Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Moje gimnazjalne bądź licealne podboje zazwyczaj kończyły się nową koleżanką, miast kolegą. Nie mogę powiedzieć, że narzekałam na brak powodzenia wśród płci przeciwnej! Miałam swoich adoratorów, ale no był to czas, w którym ewidentnie nie interesował mnie mężczyzna - absolutnie żaden.

Do tej pory zastanawiam się jak potoczyłoby się moje życie, gdybym w pierwszej klasie liceum zgodziła się na zaloty mojego dobrego kolegi z klasy - Filipa. Artysta, przystojny, grał na gitarze - prawdopodobnie dusza romantyka. Chadzaliśmy często na kawę po szkole, ale jeśli mam być szczera nigdy nie pomyślałam o nim w sposób inny niż przyjacielski. Myślałam, że ujawnienie mu mojej biseksualnej orientacji w zupełności wystarczy. Rozmowy o pośladkach kobiet mijanych na ulicy tym bardziej. Niestety okazało się, że moja asertywność po raz  kolejny przegrała i nie byłam w stanie zamknąć naszej relacji w friendzonie, tak by mój dobry kolega nie marnował czasu, a nasze dobre stosunki pozostały nienaruszone. Moja subtelność i kompletny brak wyczucia czasu znowu dał o sobie znać. Filip tuż przed sylwestrem, którego zresztą mieliśmy razem spędzić, zaprosił mnie na kawę do mojej ulubionej kawiarni. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. Myślałam, że Filipowi mogę powiedzieć wszystko jak najdroższemu przyjacielowi i mi doradzi, dlatego wspomniałam o tym, że poznałam niesamowitą dziewczynę i że kręci mnie bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zniechęciła mnie jego smutna mina - wydawało mi się, że się po prostu wczuł i przeżywał wraz ze mną spotkanie z tamtą panną. Był przecież artystą, a ci są bardzo empatyczni. Gdy zobaczyłam, że opuszcza głowę pomyślałam, że pewnie nudzi go mówienie o uczuciach, więc postanowiłam ożywić atmosferę opowiadając mu jak spędziłam czas z tamtą panną i do czego doszło. Spodziewałam się zainteresowania w oczach i wyciągania ze mnie najbardziej pikantnych szczegółów. Zamiast tego usłyszałam, że lubi mnie bardziej niż mi się wydawało. Nie będę jednak ukrywać, że mimo tak soczystego kosza i pewnego rodzaju upokorzenia, liczyłam, że Sylwestra spędzę głównie z nim. Myślałam nawet, żeby podejść do niego i go pocałować około godziny 00:00. Niestety uprzedziła mnie jakaś dziewczyna.

Potraktowałam to jako swoisty znak, że jednak powinnam skupić się na koleżankach, które ciągle przybywały i zaniechałam poszukiwań mojego potencjalnego męża. Nie zmieniło to jednak faktu, że kilkoro z nich przewinęło się jeszcze przez moje życie w sposób mniej lub bardziej wyraźny.

