Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Moje gimnazjalne bądź licealne podboje zazwyczaj kończyły się nową koleżanką, miast kolegą. Nie mogę powiedzieć, że narzekałam na brak powodzenia wśród płci przeciwnej! Miałam swoich adoratorów, ale no był to czas, w którym ewidentnie nie interesował mnie mężczyzna - absolutnie żaden.

Do tej pory zastanawiam się jak potoczyłoby się moje życie, gdybym w pierwszej klasie liceum zgodziła się na zaloty mojego dobrego kolegi z klasy - Filipa. Artysta, przystojny, grał na gitarze - prawdopodobnie dusza romantyka. Chadzaliśmy często na kawę po szkole, ale jeśli mam być szczera nigdy nie pomyślałam o nim w sposób inny niż przyjacielski. Myślałam, że ujawnienie mu mojej biseksualnej orientacji w zupełności wystarczy. Rozmowy o pośladkach kobiet mijanych na ulicy tym bardziej. Niestety okazało się, że moja asertywność po raz  kolejny przegrała i nie byłam w stanie zamknąć naszej relacji w friendzonie, tak by mój dobry kolega nie marnował czasu, a nasze dobre stosunki pozostały nienaruszone. Moja subtelność i kompletny brak wyczucia czasu znowu dał o sobie znać. Filip tuż przed sylwestrem, którego zresztą mieliśmy razem spędzić, zaprosił mnie na kawę do mojej ulubionej kawiarni. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. Myślałam, że Filipowi mogę powiedzieć wszystko jak najdroższemu przyjacielowi i mi doradzi, dlatego wspomniałam o tym, że poznałam niesamowitą dziewczynę i że kręci mnie bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zniechęciła mnie jego smutna mina - wydawało mi się, że się po prostu wczuł i przeżywał wraz ze mną spotkanie z tamtą panną. Był przecież artystą, a ci są bardzo empatyczni. Gdy zobaczyłam, że opuszcza głowę pomyślałam, że pewnie nudzi go mówienie o uczuciach, więc postanowiłam ożywić atmosferę opowiadając mu jak spędziłam czas z tamtą panną i do czego doszło. Spodziewałam się zainteresowania w oczach i wyciągania ze mnie najbardziej pikantnych szczegółów. Zamiast tego usłyszałam, że lubi mnie bardziej niż mi się wydawało. Nie będę jednak ukrywać, że mimo tak soczystego kosza i pewnego rodzaju upokorzenia, liczyłam, że Sylwestra spędzę głównie z nim. Myślałam nawet, żeby podejść do niego i go pocałować około godziny 00:00. Niestety uprzedziła mnie jakaś dziewczyna.

Potraktowałam to jako swoisty znak, że jednak powinnam skupić się na koleżankach, które ciągle przybywały i zaniechałam poszukiwań mojego potencjalnego męża. Nie zmieniło to jednak faktu, że kilkoro z nich przewinęło się jeszcze przez moje życie w sposób mniej lub bardziej wyraźny.

Zawsze traktowałam swój wianuszek z należytym szacunkiem w przypadku kontaktów z mężczyznami i wychodziłam z założenia, że ewentualny pan musi się o mnie dość mocno postarać. Nie dotyczyło to jednak Chorwata, który uwiódł mnie tanim chorwackim winem i zaproszeniem na romantycznego grilla na plaży nieopodal Splitu. Na swoją obronę mogę jedynie dodać fakt, że moja koleżanka również uległa jego koledze i nie byłam tą jedyną, której spodobał się śródziemnomorski urok. Obaj byli bardzo przystojni i dość dobrze zbudowani, chociaż ten mój miał raczej drobną budowę. Myślę, że nie przeżywałabym tej przygody tak długo (zwłaszcza, że dopiero po kilku tygodniach przypomniałam sobie jak mój chorwacki kolega ma na imię), ale wpadłam w stan błogosławiony - a raczej tak mi się wydawało. Już następnego dnia zastosowałam wszystkie antykoncepcyjne metody jakie znalazłam na forach typu kafeteria. Mimo mojej niemałej wiedzy w tym zakresie, potencjalna ciąża doprowadziła mój mózg do poziomu zbliżonego do fretki i popularne wypłukiwanie jakim raczyła się jedna z bohaterek "Galerianek" również zajęło honorowe miejsce wśród moich działań. Korzystając z dobrodziejstw XXI wieku, napisałam do wszystkich znanych mi koleżanek, które potencjalnie mogły kiedyś móc mieć taki problem. Każda z nich poradziła mi bym udała się do lekarza i poprosiła o tabletki 72h po. No cóż - pewnie w Polsce bym tak zrobiła, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie siebie mówiącej coś podobnego za granicą, zwłaszcza, że nie wiedziałam czy w Chorwacji w ogóle istnieje taka możliwość. Kolejne dni mojej wyprawy na południe okazały się totalną porażką, bo jedyne o czym myślałam to jak to zakończę moje trywialne 20-letnie życie i zacznę zmieniać pampersy. Zalewały mnie zimne poty, gdy myślałam o moich imprezach z moimi potencjalnymi dziewczynami i ich potencjalnych minach, gdy będę wspominać, że muszę wracać do mojego potencjalnego domu, w którym czeka na mnie moja potencjalna opiekunka oraz potencjalne dziecko. Postanowiłam zagłębić się również w temat aborcji i przedyskutowałam sprawę z najbliższą mi wówczas przyjaciółką, ale nadal ciężko było wyobrazić mi sobie sytuację, w której w istocie dochodzi do ewentualnego zabiegu. Innym stresorem byli moi rodzice, którym nigdy w życiu nie wiedziałabym co powiedzieć i - mamo, jeżeli to czytasz - wybacz, no ale sama mówiłaś, że dupa pijana dupa sprzedana, a ja uczę się tylko na błędach. Po moim powrocie do Polski postanowiłam od razu zrobić test ciążowy - wyszedł negatywny, podobnie zresztą jak jakieś 30 kolejnych, które cyklicznie wykonywałam co kilka dni przez najbliższe 3 miesiące. Za każdym razem myślałam, że test jest zepsuty, bo pojawiły się u mnie poranne nudności. Moje pierwsze testy ciążowe musieli kupować mi znajomi - nie potrafiłam stanąć w aptece i poprosić o tak naprawdę najnormalniejszą w świecie rzecz, bo z mojej perspektywy każda aptekarka doskonale wiedziała jak do takiej sytuacji doszło i że było to wynikiem chorwackiego powietrza. Niestety moi znajomi szybko zrozumieli, że nie ma absolutnie żadnego sensu w kupowaniu kolejnych testów i pukali mnie w głowę, gdy tylko wspominałam o tym, że musimy jechać na Czechy zrobić aborcję. W końcu zebrałam się na odwagę i sama dokonywałam tych trudnych zakupów. Jeśli mam być szczera, trwałoby to pewnie całe 9 miesięcy, gdyby nie pewna leciwa już pani w aptece, która widząc mnie któryś z kolei raz z wypiekami na policzkach zapytała ściszonym głosem "to samo co zwykle?" i wyciągnęła spod lady baby-test.  Do dziś jestem jej za to wdzięczna, bo zapewne robiłabym te testy do skutku, czyli do momentu, aż w końcu trafiłabym na test wskazujący ciążę.












W ramach moich szafiarskich zapędów zapraszam was serdecznie na te stronę, z której mam powyższą bluzę, bo naprawdę jakościowo odróżnia się na tle większości sklepów, a mają tam naprawdę szeroki wybór ciuchów nawet dla takich chłopczyków jakimi jestem ja.














