo po spotkaniu z naszą sympatią, jedyne słowa jakie nam się nasuwają to 'było ok', to zmieńcie kierunek i znajdźcie inną osobę, bo nic z tego nie będzie. Ma być albo najlepiej albo wcale.


Mam również wiadomość dla wszystkich posiadaczy Iphone 5/5s i Iphone 6. Na Insplugu do kupienia są etui wykonane z drewna orzechu. Ja już taki mam i jestem z niego zadowolona. W związku z tym, że to testowe zamówienie, póki co jest tylko jeden model, ale z tego samego też powodu przysługuje mu promocyjna cena 99pln za sztukę. W przyszłości kosztować będzie 119pln.


I jeszcze jedno pytanie do was, bo jak dobrze wiecie moje blogowanie ograniczało się zawsze do przemyśleń, opisaniu serialu lub wyrzuceniu z siebie czegoś. Dostałam propozycję pokazania ubrań jednej z firm i zastanawiam się czy zająć się czymś takim. Oczywiście transformacja tego bloga w bloga modowego lub czegoś podobnego nie wchodzi w grę. Chodzi oczywiście o pokazanie czasem jakiejś bluzy bądź koszulki. Bardzo zależy mi na waszej opinii, także czekam na komentarze :)







Czy jestem jedyną osobą, która zawsze zastanawiała się jak to byłoby mieć ojca gangstera? Ale wiecie, nie takiego przeciętnego, ale kogoś naprawdę poważnego - w skali światowej. Kogoś, kto jest na liście najbardziej poszukiwanych osób świata, a i tak nikt nie jest w stanie mu nic zrobić. Moje rozmyślania przerwał serial, na który wpadłam dość przypadkowo - czasami tak mam, że jakiś tytuł jest np. ostatnio dodanym do kategorii i go oglądam. Tak właśnie było z Czarną Listą (The Blacklist).


The Blacklist to historia Raymond'a Reddington'a, który będąc właśnie najbardziej poszukiwanym przestępcą świata, postanawia oddać się w ręce FBI, któremu proponuje współpracę. Polegać ma ona na wskazywaniu osób równie mocno poszukiwanych jak on, z którymi zdarzało mu się współpracować. Warunkiem jednak jest to, że wszelkie rozmowy i operacje przeprowadzać będzie tylko i wyłącznie z młodą agentką Elizabeth Keen.


Każdy odcinek opowiada o innej sprawie, innej osobie, którą FBI ma za zadanie schwytać, jednak jak zazwyczaj, większe wątki są poruszane w całym sezonie. Ciężko jest mi napisać cokolwiek dotyczącego serialu, tak by nie odebrać wam dobrej zabawy, bo to dość przewrotna i tajemnicza produkcja. Główni bohaterowie, czyli 'Red' (Raymond) i Lizzy (Elizabeth Keen) wchodzą w pewnego rodzaju relacje - poza rozwiązywaniem spraw, widać jak rośnie w nich coraz większa zażyłość. Nie jest to jednak typ romantycznej relacji. Red troszczy się o Lizzy, która mimo wszystko ma w stosunku do niego bardzo ambiwalentne uczucia. Wystarczy wspomnieć tylko tyle, że do momentu poznania przez Elizabeth Raymonda, prowadziła ona bardzo proste życie. Wraz ze swoim mężem planowała zaadoptować dziecko, żyła w szczęśliwym małżeństwie i rozwijała swoją karierę. W dniu, w którym Raymond zjawił się w życiu głównej bohaterki, wszystko się zawaliło, a całe dotychczasowe życie zmieniło się nie do poznania. Z ogromną przyjemnością oglądam wielką zaradność i pewność siebie Raymonda, który ma odpowiedź na niemal każde pytanie i nawet największy problem nie musi okazać się drogą do przegranej. Ja sama jestem pełna podziwu dla twórców, którzy wychodzą poza ramy utartych schematów produkcji kryminalnych (szczerze mówiąc ciężko mi wcielić The Blacklist do jedynego konkretnego gatunku, ale mimo wszystko temu jest chyba najbliżej). Każda sprawa, którą FBI musi się zająć jest wymyślna - nie zawsze dotyczy morderców czy bossów narkotykowych. Wielokrotnie Lizzy i jej partner (agent Ressler) muszą zmierzyć się z najzwyklejszymi ludźmi, którzy po godzinach 'załatwiają' interesy dla największych przestępczych umysłów świata lub z ludźmi, o których istnieniu nawet nie słyszeli, a okazuje się, że największe zbrodnie, były właśnie dziełem takich osób.

W tej chwili na antenie jest już drugi sezon Czarnej Listy i ogromnym zaskoczeniem był dla mnie odcinek, którego większa część miała miejsce w....Warszawie. Słychać język polski, widać naszą policje i polskie ulice. To chociażby świadczy o tym jak zaangażowani w produkcje są twórcy i ile czasu poświęcają, by serial był na jak najwyższym poziomie. W mojej prywatnej skali oceniam ten serial na 6,5/10 - nie jest tak porywający, bym z niecierpliwością czekała na kolejny odcinek, jednak bardzo przyjemnie się go ogląda, zwłaszcza w jesienne, coraz chłodniejsze wieczory.


Wracając natomiast do pytania, jakie postawiłam na samym początku tego wpisu - po obejrzeniu pierwszego sezonu, już wiem, że nie chciałabym mieć ojca takiego jak Raymond Reddington. Sama bym chciała nim być, chociażby dlatego by mieć takie spokojne podejście do nawet największych przykrości świata. Po raz kolejny okazuje się, że takie cechy jak opanowanie i tzw. poker-face zdobywają moją uwagę. Ale tutaj nasuwa mi się kolejne pytanie: czy osoba z poker-face'm jest naprawdę szczęśliwa? Ani Emily Thorne z 'Zemsty', ani Raymond nie są osobami, które mają życie usłane różami i czują w sobie to do czego wszyscy dążymy. Możemy zazdrościć ich cech, przypisywanych ludziom silnym, ale chyba niczego więcej, bo prawdziwe szczęście i radość jest dopiero wtedy, gdy potrafimy się nim podzielić z drugą osobą.


Dodać jeszcze chciałam, że od czwartku jestem właścicielką Iphone 6 i planuję małą recenzję, ale to wszystko w swoim czasie, bo sama jeszcze muszę poznać wszystkie funkcję. Jedyne co rzuca się w oczy już teraz to jakość zdjęć jakie robi! Popatrzcie sami!