Zawsze traktowałam swój wianuszek z należytym szacunkiem w przypadku kontaktów z mężczyznami i wychodziłam z założenia, że ewentualny pan musi się o mnie dość mocno postarać. Nie dotyczyło to jednak Chorwata, który uwiódł mnie tanim chorwackim winem i zaproszeniem na romantycznego grilla na plaży nieopodal Splitu. Na swoją obronę mogę jedynie dodać fakt, że moja koleżanka również uległa jego koledze i nie byłam tą jedyną, której spodobał się śródziemnomorski urok. Obaj byli bardzo przystojni i dość dobrze zbudowani, chociaż ten mój miał raczej drobną budowę. Myślę, że nie przeżywałabym tej przygody tak długo (zwłaszcza, że dopiero po kilku tygodniach przypomniałam sobie jak mój chorwacki kolega ma na imię), ale wpadłam w stan błogosławiony - a raczej tak mi się wydawało. Już następnego dnia zastosowałam wszystkie antykoncepcyjne metody jakie znalazłam na forach typu kafeteria. Mimo mojej niemałej wiedzy w tym zakresie, potencjalna ciąża doprowadziła mój mózg do poziomu zbliżonego do fretki i popularne wypłukiwanie jakim raczyła się jedna z bohaterek "Galerianek" również zajęło honorowe miejsce wśród moich działań. Korzystając z dobrodziejstw XXI wieku, napisałam do wszystkich znanych mi koleżanek, które potencjalnie mogły kiedyś móc mieć taki problem. Każda z nich poradziła mi bym udała się do lekarza i poprosiła o tabletki 72h po. No cóż - pewnie w Polsce bym tak zrobiła, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie siebie mówiącej coś podobnego za granicą, zwłaszcza, że nie wiedziałam czy w Chorwacji w ogóle istnieje taka możliwość. Kolejne dni mojej wyprawy na południe okazały się totalną porażką, bo jedyne o czym myślałam to jak to zakończę moje trywialne 20-letnie życie i zacznę zmieniać pampersy. Zalewały mnie zimne poty, gdy myślałam o moich imprezach z moimi potencjalnymi dziewczynami i ich potencjalnych minach, gdy będę wspominać, że muszę wracać do mojego potencjalnego domu, w którym czeka na mnie moja potencjalna opiekunka oraz potencjalne dziecko. Postanowiłam zagłębić się również w temat aborcji i przedyskutowałam sprawę z najbliższą mi wówczas przyjaciółką, ale nadal ciężko było wyobrazić mi sobie sytuację, w której w istocie dochodzi do ewentualnego zabiegu. Innym stresorem byli moi rodzice, którym nigdy w życiu nie wiedziałabym co powiedzieć i - mamo, jeżeli to czytasz - wybacz, no ale sama mówiłaś, że dupa pijana dupa sprzedana, a ja uczę się tylko na błędach. Po moim powrocie do Polski postanowiłam od razu zrobić test ciążowy - wyszedł negatywny, podobnie zresztą jak jakieś 30 kolejnych, które cyklicznie wykonywałam co kilka dni przez najbliższe 3 miesiące. Za każdym razem myślałam, że test jest zepsuty, bo pojawiły się u mnie poranne nudności. Moje pierwsze testy ciążowe musieli kupować mi znajomi - nie potrafiłam stanąć w aptece i poprosić o tak naprawdę najnormalniejszą w świecie rzecz, bo z mojej perspektywy każda aptekarka doskonale wiedziała jak do takiej sytuacji doszło i że było to wynikiem chorwackiego powietrza. Niestety moi znajomi szybko zrozumieli, że nie ma absolutnie żadnego sensu w kupowaniu kolejnych testów i pukali mnie w głowę, gdy tylko wspominałam o tym, że musimy jechać na Czechy zrobić aborcję. W końcu zebrałam się na odwagę i sama dokonywałam tych trudnych zakupów. Jeśli mam być szczera, trwałoby to pewnie całe 9 miesięcy, gdyby nie pewna leciwa już pani w aptece, która widząc mnie któryś z kolei raz z wypiekami na policzkach zapytała ściszonym głosem "to samo co zwykle?" i wyciągnęła spod lady baby-test.  Do dziś jestem jej za to wdzięczna, bo zapewne robiłabym te testy do skutku, czyli do momentu, aż w końcu trafiłabym na test wskazujący ciążę.












W ramach moich szafiarskich zapędów zapraszam was serdecznie na te stronę, z której mam powyższą bluzę, bo naprawdę jakościowo odróżnia się na tle większości sklepów, a mają tam naprawdę szeroki wybór ciuchów nawet dla takich chłopczyków jakimi jestem ja.














Nigdy nie interesowałam się światem internetu w takiej skali jak zaczęłam 2 lata temu, co było za sprawą mojego ostatniego związku. Kiedyś nie wiedziałam na jakiej zasadzie działa instagram, tumblr, a występujące w telewizjach śniadaniowych blogerki, opowiadające, że na pisaniu notek zarabiają po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, były dla mnie egzotyką na poziomie czytania publikacji Bronisława Malinowskiego z wizyt na wyspach zasiedlanych przez plemiona, wierzące w zwiększenie płodności u kobiet poprzez trzymanie im nad głową kurczaka (jakoś tak to było).