Nigdy nie interesowałam się światem internetu w takiej skali jak zaczęłam 2 lata temu, co było za sprawą mojego ostatniego związku. Kiedyś nie wiedziałam na jakiej zasadzie działa instagram, tumblr, a występujące w telewizjach śniadaniowych blogerki, opowiadające, że na pisaniu notek zarabiają po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, były dla mnie egzotyką na poziomie czytania publikacji Bronisława Malinowskiego z wizyt na wyspach zasiedlanych przez plemiona, wierzące w zwiększenie płodności u kobiet poprzez trzymanie im nad głową kurczaka (jakoś tak to było).

Jeszcze 5 lat temu byłam przeciętnym użytkownikiem Facebooka, miałam swoją farmę na farmville, a telefonu używałam głównie do tego do czego został stworzony (dzwonienie, chociaż gry zawsze były i będą konkurencją). Życie mijało, chodziłam do pracy oraz na studia, a tablicę na Facebooku tylko czasami i tylko niektóre osoby zalewały "tajemniczymi plikami" z portalu insta-cośtam i tumadjskkjwjdls (tumblr). Nie uważałam się jednak za gorszą, bo niby dlaczego miałabym? Większość moich znajomych przeglądała demotywatory, ci bardziej 'do przodu' kwejka, a wizyta na pudelku była czymś tak normalnym jak ta w toalecie nad ranem. Za dzieciaka miałam świadomość czym jest photoblog - ba, sama takiego miałam, ale z czasem skasowałam tam konto. Jakież było moje zaskoczenie gdy w wakacje 2012 roku dowiedziałam się, że ten portal nie dość że działa, to jeszcze jak prężnie i tworzy swego rodzaju społeczność, która jak każda inna, ma swoich królów/królowe i poddanych. W moim świecie królem bądź królową był Obama, Putin, Eminem, Rihanna, Beyonce lub Meryl Streep. Poddanymi - ci, którzy tymi królami nie są, a tylko obserwują poczynania swoich "władców". Okazało się, że w świecie internetu działa bardzo podobny schemat, jednak tutaj to nie wybitny muzyk, aktor bądź polityk są w centrum uwagi. Tutaj gwiazdą jest jakaś tam dziewczyna, z jakiejś tam Anglii, która ma czapkę jak 50000 innych osób na świecie. Okazało się, że potrafi mieć kilka tysięcy lajków bądź komentarzy pod zdjęciem z durną miną, okazało się, że może mieć swoją amię, która zasypie Cię falą hejtów w przypadku krytyki. Okazało się, że ten świat jest tak wielki, że starczy miejsca dla każdego i każdy może cieszyć się aprobatą u szerszej lub węższej publiki.

Musiało minąć kilka miesięcy dopóki nie nauczyłam się poruszać po tylko kilku portalach społecznościowych i by zrozumieć pewnie schematy i zachowania. Gdy byłam małą dziewczynką, taką chodzącą jeszcze do podstawówki, często w mojej głowie rozbrzmiewało pytanie "wolałabyś być najgłupsza z najmądrzejszych czy najmądrzejsza z najgłupszych?" i o ile w życiu bycie w gronie najmądrzejszych jest w cenie, o tyle w świecie internetu działa to w drugą stronę - to głupota i (nie bójmy się użyć tego słowa) debilizm jest w cenie.

Kiedyś gwiazdą internetu był Luntek, (nie wiem czy była to wina mojego pokolenia) ale raczej za swoje filmiki był gnębiony lub wyśmiewany. Mimo to ludzie oglądali go. Głównie dla rozrywki, bo takie jest chyba główne założenie internetu, ale zdarzały się fanki, które zapewne sikały w majtki, mijając go na ulicy. Teraz tych gwiazd jest jeszcze więcej, tak samo jak fanek sikających na ulicy, które są w stanie ze sobą pobić przez kłótnie o swojego internetowego idola. I nie zrozumcie mnie źle - nie ma w tym nic złego, ale sama postrzegam takowe zachowania jako swego rodzaju degrengoladę, bo niejednokrotnie kreacja gwiazd z internetu jest kreacją" na debila" lub po prostu tylko...kreacją.

I teraz pojawia się pytanie - czy ci ludzie tacy są, czy może ich działania są przemyślanym planem biznesowym i wiedzą co i jak ugryźć.
Przykładem genialnego wręcz podejścia do grona dzieciaków jest fejm nad fejmy Łukasz, który najpierw zdobył kilka tysięcy fanów na fb poprzez spamowanie swoim własnym FP, a potem skrytykowaniem najistotniejszych dla pewnej części internetu 'gwiazd'.  Efektem tego są setki tysięcy fanów, obserwatorów i zapewne dolarów na koncie.

Pływałam po tym internecie i pływałam i do tej pory jednak nie jestem w stanie zrozumieć kilku rzeczy.
Jedną z nich jest to, dlaczego dziewczyna, która nie umie śpiewać, ma tysiące fanek i fanów i nawet wydaje płytę? Jak to się stało, że dziesiątki lepiej śpiewających dziewczyn w czeluściach tego internetu są niezauważone, podczas kiedy ktoś, kto naprawdę nie jest orłem z tej dziedziny, może skakać do wody w telewizji i być nazywanym celebrytą? Bo co? Bo ma różowe włosy?
Swoją drogą temat włosów to bardzo interesująca sprawa, bo mamy przecież teraz do czynienia z vlogerką, której 90% komentarzy to "ale masz piękne włosy, skąd toner?". Tak poważnie, o co wam chodzi z tymi włosami, bo albo mamy populacje przyszłych fryzjerów, albo macie na bani.

Jak już jestem przy piosenkarzach to muszę zaznaczyć, że jako Polacy jesteśmy strasznie biedni jeśli chodzi o posiadanie czegoś "naszego". Wszystko musi być w pewien sposób skopiowane z zachodu, bo przecież Polska jest taka niefajna, za to Stany Zjednoczone są takie super, a skoro w USA na youtube wylansował się Justin Bieber, to my musieliśmy mieć naszego polskiego Justina. Pojawił się jeden ciepły chłopiec, który przez lata epatował swoją homoseksualną orientacją w internecie, jednak w momencie gdy popularność sprawiła, że pojawiła się jedna i druga płyta, uznał, że lepiej będzie społeczeństwu wmówić, że tego nie było, bo przecież PR na Justina musi działać i trzeba być gwiazdą 12-latek, które wyobrażają sobie, że kiedyś będzie ich mężem. No cóż dziewczyny, nie będzie. Swoją drogą, byłam kiedyś świadkiem jak jakiś znajomy (lub obecny chłopak - nie pamiętam) naszego Justina napisał mojej byłej sympatii, żeby przestała uświadamiać naród, że pan piosenkarz jest gejem, gdyż większość jego fanek wyobraża sobie go na białym koniu z różą w buzi. Ja rozumiem siedzenie w szafie i ukrywanie się, jednak świadome robienie dzieci w konia (niefortunne porównanie, biorąc pod uwagę jego RZEKOME upodobania) uważam za odrobinę niesmaczne, tym bardziej, że posiadając taką moc wśród młodych ludzi, naprawdę ten człowiek mógłby zrobić coś dobrego dla tego kraju i istotnie popchnąć go w stronę zachodu, nie tylko poprzez kopiowanie amerykańskich schematów marketingowych.

Kolejnym zjawiskiem jakiego absolutnie nie rozumiem jest uwielbianie kogoś za to co posiada bardziej, niż to za to kim jest. Popatrzmy chociażby na podobno najpopularniejszą Polkę na insta, która nie pokazała swojej twarzy. Wartości, które reprezentuje, można śmiało zamknąć w sparafrazowanym zdaniu dotyczącym psów ze schroniska, jakoby te były gorsze od tych rodowodowych tylko i wyłącznie dlatego, że są kundlami. No cóż, odważne zdanie i jeżeli faktycznie ta osoba posiada taką opinię to to tylko i wyłącznie jej sprawa, ale na każdym kroku zaznaczanie, że pieniądze i bogactwo to wartość sama w sobie, jest (przynajmniej dla mnie) groteskowe, biorąc pod uwagę, że jedyny hajs jaki ta panna ma, pochodzi od rodziców. Obiło mi się co prawda o uszy, że ostatnio rozsiewa po portalach społecznościowych linki do doładowań, które naturalnie są najbardziej prymitywnymi subskrypcjami SMS, za które trzeba płacić niemałe sumy, więc może faktycznie zaczyna zarabiać sama na siebie. Szkoda tylko, że w sposób dość kontrowersyjny, bo oszukiwanie dzieciaków na kilka złotych jest raczej prymitywne.