Jeszcze 5 lat temu byłam przeciętnym użytkownikiem Facebooka, miałam swoją farmę na farmville, a telefonu używałam głównie do tego do czego został stworzony (dzwonienie, chociaż gry zawsze były i będą konkurencją). Życie mijało, chodziłam do pracy oraz na studia, a tablicę na Facebooku tylko czasami i tylko niektóre osoby zalewały "tajemniczymi plikami" z portalu insta-cośtam i tumadjskkjwjdls (tumblr). Nie uważałam się jednak za gorszą, bo niby dlaczego miałabym? Większość moich znajomych przeglądała demotywatory, ci bardziej 'do przodu' kwejka, a wizyta na pudelku była czymś tak normalnym jak ta w toalecie nad ranem. Za dzieciaka miałam świadomość czym jest photoblog - ba, sama takiego miałam, ale z czasem skasowałam tam konto. Jakież było moje zaskoczenie gdy w wakacje 2012 roku dowiedziałam się, że ten portal nie dość że działa, to jeszcze jak prężnie i tworzy swego rodzaju społeczność, która jak każda inna, ma swoich królów/królowe i poddanych. W moim świecie królem bądź królową był Obama, Putin, Eminem, Rihanna, Beyonce lub Meryl Streep. Poddanymi - ci, którzy tymi królami nie są, a tylko obserwują poczynania swoich "władców". Okazało się, że w świecie internetu działa bardzo podobny schemat, jednak tutaj to nie wybitny muzyk, aktor bądź polityk są w centrum uwagi. Tutaj gwiazdą jest jakaś tam dziewczyna, z jakiejś tam Anglii, która ma czapkę jak 50000 innych osób na świecie. Okazało się, że potrafi mieć kilka tysięcy lajków bądź komentarzy pod zdjęciem z durną miną, okazało się, że może mieć swoją amię, która zasypie Cię falą hejtów w przypadku krytyki. Okazało się, że ten świat jest tak wielki, że starczy miejsca dla każdego i każdy może cieszyć się aprobatą u szerszej lub węższej publiki.

Musiało minąć kilka miesięcy dopóki nie nauczyłam się poruszać po tylko kilku portalach społecznościowych i by zrozumieć pewnie schematy i zachowania. Gdy byłam małą dziewczynką, taką chodzącą jeszcze do podstawówki, często w mojej głowie rozbrzmiewało pytanie "wolałabyś być najgłupsza z najmądrzejszych czy najmądrzejsza z najgłupszych?" i o ile w życiu bycie w gronie najmądrzejszych jest w cenie, o tyle w świecie internetu działa to w drugą stronę - to głupota i (nie bójmy się użyć tego słowa) debilizm jest w cenie.

Kiedyś gwiazdą internetu był Luntek, (nie wiem czy była to wina mojego pokolenia) ale raczej za swoje filmiki był gnębiony lub wyśmiewany. Mimo to ludzie oglądali go. Głównie dla rozrywki, bo takie jest chyba główne założenie internetu, ale zdarzały się fanki, które zapewne sikały w majtki, mijając go na ulicy. Teraz tych gwiazd jest jeszcze więcej, tak samo jak fanek sikających na ulicy, które są w stanie ze sobą pobić przez kłótnie o swojego internetowego idola. I nie zrozumcie mnie źle - nie ma w tym nic złego, ale sama postrzegam takowe zachowania jako swego rodzaju degrengoladę, bo niejednokrotnie kreacja gwiazd z internetu jest kreacją" na debila" lub po prostu tylko...kreacją.

I teraz pojawia się pytanie - czy ci ludzie tacy są, czy może ich działania są przemyślanym planem biznesowym i wiedzą co i jak ugryźć.
Przykładem genialnego wręcz podejścia do grona dzieciaków jest fejm nad fejmy Łukasz, który najpierw zdobył kilka tysięcy fanów na fb poprzez spamowanie swoim własnym FP, a potem skrytykowaniem najistotniejszych dla pewnej części internetu 'gwiazd'.  Efektem tego są setki tysięcy fanów, obserwatorów i zapewne dolarów na koncie.

Pływałam po tym internecie i pływałam i do tej pory jednak nie jestem w stanie zrozumieć kilku rzeczy.
Jedną z nich jest to, dlaczego dziewczyna, która nie umie śpiewać, ma tysiące fanek i fanów i nawet wydaje płytę? Jak to się stało, że dziesiątki lepiej śpiewających dziewczyn w czeluściach tego internetu są niezauważone, podczas kiedy ktoś, kto naprawdę nie jest orłem z tej dziedziny, może skakać do wody w telewizji i być nazywanym celebrytą? Bo co? Bo ma różowe włosy?
Swoją drogą temat włosów to bardzo interesująca sprawa, bo mamy przecież teraz do czynienia z vlogerką, której 90% komentarzy to "ale masz piękne włosy, skąd toner?". Tak poważnie, o co wam chodzi z tymi włosami, bo albo mamy populacje przyszłych fryzjerów, albo macie na bani.

Jak już jestem przy piosenkarzach to muszę zaznaczyć, że jako Polacy jesteśmy strasznie biedni jeśli chodzi o posiadanie czegoś "naszego". Wszystko musi być w pewien sposób skopiowane z zachodu, bo przecież Polska jest taka niefajna, za to Stany Zjednoczone są takie super, a skoro w USA na youtube wylansował się Justin Bieber, to my musieliśmy mieć naszego polskiego Justina. Pojawił się jeden ciepły chłopiec, który przez lata epatował swoją homoseksualną orientacją w internecie, jednak w momencie gdy popularność sprawiła, że pojawiła się jedna i druga płyta, uznał, że lepiej będzie społeczeństwu wmówić, że tego nie było, bo przecież PR na Justina musi działać i trzeba być gwiazdą 12-latek, które wyobrażają sobie, że kiedyś będzie ich mężem. No cóż dziewczyny, nie będzie. Swoją drogą, byłam kiedyś świadkiem jak jakiś znajomy (lub obecny chłopak - nie pamiętam) naszego Justina napisał mojej byłej sympatii, żeby przestała uświadamiać naród, że pan piosenkarz jest gejem, gdyż większość jego fanek wyobraża sobie go na białym koniu z różą w buzi. Ja rozumiem siedzenie w szafie i ukrywanie się, jednak świadome robienie dzieci w konia (niefortunne porównanie, biorąc pod uwagę jego RZEKOME upodobania) uważam za odrobinę niesmaczne, tym bardziej, że posiadając taką moc wśród młodych ludzi, naprawdę ten człowiek mógłby zrobić coś dobrego dla tego kraju i istotnie popchnąć go w stronę zachodu, nie tylko poprzez kopiowanie amerykańskich schematów marketingowych.

Kolejnym zjawiskiem jakiego absolutnie nie rozumiem jest uwielbianie kogoś za to co posiada bardziej, niż to za to kim jest. Popatrzmy chociażby na podobno najpopularniejszą Polkę na insta, która nie pokazała swojej twarzy. Wartości, które reprezentuje, można śmiało zamknąć w sparafrazowanym zdaniu dotyczącym psów ze schroniska, jakoby te były gorsze od tych rodowodowych tylko i wyłącznie dlatego, że są kundlami. No cóż, odważne zdanie i jeżeli faktycznie ta osoba posiada taką opinię to to tylko i wyłącznie jej sprawa, ale na każdym kroku zaznaczanie, że pieniądze i bogactwo to wartość sama w sobie, jest (przynajmniej dla mnie) groteskowe, biorąc pod uwagę, że jedyny hajs jaki ta panna ma, pochodzi od rodziców. Obiło mi się co prawda o uszy, że ostatnio rozsiewa po portalach społecznościowych linki do doładowań, które naturalnie są najbardziej prymitywnymi subskrypcjami SMS, za które trzeba płacić niemałe sumy, więc może faktycznie zaczyna zarabiać sama na siebie. Szkoda tylko, że w sposób dość kontrowersyjny, bo oszukiwanie dzieciaków na kilka złotych jest raczej prymitywne.

Najbardziej w internecie bolą nie 'idole' i ich poczynania, ale właśnie gromada tępo wpatrzonych w nich dzieciaków, które bezkrytycznie podchodzą do wszystkiego co robią. Myślę, że sekty mają bardzo podobny system wartości i schematy działania. Potwierdziło się to zresztą po moim rozstaniu z 'idolem' internetu i dosłownie w kilka dni (max tygodni) ewoluowałam z najukochańszej i najcudowniejszej Klaudii w "pojebaną idiotkę, debilkę bez inteligencji". A wszystko dlatego, że nie byłam już częścią image'u mojej byłej sympatii. No cóż - moda się zmienia, ale to właśnie ta głupota oraz hipokryzja boli najbardziej. Nie wstyd wam srać do kogoś dwa lata jaki to jest wspaniały i cudowny, a tylko przez to, że nie jest już częścią waszego idola, staje się dla was bezwartościowym śmieciem? Mówiono mi potem, że to dlatego, bo się zmieniłam - no cóż, każdy się zmienia i zapewniam, że w ciągu tych całych dwóch lat nie raz i nie dwa się ZMIENIŁAM, bo to mniej więcej po roku mojego egzystowania w internecie wpadłam w solidną depresję. Wtedy jednak ta zmiana nikomu nie przeszkadzała, a to tylko dlatego, bo nigdy nie obchodziło nikogo to, że czy ja przechodzę jakąś metamorfozę, czy nie. Chodziło tylko i wyłącznie o sytuację i moje relacje. Problem polega jednak na tym, że wszyscy doskonale wiedzą, jak śmieszne jest hasło "nie lubię cię, bo ona już cię nie lubi", więc zmianę sytuacji, nazywano zmianą mojej osoby. Smutne.