Najbardziej w internecie bolą nie 'idole' i ich poczynania, ale właśnie gromada tępo wpatrzonych w nich dzieciaków, które bezkrytycznie podchodzą do wszystkiego co robią. Myślę, że sekty mają bardzo podobny system wartości i schematy działania. Potwierdziło się to zresztą po moim rozstaniu z 'idolem' internetu i dosłownie w kilka dni (max tygodni) ewoluowałam z najukochańszej i najcudowniejszej Klaudii w "pojebaną idiotkę, debilkę bez inteligencji". A wszystko dlatego, że nie byłam już częścią image'u mojej byłej sympatii. No cóż - moda się zmienia, ale to właśnie ta głupota oraz hipokryzja boli najbardziej. Nie wstyd wam srać do kogoś dwa lata jaki to jest wspaniały i cudowny, a tylko przez to, że nie jest już częścią waszego idola, staje się dla was bezwartościowym śmieciem? Mówiono mi potem, że to dlatego, bo się zmieniłam - no cóż, każdy się zmienia i zapewniam, że w ciągu tych całych dwóch lat nie raz i nie dwa się ZMIENIŁAM, bo to mniej więcej po roku mojego egzystowania w internecie wpadłam w solidną depresję. Wtedy jednak ta zmiana nikomu nie przeszkadzała, a to tylko dlatego, bo nigdy nie obchodziło nikogo to, że czy ja przechodzę jakąś metamorfozę, czy nie. Chodziło tylko i wyłącznie o sytuację i moje relacje. Problem polega jednak na tym, że wszyscy doskonale wiedzą, jak śmieszne jest hasło "nie lubię cię, bo ona już cię nie lubi", więc zmianę sytuacji, nazywano zmianą mojej osoby. Smutne.

Niestety tak właśnie działa internet, a raczej ta internetowa sława - nikt nie gromadzi tak wielu kretynów w jednym miejscu, jak internetowy fejm, blogerka, lub youtuber. I pytanie tylko kto jest większym debilem - gwiazdka rozbijająca sobie jajko na głowie, tylko po to, by zdobyć kolejnych debili, czy stado bezmózgich dzieciaków, które to doceniają i zakochują się w tej osobie.

Ja posiadam gromadkę was i jestem z tego dumna, bo co odróżnia was od innych to to, że nie jesteście ślepo zapatrzeni we mnie i to co robię. Wielokrotnie pisaliście mi, że z czymś przesadziłam, że powinnam przestać, że to lub to nie było na miejscu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, by traktować kiedykolwiek kogokolwiek w taki sposób jak ja byłam przez długie miesiące traktowana i byście bezczynnie na to patrzyli i temu przyklaskiwali. Są zachowania godne i niegodne, ale nie wszystko da się przykryć pod hasłem "suka". Zdarza się, że kreacja suki przekracza granicę dobrego smaku i to właśnie od waszej reakcji wielokrotnie zależy jak dalej potoczy się ewentualna dyskusja. Cieszę się, że nie mam kretynek, które na moje zachowanie bez jakiejkolwiek klasy, zareagują wiwatem i fanfarami. Cieszę się z tego najbardziej, chociaż przyznaję - czasem się na was złościłam. Nikt z nas nie jest idealny i ja też wielokrotnie zachowywałam się tak, że na chwilę obecną się tego wstydzę. Na tym jednak polega życie, w którym przechodzimy różne etapy, a skoro ktoś mnie polubił za mój charakter, to moje ewentualne gorsze dni nie mają prawa tego zmienić. Byłam przez pewien czas osobą, do której (za sprawą mojej wcześniej wspomnianej byłej sympatii) bezmyślnie pisano KOCHAM CIĘ, POZDRÓW KOTKI, a jestem teraz ja - sama sobie i mam was nieporównywalnie mniej, ale zdecydowanie lepiej. Nie zawsze ilość jest lepsza niż jakość i chociaż w internecie liczy się właśnie ilość, a jakość dostrzegana jest dopiero wtedy gdy osiągnięto pewną liczbę. Na szczęście dla mnie jakość zawsze będzie ważniejsza niż ilość fanów na fb, bo wolę mieć 3000 czytelników na pewnym poziomie, niż 30 000 cyferek, które jedyne co mogłyby mi napisać to jak bardzo ładnie wyszłam na zdjęciu lub gdzie kupiłam buty. Podsumowując - jeżeli jesteś kimś, kto jedyne co jest w stanie wydusić to to, że jestem piękna, proszę - wyjdź. Zdanie można zdecydowanie bardziej rozbudować, a skoro pragnę na moim blogu prezentować pewien poziom, tego samego oczekuję od moich obserwatorów. Nie chcę być blogerką z zaślepionymi fankami, chcę prowadzić bloga i podejmować dyskusję z osobami, które poświęcają swój czas na niego i (mam nadzieję) nie żałują.



PS: oczywiście znajdują się w internecie naprawdę fantastyczne osobowości, które nie zarabiają na debilizmie, ale na swoich pasjach lub profesjonalnej wiedzy, ale o nich - innym razem.

Bluza Team Paris - Sheinside >gdy klikasz, umiera jeden debil<
Spodnie w palemki - Sheinside >gdy klikasz, umiera jeden debil<
Kurtka w kwiatki - Sheinside  >gdy klikasz, umiera jeden debil<






(wbrew powszechnej opinii nie dłubię tu w nosie, ale w sumie tak wygląda, więc dodaję to zdjęcie, by fani photoshopa mieli co robić - kocham wasze pracę i przeróbki, liczę na sporą kreatywność ;) )












Jeżeli podoba wam się to co robię - zapraszam was wszystkich na mojego snapa oraz instagrama



Do napisania tej notki skłoniły mnie przemyślenia dotyczącego tego bloga, a raczej tego do czego on zmierza. Siedziałam i myślałam, myślałam i siedziałam i jedyną sensowną myślą było to, że no cóż - kiedyś historie z mojego dzieciństwa się skończą, a nie będę opowiadać o tym jak jadłam kisiel i się ubabrałam.



Gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, lat 5, może 7, bardzo lubowałam się we wszelkich atrybutach kobiecego outfit'u. Najbardziej kręciły mnie buty na obcasach mojej mamy - im wyższe tym lepsze, z kosmetyczki za to wybierałam najczęściej szminkę. Nie ma w tym nic dziwnego - większość małych dziewczynek chce się malować i zachowywać jak damy. Ewolucja w stronę damy jak widać mi nie wyszła i obecnie bardziej od szpilek i cieni do powiek, wolę luźne spodnie, a nic mnie tak nie cieszy jak soczyste beknięcie po twister box'ie z kfc. Nie zmienia to jednak faktu, że zdarzało mi się wielokrotnie przebierać za księżniczki czy aniołki, a każdy karnawał był najważniejszym wydarzeniem w moim roku kalendarzowym. Nigdy nie zapomnę mojego stroju aniołka i skrzydeł, którym mój ojciec poświęcił całe życie (tak mi się wydaję, że to był tata, chociaż znając moją mamę, ona też swoje dołożyła - o ile oczywiście nie była pojedynczym twórcą - tak czy siak, moi współtwórcy stworzyli lamborghini galardo w kategorii strojów karnawałowych).  Skrzydła były niewiele mniejsze ode mnie - przynajmniej tak to pamiętam. Zostały wycięte z tektury, na którą nałożono masę kleju i......setki tysięcy frędzelków z bibuły. Miałam pierzaste skrzydła, dokładnie takie jakie wyobrażałam sobie zasypiając i odmawiając pacierz "Aniele Boży stróżu mój". Mój główny atrybut bycia aniołkiem umocowany był na gumkach, które założyłam na ramiona jak zwykły plecak, by potem bawić się (w stylu "jakby jutra miało nie być") na przedszkolnym karnawale.
Mniej więcej w czasie moich pierwszych modowych zapędów, dokształcałam się w dziedzinie kosmetyków i ich funkcji. Jeśli mam być szczera to do dziś żałuję, że nie mam starszej siostry, która mogłaby mi pokazać co do czego służy. Myślę, że był czas, w którym obwiniałam moich rodziców o to, że wyrosłam na chłopczycę, bo być może gdybym obok starszego brata miała jeszcze siostrę, to więcej czasu przeznaczałabym na pielęgnowaniu swojej urody, niż na Fatality w Mortal Combat (umiałam grać tylko Sub-Zero). Stało się niestety tak, a nie inaczej i wszelkie typowo kobiece zachowania musiałam pielęgnować w sobie sama, czasami doglądając mojej zawsze ładnie ubranej i wymalowanej matki. Podglądałam ją podczas porannych makijaży i podziwiałam z jaką łatwością przychodzi jej pomalowanie ust szminką.
Podczas jednych ferii, bądź wakacji w Kościelisku, do którego jeździliśmy wielokrotnie z rodziną, wpadłam na pomysł, że to jest właśnie ten dzień, w którym ujawnię moje talenty z dziedziny wizażu i stylizacji. Weszłam do łazienki i sięgnęłam po kosmetyczkę mojej mamy, z której wyciągnęłam niemal każde możliwe narzędzie i zaczęłam działać. Szminka, róż do policzków, cienie do powiek - malowałam się z takim impetem, że absolutnie nie zwracałam uwagi na to, że cień do powiek ląduje na brwiach, a szminką DELIKATNIE wyjechałam poza usta, tak że moja broda zmieniła swój kolor na czerwony. Uznałam, że na pewno każdemu zdarzają się takie błędy i wszystko poprawię po skończonej pracy. Zmieniłam zdanie gdy spojrzałam w lustro i uznałam, że nic z tym niestety nie da się zrobić i przeżyłam pierwszy w moim życiu atak paniki. Bałam się, że mama będzie zła, że może się brzydko pomalowałam (jako dziecko nie miałam się za bardzo czym stresować, więc znajdowałam sobie absurdalne powody do płaczu) i zaczęłam zacierać ślady. Niestety pod zimną wodą szminka schodzi bardzo słabo, nie wspominając już o cieniach i różu do policzków. Wszystko się rozmazało, a ja wyglądałam jak klaun i płakałam jeszcze bardziej. Przypomniało mi się jednak, że mama zawsze zmywa makijaż jakimś specyfikiem do tego stworzonym, ale za cholerę nie wiedziałam jak to wygląda. Postanowiłam otworzyć wszystkie podejrzanie wyglądające fiolki, tak by po zapachu poznać, który to może być kosmetyk. W końcu rozpoznałam pewien zapach, lubiłam go, chociaż był ostry i dzisiaj raczej określa się go mianem smrodu, niż przyjemnej woni - tak czy inaczej, użyłam ZMYWACZA DO PAZNOKCI. Wylałam go na wacik, niczym profesjonalistka i zaczęłam zmywać sobie usta, policzki i oczy..... Oczy niestety schodziły najtrudniej więc kilka kropel poleciało bezpośrednio na powieki i zaczęłam trzeć. Makijaż nadal nie schodził, a oczy zaczęły mnie piec. Rozpłakałam się jeszcze bardziej, ale by ukryć ślady zbrodni wszystko schowałam na swoje miejsce. Szybko wybiegłam z łazienki i schowałam się w szafie, bo uważałam, że wyglądam tak tragicznie, że nikt mnie nie może zobaczyć - a zwłaszcza moja mama! W końcu opuściłam moją szafę, bo zorientowałam się, że przecież od powietrza makijaż mi się nie zmyje, poza tym odrobinę zgłodniałam. Moja mama zobaczyła mnie taką rozmazaną i zaryczaną, ale ku mojemu zdziwieniu schyliła się do mnie z uśmiechem i zapytała "malowałaś się kochanie?". Powiedziałam, że tak, ale że mi nie wyszło, ta jednak w ogóle się tym nie przejęła i dalej uśmiechała się od ucha do ucha. Zmieniło się to, gdy weszła do łazienki i poczuła ostry zapach zmywacza do paznokci. Zapytała mnie co z tym zrobiłam to powiedziałam zgodnie z prawdą, że zmywałam tym oczy.

I wtedy nastał armagedon.

Biegała to tu, to tam, że przecież mogę stracić wzrok. Zaangażowała się w to też moja ciocia Marysia, która wspólnie z moją mamą zaczęła przemywać mi oczy i robić okłady z ogórków. No cóż - chciałam być wizażystką, a skończyłam w domowym spa, słuchając jaką to głupotę popełniłam.



Jeśli mam być szczera - wiele w kwestii mojej wiedzy dotyczącej urody się nie zmieniło. Wiem do czego służy zmywacz do paznokci, wiem co to peeling albo balsam do ciała. Posiadam również podstawową wiedzę z zakresu najpotrzebniejszych zabiegów kosmetycznych, ale niestety nie jest ona na tyle podstawowa, bym była w stanie chociażby pomalować sobie paznokcie lub wyregulować brwi. No cóż - jestem kaleką i wyręczam się profesjonalistami, ale nadal pozostaje w tej bardzo podstawowej wersji kobiecości (zwał jak zwał). Nigdy nie byłam na żadnym zabiegu upiększającym, a paznokcie hybrydowe widoczne u mnie na przełomie grudnia i stycznia były dla mnie naprawdę poważną ekstrawagancją. Postanowiłam jednak, że spróbuję chociaż trochę zaznajomić się z byciem kobietą przez duże K i możecie się spodziewać wpisów z relacją oraz nagrań z realizacji moich działań. W najbliższych tygodniach i miesiącach możecie spodziewać się vloga, w którym próbuję sobie przykleić rzęsy, namalować kreski, lub chociażby video-relacja z depilacji woskiem (brazylijskie bikini boli, prawda?). Wspierać będę się licznymi grouponami, które nie będą mnie aż tak obciążać finansowo, jednak dadzą pogląd na to jak to jest być damą i odpowiedzą na pytanie - czy warto. Bardzo proszę was, abyście w komentarzach tu lub na fb wpisywali pomysły zabiegów jakie muszę przeprowadzić, spróbować, albo co chcielibyście zobaczyć na chłopczycy.

PS: wiem, że was poniesie fantazja, więc błagam - bez botoksów.








Niemal każda osoba przechodziła pewnego rodzaju transformacje. Wynikają one z burz hormonalnych, wpływ na nie ma też otoczenie w jakim przebywamy. W ostatnim wpisie przedstawiłam jeden z moich stanów światopoglądowych, których teraz w pewnym sensie się wstydzę, aczkolwiek zdecydowanie bardziej wolę się z tego obecnie śmiać.