Niestety tak właśnie działa internet, a raczej ta internetowa sława - nikt nie gromadzi tak wielu kretynów w jednym miejscu, jak internetowy fejm, blogerka, lub youtuber. I pytanie tylko kto jest większym debilem - gwiazdka rozbijająca sobie jajko na głowie, tylko po to, by zdobyć kolejnych debili, czy stado bezmózgich dzieciaków, które to doceniają i zakochują się w tej osobie.

Ja posiadam gromadkę was i jestem z tego dumna, bo co odróżnia was od innych to to, że nie jesteście ślepo zapatrzeni we mnie i to co robię. Wielokrotnie pisaliście mi, że z czymś przesadziłam, że powinnam przestać, że to lub to nie było na miejscu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, by traktować kiedykolwiek kogokolwiek w taki sposób jak ja byłam przez długie miesiące traktowana i byście bezczynnie na to patrzyli i temu przyklaskiwali. Są zachowania godne i niegodne, ale nie wszystko da się przykryć pod hasłem "suka". Zdarza się, że kreacja suki przekracza granicę dobrego smaku i to właśnie od waszej reakcji wielokrotnie zależy jak dalej potoczy się ewentualna dyskusja. Cieszę się, że nie mam kretynek, które na moje zachowanie bez jakiejkolwiek klasy, zareagują wiwatem i fanfarami. Cieszę się z tego najbardziej, chociaż przyznaję - czasem się na was złościłam. Nikt z nas nie jest idealny i ja też wielokrotnie zachowywałam się tak, że na chwilę obecną się tego wstydzę. Na tym jednak polega życie, w którym przechodzimy różne etapy, a skoro ktoś mnie polubił za mój charakter, to moje ewentualne gorsze dni nie mają prawa tego zmienić. Byłam przez pewien czas osobą, do której (za sprawą mojej wcześniej wspomnianej byłej sympatii) bezmyślnie pisano KOCHAM CIĘ, POZDRÓW KOTKI, a jestem teraz ja - sama sobie i mam was nieporównywalnie mniej, ale zdecydowanie lepiej. Nie zawsze ilość jest lepsza niż jakość i chociaż w internecie liczy się właśnie ilość, a jakość dostrzegana jest dopiero wtedy gdy osiągnięto pewną liczbę. Na szczęście dla mnie jakość zawsze będzie ważniejsza niż ilość fanów na fb, bo wolę mieć 3000 czytelników na pewnym poziomie, niż 30 000 cyferek, które jedyne co mogłyby mi napisać to jak bardzo ładnie wyszłam na zdjęciu lub gdzie kupiłam buty. Podsumowując - jeżeli jesteś kimś, kto jedyne co jest w stanie wydusić to to, że jestem piękna, proszę - wyjdź. Zdanie można zdecydowanie bardziej rozbudować, a skoro pragnę na moim blogu prezentować pewien poziom, tego samego oczekuję od moich obserwatorów. Nie chcę być blogerką z zaślepionymi fankami, chcę prowadzić bloga i podejmować dyskusję z osobami, które poświęcają swój czas na niego i (mam nadzieję) nie żałują.



PS: oczywiście znajdują się w internecie naprawdę fantastyczne osobowości, które nie zarabiają na debilizmie, ale na swoich pasjach lub profesjonalnej wiedzy, ale o nich - innym razem.

Bluza Team Paris - Sheinside >gdy klikasz, umiera jeden debil<
Spodnie w palemki - Sheinside >gdy klikasz, umiera jeden debil<
Kurtka w kwiatki - Sheinside  >gdy klikasz, umiera jeden debil<






(wbrew powszechnej opinii nie dłubię tu w nosie, ale w sumie tak wygląda, więc dodaję to zdjęcie, by fani photoshopa mieli co robić - kocham wasze pracę i przeróbki, liczę na sporą kreatywność ;) )












Jeżeli podoba wam się to co robię - zapraszam was wszystkich na mojego snapa oraz instagrama



Nie ma co mówić - wyrwano mnie na intelekt i właśnie to zawsze doceniałam w moich późniejszych miłościach. Relacja z Tomaszem była dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Dzieliliśmy wspólnie pasje, mieliśmy o czym rozmawiać i na tamten czas wydawał mi się tym jedynym. Pewnego dnia przyszłam do domu i zakomunikowałam mojej mamie, że znalazłam męża. Cieszę się, że moja współtwórczyni nie zechciała zniechęcić mnie do większego zaangażowania i zaczęła jedynie dopytywać o to jak się nazywa i który to. No cóż - nie był w typie mojej mamy, ponieważ w pierwszej klasie podstawówki miał posturę 17-letniego chłopaka oraz królicze zęby. Ja wierzyłam jednak, że wyrośnie z tych małych niedoskonałości i będziemy najpiękniejszą z możliwych par stojących kiedykolwiek na ślubnym kobiercu. Wraz z Tomkiem uwielbialiśmy serial Power Rangers i na każdej przerwie bawiliśmy się w odgrywanie ostatnich odcinków. Ja naturalnie musiałam być różową wojowniczką - on zielonym tudzież białym wojownikiem (zależało od tego jaki kolor przybierał Tommy - swoją drogą najprzystojniejszy z aktorów, którzy grali w tym serialu). Nasza zabawa zazwyczaj polegała na gonieniu siebie nawzajem, chociaż mocno wierzyliśmy, że walczymy ze złymi siłami mocy reprezentowanymi przed wyimaginowaną przez nas Ritę. Gdy spoglądam z perspektywy czasu na nasze zabawy, muszę przyznać, że niestety już wtedy można było dostrzec rozwijające się we mnie popędy seksualne, ponieważ katowałam mojego chłopaka wizją tego, że "zły" porywa mnie do swojej jaskini oraz przypina kajdanami do kamieni. Biały wojownik musiał uratować swoją wojowniczkę, bo jeśli nie to....no właśnie - nie wiedziałam do końca co by mi się stało, ale skrępowanie moich kończyn było esencją tej zabawy.
Nasza miłość rosła, ale nadal trwaliśmy w nieformalnej relacji - szybko postanowiliśmy to jednak zmienić i skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji, jaką była zielona szkoła. Miało to miejsce w Kołobrzegu, gdzie pojechaliśmy całą klasą. Nasz związek był tak oficjalny, że świadkiem ślubu była nasza wychowawczyni i gratulowała nam wejścia na nową ścieżkę życia. Ceremonię odprawiała moja przyjaciółka, a zaraz po sakramentalnym TAK, daliśmy sobie buzi w policzek. Moje pierwsze małżeństwo nie trwało jednak długo - następnego dnia posprzeczaliśmy się podczas ustawiania dwójkami i zażądałam rozwodu. Formalnie nigdy do niego nie doszło, ale od tamtej chwili przestaliśmy biegać za sobą na przerwach, a o wspólnym rozmowach nie było już mowy. Nigdy (a chodziłam z nim do klasy jeszcze dobrych kilka lat).

Moją kolejną sympatią był Grzesiek, który poprosił mnie o chodzenie chyba tylko dlatego, że każdy fajniejszy chłopak miał wtedy dziewczynę, podobnie jak każda fajniejsza dziewczyna miała chłopaka. W naszej klasie temat rozchodził się między trzema chłopcami - Piotrkiem, Grześkiem i Krzyśkiem. Właściwie w każdym byłam w jakimś stopniu zakochana, no bo tak wypadało. Mój ukochany był skejtem i nigdy nie zapomnę naszej pierwszej poważnej randki do kina. Poszliśmy na film "Bezsenność", który w tamtym czasie uważałam za głupi i nudny. Teraz wiem jak bardzo się myliłam, jednak nie to było najistotniejszą rzeczą tamtego wieczoru. Siedziałam obok mojego chłopaka dobre pół godziny, kiedy wreszcie stało się to i poczułam motylki w brzuchu, a podniecenie wprawiło mnie w drżenie całego ciała. Zadał to pytanie dość nieśmiało, ale w końcu musiało do tego dojść
- Czy mogę Cię przytulić?
- Tak

I objął mnie swoim męskim ramieniem....

Nasz związek nie przetrwał jednak operacji "pustynna burza", jaką zaplanowali chłopcy z naszej klasy. Zmówili się by jednego dnia zerwać ze swoimi dziewczynami - nie wiem czy w tym czasie wracała moda na "gang chłopaków" i "gang bab", ale szybko dowiedziałyśmy się co nasi ukochani planują. Ja zawsze miałam w sobie coś z drama queen, więc postanowiłam kupić dużego lizaka w kształcie serca, potłuc go i rzucić nim w mojego chłopaka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że lizak kosztował ok 8 zł, a moje kieszonkowe nie przekraczały 60 zł miesięcznie, co tylko potwierdzało jak wiele dla mnie znaczył Grzesiek. No cóż - chłopaka skejta ma się naprawdę dość rzadko.