W parze z dojrzewaniem idą najróżniejsze przemiany - nie tylko światopoglądowe, ale również fizyczne, nie takie jednak, które wynikają z np. nabierania kształtów, ale wpływ na nie ma środowisko bądź otoczenie w jakim się znajdujemy. Nasuwa mi się teraz pytanie, może trochę filozoficzne, ale czy wobec tego prawdziwi jesteśmy tylko w momencie, gdy jesteśmy zupełnie sami i nic, ani nikt nie odciska piętna na naszym życiu? Mnie to nie dotyczyło - ja od zawsze obracałam się wśród ludzi, powiedziałabym wręcz, że tłumów, a z początkiem mojego czasu nastoletniego, było to środowisko - delikatnie mówiąc - dresiarskie.
Teraz wyobraźcie sobie to połączenie - konserwatywne wychowanie, stadionowe poglądy i....wkoło pełno panienek obciągających za paczkę fajek. Tutaj warto wspomnieć, że paczka niebieskich LM'ów kosztowała wówczas niecałe 7 zł - nie ma co, szanowały się. Ja natomiast byłam mixem - dziewczynka z dobrego domu, dobrze ucząca się, ale mimo wszystko obracająca się w mało ciekawym środowisku. Oczywiście moja 'paczka' taka nie była, ale samo przebywanie w jednej szkole z tego typu osobami miało swój wpływ na moje poglądy względem tego jaka stylówa  jest najbardziej na topie. Warto też wspomnieć, że pierwsze tygodnie w moim gimnazjum w pełni obrazują to, w jakiej szkole wylądowałam. Mowa tutaj o incydencie próby otrucia (lub zabicia) nauczycielki matematyki. Naturalnie było to komentowane jako niewinny dowcip, ale jak wsypanie komukolwiek kreta do cukru, którym ma zamiar posłodzić sobie kawę, może być traktowane jako mało smaczny kawał? Owszem - mało smaczne to było, ale w mojej ocenie i wtedy i teraz, nie miało to wiele do czynienia z żartami. Od tego momentu poza uczniami,do szkoły zaczęli uczęszczać również najróżniejsi dziennikarze, w tym ci z  raczkującego dopiero programu UWAGA oraz policjanci.
Paradoksalnie, to moi rodzice uznali, że to właśnie to gimnazjum będzie dla mnie najodpowiedniejsze i przegrałam z nimi wojnę po teście szóstoklasisty. Po tym incydencie zaczęli zmieniać swoją opinię, a moja wiara w nich zaczęła narastać.
Po drugiej klasie postanowiliśmy wspólnie zmienić moje otoczenie - przeniosłam się do prywatnego gimnazjum w centrum miasta. W tym czasie miałam również chłopaka - dużo starszego, o którym - musicie wybaczyć - nie zamierzam nigdy opowiadać, bo jest to epizod dla mnie nieco dziwny i można go bez trudu źle zrozumieć, a nie chcę po dobrych 10 latach robić problemów - dziś - staremu facetowi.

To właśnie w wieku 14/15 lat byłam raczej mało oryginalna. Uwielbiałam obcisłe jasne spodnie, najlepiej z bawełny, jeans uważałam za zdecydowanie zbyt sztywny materiał, a lubiłam by każda moja krągłość zaznaczała się podczas przechadzek ulicami centrum. Wszelkie obcisłe kurteczki lub jasne, najlepiej białe koszulki zajmowały honorowe miejsce w mojej szafie. Co się tyczy butów - nie nosiłam szpilek ani koturn. Mimo mojego zmaniurzenia i ponętnego kołysania biodrami, obcasy wydawały mi się skrajnie niewygodne - do tego stopnia, że byłam przekonana, że modę na takie obuwie wymyślił sadysta, którego zostawiła żona i postanowił zemścić się na wszystkich kobietach świata. Innym moim wyobrażeniem była średniowieczna sala tortur, w której zakładano osobie torturowanej szpilki i kazano chodzić wkoło stołu przez kilkanaście godzin. Tak czy siak - moje stopy zdobiło nic innego jak halówki - najmodniejsze obuwie, które każda dziewczyna z blokowisk musiała mieć. Pomijam fakt, że nie wychowałam się w bloku, nawet nie na takim osiedlu, ale bez trudu można było założyć w tamtym czasie, że trzepak to moje ulubione miejsce schadzek.
Nigdy nie zapomnę tego okresu mojego życia - głównie dlatego, że chociaż moim piegom towarzyszyły pryszcze, to nigdy nie cierpiałam na większe zainteresowanie wśród płci przeciwnej. Do tej pory nie wiem, czy było to efektem mojej stylówy, czy może utlenionych na blond włosów do ramion. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wyglądałam wtedy na łatwą, gdyż moimi adoratorami byli zazwyczaj chłopcy w wieku 16-19 lat, najczęściej wygoleni na zapałkę, przywdziewający spodnie dresowe marki Londsdale. Lubiłam jednak zwracać na siebie uwagę - zwłaszcza, że  mieli się czym pochwalić, a świeżo wymyty Fiat 126p lub żółte Seicento nie raz i nie dwa za mną zatrąbiło.  Jednej z takich sytuacji zawdzięczam mojego pierwszego stalkera. Marcina poznałam podczas przechodzenia na pasach pod Wawelem, kiedy to postanowił za mną zatrąbić. Najpierw pomyślałam, że za wolno idę i zgasło już zielone światło dla pieszych - gdy jednak zobaczyłam, że zielony ludzik dalej się świeci - rzuciłam się na niego (kolokwialnie mówiąc) z mordą. Moje maniurzaste towarzystwo nauczyło mnie tego, by nie dawać sobie wchodzić na głowę i że najlepszym sposobem na osiągnięcie danego celu, jest się o niego wykłócić. Tak też było i wtedy, a na moje 'kurwy', 'kutasy', 'chuje' i puentujące całą wiązankę 'ty jebany cwelu, mam zielone', usłyszałam 'lubię takie. daj mi swój numer'.
I dałam.
(Alleluja, że nic więcej)
Marcin był bardziej niż zainteresowany moją osobą i dziennie otrzymywałam od niego kilkaset smsów i do tej pory żałuje, że na żywo był zdecydowanie mniej wygadany - chyba, że miałabym do treści wypowiedzi zaliczać wielokrotnie powtarzając się słowo 'kurwa'. Nie oceniałam tego jednak, ponieważ sama sporo w tych czasach klęłam (zresztą zostało mi to do dziś), ale perspektywa przedstawienia moim rodzicom 19-letniego chłopaka z drugiej klasy gimnazjum, wydawała mi się nieco ryzykowna.  Uznałam, że najwyższy czas zerwać kontakt, bo ewentualne dalsze spotykanie może pociągnąć za sobą niesubtelne propozycje lub oczekiwania, których nie chciałam za bardzo spełniać. Kolejnym, a może najważniejszym argumentem, by zakończyć rozpoczynającą się relacje, był fakt, że jak wcześniej wspomniałam, miałam wtedy chłopaka. Marcin należał do osób bardziej porywczych i odrzucenie zniósł ciężko, ale jak przystało na prawdziwego łobuza, całą agresję przelał na mojego ówczesnego partnera, chociaż w życiu go nie widział, ani nawet nie słyszał. Uznał, że skopie tamtemu lalusiowi dupę i koniec kropka. Do konfrontacji nie doszło, a ja zmieniłam numer, żeby wyeliminować kolejną falę niezręcznych wiadomości.

Późniejsze losy mojej garderoby były niemniej ciekawe, ale skrupulatnie zaczęłam odchodzić od obcisłych ubrań podkreślających moje rosnące wciąż piersi. Ku mojemu zdziwieniu, nie spodobało się to mojemu chłopakowi, a moje skłonności biseksualne zaczęły mu coraz bardziej przeszkadzać. W momencie ścięcia włosów na krótko i zafarbowaniu ich na czarno, mieliśmy już głęboki kryzys, a po założeniu spodni z niższym stanem, nasz związek się zakończył. Zmienił się także sposób podrywania mojej osoby - chłopcy już na mnie nie trąbili, za to uśmiechało się do mnie na ulicy całkiem sporo dziewczyn, a krótko ścięte panie w kawiarni niejednokrotnie zostawiały mi swój numer na serwetkach.





Każdy z nas dojrzewa inaczej - jeden chłopiec nabierze wagi i będzie mieć głos jak smerf, inny straci wagę, ale zyska głos dojrzały i głęboki, który będzie muzyką dla uszu. Jednak najważniejszym aspektem dojrzewania są zmiany psychiczne jakie zachodzą w naszym organizmie. Pierwsze ciągotki homo, tudzież biseksualne większość osób ma zazwyczaj w wieku lat nastu, a cały świat tłumaczy im, iż jest to najnormalniejsza na świecie walka hormonów. Jak byłam mała, wyobrażałam sobie w tym czasie moje hormony jako poubierane w średniowieczne, bojowe stroje kobiety ze złotymi warkoczami, walczące z wikingami. Wszystko odbywało się na tle mojego mózgu lub czerwonej poświaty, która zapewne symbolizowała moje ciało. Wizje takie zawdzięczam setkom godzin spędzonych nad "było sobie życie", jednak starzec z brodą nigdy w mych wyobrażeniach się nie ujawnił - zdecydowanie wolałam silna panie dzierżące oburęczne miecze. Złotowłose hormony odpowiadały moim nie do końca heteroseksualnym popędom, te drugie zaś śmiało mogły mieć znak fallusa na swych tarczach. Walka ta rozgrywała się we mnie dość szybko i muszę przyznać, że pierwsze bitwy wygrywali wikingowie. Ich armia miała dodatkowe atuty, otóż ich światopogląd odpowiadał temu, jaki był jedynym słusznym w moim rodzinie, a pasja chodzenia na mecze i obcowania wśród przepełnionych testosteronem mężczyzn nieakceptujących absolutnie żadnych dewiacji poza "Moja jedyna miłość to Wisełka" sprawiała, że napompowane cycki kobiet-hormonów odnosiły dotkliwe porażki.

I tak właśnie mijało życie. Zdążyłam nawet zapomnieć o jakichkolwiek rozterkach tej natury, udało mi się mieć chłopaka, zauroczyć w kolejnym, a dziewczyny były moimi koleżankami.
Przypomina mi się nawet to, że należałam do paczki dziewczyn - nie wiem czy byłyśmy typowymi 'mean girls', ale na pewno za takie się uważałyśmy i byłyśmy (w naszej opinii) najfajniejszymi dziewczynami w szkole. Moje koleżanki, a właściwie przyjaciółki (jak na tamten czas się wzajemnie nazywałyśmy) miały najprzystojniejszych chłopaków ze szkoły, najfajniejszych lub tych najniegrzeczniejszych - chyba moda na kochanie bad boya nigdy nie zniknie. Też miałam takie fantazje, aczkolwiek dużo lepiej rozmawiało mi się z chłopakami jak z kolegami. Nie  zmienia to jednak faktu, że moje otoczenie dążyło do pewnych trendów, chciało zaspokajać swoje potrzeby wynikające z norm ogólnie przyjętych. Podejrzewam, że gdyby nie jedno popołudnie moje życie mogłoby się zupełnie inaczej potoczyć. Oczywiście mówię to teraz pół żartem pół serio - jeżeli zakodowane w genach mam takie, a nie inne tendencje to prędzej czy później objawiłyby się przez to lub tamto i nie miałabym na to absolutnie żadnego wpływu. Wracając jednak do meritum - chodziło o teledysk Tatu - Ya soshla s uma i to jak pięknie ta czarnowłosa dziewczyna wyglądała w deszczu, całując drugą kobietę.  Pewnie wielokrotnie widzieliście słabe komedie, w których w takiej sytuacji bohater siedział z nieprzyzwoicie otwartą buzią, wchodził w słup na ulicy lub (to w przypadku looney tunes) spadało na niego kowadło, otwierał oczy w kopalni pełnej dynamitu, dobiegł za krawędź przepaści i spadał lub wbiegał do tunelu, z którego właśnie wyjeżdżał pociąg. Opis tego uczucia jest może nazbyt rozległy, ale z przykrością muszę przyznać, że tylko tam mogę wam oddać to kim, a raczej czym byłam w chwili ujrzenia całujących się lesbijek w deszczu. Tak, byłam kojotem, ewentualnie koteckiem.

 Odniosłam wrażenie, że do mojej głowy wbił się dość sporej wielkości szpikulec do lodu*, bo od tego momentu zaczęłam dostrzegać coraz bardziej ewidentne sygnały, że moje lubowanie się w piłce nożnej, przekleństwach, czy (jak mi się zdawało) niewinne podglądanie koleżanek w szatni miało większe znaczenie, niż przypuszczałam. Postanowiłam jednak wyprzeć to wszystko i pozostać wierna normom, które do tej pory mnie kształtowały.

Być może zabrzmi to komicznie, ale to właśnie w tym momencie zaczęłam jeszcze mocniej zagłębiać się w środowisko kibicowskie, które przejawiało skrajnie nacjonalistyczne poglądy. Brałam czynny udział w dyskusjach na wielu forach internetowych, a najbardziej interesującymi dla mnie tematami były te, które dotyczyły mniejszości seksualnych. Widząc taki temat, natychmiast zaczynałam brać w nim dyskusje. Dumnie broniłam swoich narodowych poglądów, a moi koledzy faszyści doprowadzali mnie do szalu swoim brakiem konsekwencji w momencie, gdy mówili, że lesby nie są takie złe, ale pedały do gazu. Byłam oburzona za każdym razem, gdy dochodziły mnie takie opinie - według mnie to właśnie PEDAŁY nie były takie straszne, podczas gdy lesby należy związać na stosie, podlać benzyną i podpalić.

Widziałam zagrożenie we wrogu, jakim było środowisko homoseksualne. Uważałam członków tego "stowarzyszenia" za ludzi cwanych, przebiegłych. Byłam pewna, że są nawet gorsi od Żydów i nie dość, że sprawują wysokie stanowiska i dysponują ogromną ilością pieniędzy, to jeszcze planują obalić tradycje i kulturę narodu polskiego. W moim mini-nazistowskim notesie hasło "lesba" było na miejscu pierwszym. Zaraz pod nim "żydzi", potem "pedofil" oraz "pedał". Postanowiłam poznać owe środowisko od środka, przynajmniej odrobinę. Widziałam siebie w roli szpiega aliantów**, który przedostaje się do bazy wroga, jakim było forum kobiety-kobietom.com. Zarejestrowałam się tam i od czasu do czasu wchodziłam na czat, by dowiedzieć się czego można się spodziewać w przypadku spotkania takiego dewianta. Zdarzało mi się również przeglądać lesbijską kamasutrę - naturalnie robiłam to tylko, by być świadomą jakich okropieństw dopuszczają się lesbijki. Po takiej lekturze zdarzało się, że śniły mi się zapamiętane pozycje - wmawiałam sobie, że to szatan kusi mnie i męczy moją heteroseksualną, nieskalaną grzechem głowę, a efekt porannego podniecenia był uwarunkowany czysto-fizjologicznie i absolutnie nie wynikał z pożądania.

Moje prawicowe poglądy rosły w siłę, wachlarz moich argumentów również, ale nadal w głowie rozbrzmiewała mi piosenka Tatu. Postanowiłam iść krok dalej - nie było to trudne, ponieważ w mediach było właśnie głośno o planowanym marszu równości, który miał odbyć się w Krakowie. Teraz nie pamiętam czy był to pierwszy taki marsz w Polsce w ogóle, czy pierwszy w Krakowie.Bardziej aktywna na forach internetowych nigdy nie byłam. Wypieki na policzkach, pot na skroniach i gniew przez lobby homoseksualne opanowujące telewizje, bilbordy w mieście i radio. Na niemal każdym rogu spotkać można było plakat zapraszający do wzięcia udziału w paradzie dewiantów - na szczęście moi prawicowi bracia odpowiadali tym samym, a plakaty obrońców rodziny były dużo lepiej rzucające się w oczy. Byłam dzieciakiem, ale postanowiłam, że wezmę udział w tym event'cie i dumnie będę bronić rodzinnych wartości. Byłam na tyle zdeterminowana, że postanowiłam nawet podnieść kilka kamyczków, by rzucić nimi w tęczowy tłum. Tak też się stało, jednak cytując KAENA (a raczej wdowę) "karma jest zołzą" i ja dostałam jajkiem - swoją drogą od innego nacjonalisty. No cóż - wiedział, że owszem - jestem ukrytym agentem, szpiegiem aliantów, jednak nie na forum kobiety-kobietom.com, ale właśnie w gronie nacjonalistów.