Pierścionki: C&A
Naszyjnik: Mango
Koszulka: H&M


Przedstawię wam pewną sytuację, ale aby to zrobić musicie zamknąć oczy i wyobrazić sobie (wtf, jak macie czytać to dalej z zamkniętymi oczami - nieważne...) krajobraz po wojnie. Po wojnie w mieszkaniu. Porozrzucane jedzenie, rozbite talerze, przypalony dywan, wszędzie porozrzucane śmieci - innymi słowy kataklizm. W rogu kuchni siedzi skulona, zapłakana dziewczyna, która ma potargane włosy, rozmazany makijaż, a pod nosem rzuca kur*ami. Co się stało - zapytacie. Pobił ją mąż? Zerwała z nią dziewczyna? Była mocna impreza i ma kaca? Nie. Ma Pe-e-Me-Sa, czyli najzwyklejsze w świecie napięcie przedmiesiączkowe.
Witamy w krainie kobiet, czyli w istocie na wojnie, ale hormonalnej. Witam ja, w moim świecie, świecie moich ostatnich dni, po których muszę powiedzieć, że cieszę się, że żyją wszyscy z moich znajomych, przyjaciół. Po których muszę powiedzieć, że cieszę się, że żyję ja i pani z kiosku na rogu. Dlaczego o tym piszę? Bo przeżywam jeden z gorszych pmsów mojego życia. Jak wygląda 24-letnia kobieta, która płacze nad jogurtem Activia? Śmiesznie. A jak wygląda 24-letnia kobieta, która płacze nad jogurtem Activia, bo smak śliwki nie okazał się nawet w małym stopniu zbliżony do truskawki, o której marzyła? To już nawet nie jest śmieszne. Po chwili smutku i rozgoryczenia przychodzi faza zdenerwowania. Nie byle jakiego - co to to nie. Absolutnie miałam powód do tego by wywołać trzecią wojnę światową w moim domu, bo przecież wzięcie (bez pytania!!!!) mojej popielniczki do zmywarki, celem wymycia jej, jest niedopuszczalne, karygodne i w z tego co wiem, takie zachowania w średniowieczu były karane zamknięciem w dybach. W przypadku bardziej surowych sędziów, obiekt, który porywał popielniczkę, lądował na stosie. Wracając jednak do 21-ego wieku - otóż to. Czas tolerancji, równości, miłości, wolności i 45-sekundowych reklam na Polsacie. W tym właśnie momencie świata (jak dumnie to brzmi) wojna wywołana brakiem popielniczki wydawać się może czymś przesadnym. Nie jednak dla kobiety w czasie PMS-u. Dla mnie moja reakcja była w pełni uzasadniona i nikt nie ma prawa zarzucać mi błędu w tej konkretnej sytuacji. Nasuwa mi się tu hasło, które jest tak popularne: "rób co czujesz" i no cóż - robię co czuję, a to, że w ciągu 15 minut przechodzi przeze mnie jakieś kilkanaście tysięcy uczuć nie ma najmniejszego znaczenia. TO CHYBA DOBRZE, ŻE POTRAFIĘ JE WSZYSTKIE UZEWNĘTRZNIĆ. ZWŁASZCZA W TAK KRÓTKIM CZASIE. W MOJEJ OPINII ZASŁUGUJE NA MEDAL NAJBARDZIEJ UZEWNĘTRZNIONEJ OSOBY NA ŚWIECIE I WSZYSCY POWINNI MI BIĆ BRAWO. Zwłaszcza, że po płaczu i ogromnej złości przychodzi czas na bycie najszczęśliwszą osobą na świecie. Mam już swoją popielniczkę, siadam na kanapie, przychodzi mój piękny kotek i układając się na moich nogach, mruczy. Miałam nawet wrażenie, że wymrukuje moją ulubioną piosenkę, ale nie dam sobie za to ręki uciąć. W pełni zrelaksowana dochodzę do wniosku, że niestety kończą mi się papierosy i wypadałoby wybrać się do sklepu. Mam ich co prawda jeszcze jakieś 10 sztuk, ale nauczona moją impulsywnością, postanawiam udać się do sklepu wcześniej, by uniknąć ewentualnej detonacji bomby w moim pokoju. Niestety nie wiem na pewno jakbym zareagowała na myśl, co by było gdyby w paczce został jeden papieros, stąd też ujawniła się moja zapobiegliwość i dar przewidywania. No cóż, kobieta przed okresem ma jednak resztki logicznego myślenia. Na moje nieszczęście po założeniu płaszczyka pojawił się kolejny problem: iść czy jechać samochodem. Zimno, wieje - jeszcze się przeziębię jak pójdę na nogach, ale z drugiej strony spacer (nawet krótki) jest zdrowy, poza tym warto się czasem przewietrzyć. Podczas podejmowania tej decyzji wypaliłam 4 papierosy, cała się spociłam, bo doszłam do wniosku, że przecież nie ma sensu ściągać płaszczyka tylko po to by zdecydować między jednym, a drugim. Każdy głupi to potrafi, a jeżeli nie - to może zawsze zaryzykować. Ja jednak w okresie przedmenstruacyjnym jestem nad wyraz zapobiegawcza i protekcyjna. Staram się unikać ryzykownych sytuacji, które mogą skutkować gniewem lub płaczem. Po co sobie psuć humor? Dlatego też jak najmniej ryzyka! W końcu udało mi się wybrać - padło na auto, bo między trzecim a czwartym papierosem, bardzo zachciało mi się ciasteczek milki, miodowej arizony, czarnego frugo, mlecznej kanapki monte oraz bułki pszennej z ziarnami, a wiadomo, że takie zakupy to już pewien ciężar, a nie będę dźwigać przecież takiej ilości rzeczy, zwłaszcza, że jako zapobiegliwa kobieta przed okresem, zdaję sobie sprawę, że w sklepie poza wcześniej wymienionymi produktami, jest całkiem spora szansa, że zachce mi się czegoś jeszcze. Na przykład puszki kukurydzy....tak, kupiłam puszkę kukurydzy, która stoi w spiżarni do teraz, bo ostatecznie okazało się, że aż tak bardzo jej nie chciałam. W sklepie obyło się bez niespodzianek - tak mogłabym powiedzieć trzeźwym okiem, bo przecie wyruszenie do sklepu w okolicach godziny 15, 16 zawsze wiąże się kolejkami. Ja jednak będąc kobietą specjalnej troski, w bardzo specjalnym czasie, nie wpadłam na to, więc moja frustracja i oczekiwanie na to, aż łaskawie pani mnie obsłuży, była zdecydowanie za duża. Na tyle duża, że postanowiłam iść do innej kasy, która jak na złość, okazała się być tą gorszą, bo - ale niespodzianka - skończyła się taśma drukująca paragony. W końcu udało mi się dokonać transakcji i szczęśliwa poszłam dumnym krokiem do swojego samochodu, by w nim usiąść i się rozpłakać niczym małe dziecko. 