Wiem, że obiecałam również przepis na kakaowe tiramisu oraz lazanie, ale musicie na to jeszcze poczekać! Obiecuję, że we wtorek ukaże się czysto kulinarna notka, w której znajdziecie te przepisy oraz moje przemyślenia oraz wnioski po miesiącu bez mięsa. ;)

*inspiracja Criminal Minds - odcinkiem o mordercy, który lubił wbijać szpikulec do lodu w kobiety
**tutaj ewidentna inspiracja grą Commandos




Płaszczyk - Romwe >Kliknij, nakarm szafę insika<
Kurtka - Sheinside >Kliknij, nakarm szafę insika<












Nie ma co mówić - wyrwano mnie na intelekt i właśnie to zawsze doceniałam w moich późniejszych miłościach. Relacja z Tomaszem była dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Dzieliliśmy wspólnie pasje, mieliśmy o czym rozmawiać i na tamten czas wydawał mi się tym jedynym. Pewnego dnia przyszłam do domu i zakomunikowałam mojej mamie, że znalazłam męża. Cieszę się, że moja współtwórczyni nie zechciała zniechęcić mnie do większego zaangażowania i zaczęła jedynie dopytywać o to jak się nazywa i który to. No cóż - nie był w typie mojej mamy, ponieważ w pierwszej klasie podstawówki miał posturę 17-letniego chłopaka oraz królicze zęby. Ja wierzyłam jednak, że wyrośnie z tych małych niedoskonałości i będziemy najpiękniejszą z możliwych par stojących kiedykolwiek na ślubnym kobiercu. Wraz z Tomkiem uwielbialiśmy serial Power Rangers i na każdej przerwie bawiliśmy się w odgrywanie ostatnich odcinków. Ja naturalnie musiałam być różową wojowniczką - on zielonym tudzież białym wojownikiem (zależało od tego jaki kolor przybierał Tommy - swoją drogą najprzystojniejszy z aktorów, którzy grali w tym serialu). Nasza zabawa zazwyczaj polegała na gonieniu siebie nawzajem, chociaż mocno wierzyliśmy, że walczymy ze złymi siłami mocy reprezentowanymi przed wyimaginowaną przez nas Ritę. Gdy spoglądam z perspektywy czasu na nasze zabawy, muszę przyznać, że niestety już wtedy można było dostrzec rozwijające się we mnie popędy seksualne, ponieważ katowałam mojego chłopaka wizją tego, że "zły" porywa mnie do swojej jaskini oraz przypina kajdanami do kamieni. Biały wojownik musiał uratować swoją wojowniczkę, bo jeśli nie to....no właśnie - nie wiedziałam do końca co by mi się stało, ale skrępowanie moich kończyn było esencją tej zabawy.
Nasza miłość rosła, ale nadal trwaliśmy w nieformalnej relacji - szybko postanowiliśmy to jednak zmienić i skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji, jaką była zielona szkoła. Miało to miejsce w Kołobrzegu, gdzie pojechaliśmy całą klasą. Nasz związek był tak oficjalny, że świadkiem ślubu była nasza wychowawczyni i gratulowała nam wejścia na nową ścieżkę życia. Ceremonię odprawiała moja przyjaciółka, a zaraz po sakramentalnym TAK, daliśmy sobie buzi w policzek. Moje pierwsze małżeństwo nie trwało jednak długo - następnego dnia posprzeczaliśmy się podczas ustawiania dwójkami i zażądałam rozwodu. Formalnie nigdy do niego nie doszło, ale od tamtej chwili przestaliśmy biegać za sobą na przerwach, a o wspólnym rozmowach nie było już mowy. Nigdy (a chodziłam z nim do klasy jeszcze dobrych kilka lat).

Moją kolejną sympatią był Grzesiek, który poprosił mnie o chodzenie chyba tylko dlatego, że każdy fajniejszy chłopak miał wtedy dziewczynę, podobnie jak każda fajniejsza dziewczyna miała chłopaka. W naszej klasie temat rozchodził się między trzema chłopcami - Piotrkiem, Grześkiem i Krzyśkiem. Właściwie w każdym byłam w jakimś stopniu zakochana, no bo tak wypadało. Mój ukochany był skejtem i nigdy nie zapomnę naszej pierwszej poważnej randki do kina. Poszliśmy na film "Bezsenność", który w tamtym czasie uważałam za głupi i nudny. Teraz wiem jak bardzo się myliłam, jednak nie to było najistotniejszą rzeczą tamtego wieczoru. Siedziałam obok mojego chłopaka dobre pół godziny, kiedy wreszcie stało się to i poczułam motylki w brzuchu, a podniecenie wprawiło mnie w drżenie całego ciała. Zadał to pytanie dość nieśmiało, ale w końcu musiało do tego dojść
- Czy mogę Cię przytulić?
- Tak

I objął mnie swoim męskim ramieniem....

Nasz związek nie przetrwał jednak operacji "pustynna burza", jaką zaplanowali chłopcy z naszej klasy. Zmówili się by jednego dnia zerwać ze swoimi dziewczynami - nie wiem czy w tym czasie wracała moda na "gang chłopaków" i "gang bab", ale szybko dowiedziałyśmy się co nasi ukochani planują. Ja zawsze miałam w sobie coś z drama queen, więc postanowiłam kupić dużego lizaka w kształcie serca, potłuc go i rzucić nim w mojego chłopaka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że lizak kosztował ok 8 zł, a moje kieszonkowe nie przekraczały 60 zł miesięcznie, co tylko potwierdzało jak wiele dla mnie znaczył Grzesiek. No cóż - chłopaka skejta ma się naprawdę dość rzadko.










Pierścionki: C&A
Naszyjnik: Mango
Koszulka: H&M


Do napisania tej notki skłonił mnie kolejny mail, który dostałam od jednego z was - moich czytelników bądź obserwatorów. Chcę na wstępie zaznaczyć, że w takich wiadomościach nie ma absolutnie nic złego, nie zmienia to jednak faktu, że dostając coś takiego, chwytam się za głowę.
Nie odpisałam na żadną wiadomość, w których prosiliście mnie o pomoc z tym konkretnym problemem (jaki to problem - zaraz się dowiecie), ponieważ w istocie, takich pytań dostaję najwięcej i uznałam, że może upubliczniona notka wyczerpie temat. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to odpowiedź, która zadowoli każdego, wszak nasze sprawy osobiste są zawsze najważniejsze, a każdy najmniejszy szczegół jest najbardziej istotny, niemniej jednak postaram się by treść była na tyle uniwersalna, że pomoże chociaż w małym stopniu, każdemu.

O co chodzi?

O złamane serce i rozstania.


/czas na fanfary/

Nie będę cytować żadnego z tych maili, bo nie chcę, by ktokolwiek poczuł się urażony lub wyśmiany, dlatego postaram się sparafrazować je wszystkie na raz, tak by zawrzeć sedno.

"Klaudia co robić, ona mnie zostawiła, mam złamane serce, a wiem, że bez niej nie dam rady, bo nie wyobrażam sobie życia bez niej."

No cóż - nie ma co owijać w bawełnę - temat ten jest bardzo ciężki i każdy z nas zmagał się (lub dopiero będzie zmagał) z tym uczuciem. Bolące serduszko i chęć śmierci, jaką odczuwamy w momencie, gdy rozpada nam się życie jest nie do opisania i wydaje nam się nie do przejścia. Też tam byłam, też to czułam - co więcej, czułam to trzy razy. I powiem od razu - do nikogo maili nie pisałam, ani nie pytałam o radę jak sobie z tym poradzić. Nie robiłam tego, ponieważ nie ma leku na złamane serce i każdy z nas (każdy!!!) musi to przeżyć na swój sposób, w swoim czasie. Innym zabiera to lata, innym tygodnie, a jeszcze innym zaledwie kilka dni. Na szczęście w końcu ten ból ustępuje i zostaje śmiech, sentyment lub żal. Tak czy siak - można żyć dalej.

Ja patrząc na siebie, przeżywającą moje ostatnie rozstanie, mam ochotę strzelić TEJ osobie w łeb. Mówiąc TEJ, mam na myśli siebie, bo nie akceptuje i nie poznaje tego człowieka, jakim byłam w tym traumatycznym momencie. Uważam, że bardziej żałosną osobą być się nie dało, bardziej monotematyczną i słabą. Ja nie pisałam maili do osób z internetu - ja rozmawiałam ze znajomymi i przyjaciółmi. Szukałam ukojenia i uspokojenia, ale żadne hasła za wyjątkiem "na pewno wróci", nie poprawiały mi humoru. I to jest właśnie powód, dla którego nie odpisałam na jednego maila z cyklu 'mam złamane serce'. Doskonale wiem, że jedyną satysfakcjonującą odpowiedzią, byłoby zapewnienie, że na pewno ze sobą będziecie, że na pewno się zejdziecie, pogodzicie i będziecie kochać do końca świata i jeden dzień dłużej, ale prawda jest taka - że może się też tak nie stać, a ja absolutnie nie chcę ponosić winy za błędną diagnozę. A raczej na pewno byłaby błędna, bo niestety każdy z nas opowiadając historię związku lub rozstania, przedstawia swoją subiektywną ocenę lub przedstawia fakty w taki sposób, nawet gdy myśli, że zachowuje największy możliwy obiektywizm.

Pierwszy raz złamane serce miałam w 2009 roku. Zostawiła mnie wtedy moja ukochana pierwsza dziewczyna Justyna. Mój ból był tak głęboki, że moje liczne zdrady sprzed rozstania straciły w moich oczach na znaczeniu. "Przecież już dostałam za swoje skarbie najukochańszy, przecież płaczę i skręcam się z bólu" - mówiłam. To były dla mnie traumatyczne chwile - zaczęłam palić i pić codziennie, zdarzały się nawet tygodnie, w których nie jadłam.  Po fazie zaskoczenia i próbach zaakceptowania zaistniałej sytuacji, przyszła kolej na gniew, który okazywałam poprzez stalking. Wysyłałam Justynie kwiaty, a pod drzwiami zostawiałam ckliwe listy. W tym właśnie okresie Justyna weszła w nowy związek - ja postanowiłam sterczeć pod jej balkonem i pić piwo - no cóż, nikt nie mówił, że rozstanie ze mną będzie łatwe, ale no jestem osobą, która nie znosi najlepiej odrzucenia. Kolejną fazą było wyśmiewanie nowej wybranki Justyny - nie było to jednak trudne, ponieważ nie należała do najbardziej urodziwszych kobiet, zwłaszcza z tego powodu, że wcześniej uważałam ją za dobrą koleżankę lub przyjaciółkę. W takich okolicznościach nawet Angelina Jolie zamienia się w potwora z Loch Ness. Robienie różnorakich przeróbek zdjęć, lub prezentacji w power point'cie z 'nową kobietą Justyny' w roli głównej, było moim ulubionym zajęciem, a plakat z uciętą głową owej pani jeszcze długo wisiał u mnie w pokoju. Rodzicom mówiłam, że to stara znajoma, z którą się pokłóciłam i tak odreagowuje - zaakceptowali to bo nie mieli wyjścia, zwłaszcza, że lubowałam się w photoshopie i przeróbka była na tyle udana, że przez trzy tygodnie nie zauważyli, że doklejona na włócznie Mela Gibsona, głowa, raczej nie pochodzi z filmu Braveheart. Nawet po moim cudownym zejściu się z Justyną, długo nie potrafiłam się jej przyznać do rozmiarów mojej nienawiści względem jej byłej sympatii - znała za to pseudonim, jaki nadałam jej 'chwilowej' kobiecie. Nie była wielką fanką Gwiezdnych Wojen, dlatego nie skojarzyła od razu o kogo chodziło - dopiero po zaprezentowaniu jej Jabby, wiedziała o kim mówię. Jakie było moje oburzenie, gdy nie odnajdywała w postaci ze Star Warsów swojej (na szczęście już) byłej.

Kolejny raz ze złamanym sercem był nieco inny - poprzedzony był wielkimi dramatami i licznymi zdradami (tym razem nie z mojej strony). Nie miało to jednak wpływu na moją gorycz, która doprowadziła mnie do wieszania się na drzwiach, wieszakach i próbie rozbicia się autem o drzewo. Nic jednak z tych rzeczy się nie stało, bo jak się okazało - po pijaku jeżdżę lepiej niż na trzeźwo, a moja ukochana przyjaciółka Patrycja przychodziła w każdym najgorszym momencie, by uratować mnie od osierocenia kotów. Nie zliczę jednak łez, które wylałam z tęsknoty za największą (jak się potem okazało) porażką mojego życia. Byłam do tego stopnia roztrzęsiona, że niemal od razu wplątałam się w kilka relacji, które miały być substytutem wielkiej miłości, która ode mnie odeszła. No bo właśnie - w przypadku Justyny uznałam, że broń boże nie będę leczyć złamanego serduszka nowymi dziewczynami lub chłopcami. W tym natomiast przypadku, było to najlepszym wyjściem. Z takiej właśnie gromadki dziewczyn-substytutów wyselekcjonował się ktoś szczególny, bo moja kolejna kobieta, która złamała mi serce. Na szczęście bolało najmniej, chociaż pierwsze dwa miesiące były naprawdę ciężkie. Na to wpływ miała jednak sytuacja, w jakiej zostałam postawiona, czyli powrót na stare śmieci i próba pojednania z rodzicami, po niemal rocznym braku kontaktu. Wspominam jednak o tym tylko dlatego, że im dalej w las - tym łatwiej, bo już umiemy sobie radzić z rozstaniami. Oczywiście nikomu z was tego nie życzę, bo to jedno z gorszych rozczarowań, jakie ktokolwiek może odczuwać, ale uwierzcie - każde następne rozstanie boli mniej - niezależnie od tego jak wielkie uczucie nie było. Nie ma wobec tego co bać się wchodzenia w kolejne relacje, bo następnym razem i tak będzie bolało mniej - o ile oczywiście ta następna osobą nie jest tą ostatnią ;)


PS: wiem, że notka nieco inna od tych wcześniejszych, ale uznałam, że warto zachować chociaż odrobinę powagi w tym temacie, zwłaszcza, że pewnie część z was ma obecnie złamane serce lub przechodzi kryzys w związku. Innymi słowy - nie martwcie się, a to co czujecie teraz postarajcie się zapamiętać, zwłaszcza rzeczy, które poprawiają wam nastrój, bo może wykorzystacie je kiedy znów coś (tfu tfu) nie wyjdzie. Na porażkach też można budować, zwłaszcza swój charakter.


Poniżej macie małą dawkę zdjęć z moją nową fryzurą - pewnie większość z was wie, ale postanowiłam skrócić moje włosy i zdecydowanie nie żałuję. ;)







kurtka: >KLIK<