Tak właśnie wyglądają moje ostatnie dni, dlatego też przepraszam was wszystkich, wy którzy jesteście obok, i wy, którzy jesteście dalej - wybaczcie mi to i zabrońcie mi kiedykolwiek zachodzić w ciążę, bo nie jestem sobie w stanie wyobrazić nonsensu mojego istnienia w stanie błogosławionym. Jednak mimo moich wielkich huśtawek nastroju, udało mi się zrobić coś całkiem produktywnego, bo poszłam z Paulą na spacer i porobiłam coś, co jak wielu z was pewnie wie - lubię robić. Tak, zrobiłam jej zdjęcia i pozwoliła mi kilka z nich tu wstawić. #toniejestblogszafiarski #lubiefotkiwiecjerobie #wiecbedejetupokazywac #naramamo














W sumie chyba wrócę powoli do robienia zdjęć i powiem wam w tajemnicy, że przedyskutowałam te kwestię już z Cicikiem i zgodził się mi zapozować do paru ujęć.

Dziś pojawiły się też plotki, że możliwe, że Rih i Kanye będą mieli tour po Europie i jest szansa na koncert we Wrocławiu. JARAM SIĘ JAK POCHODNIA. 


Chcę was też zaprosić do obserwowania mojego instagrama, bo przyznam niechętnie, że....uzależniłam się od niego i nie mogę bez niego istnieć. Być może jest to wynikiem pms-a, ale nawet śmieci wydają mi się interesującym materiałem na zdjęcie....
http://instagram.com/ininswetrust


Ostatnio rozmawialiśmy o pokazywaniu ubrań na tym blogu, oczywiście bardzo sporadycznym, bo jednak ja się do tego nie nadaję i zdecydowanie bardziej wolę stać po tej drugiej stronie aparatu, to za waszą radą napisałam do Sheinside. Poprosili mnie bym pokazała wam co może mi się stamtąd podobać. No cóż - wiecie, że ja mam dość bejsikowy gust i nie jest mi w z tym źle. 
Pamiętam jak spędzałam godziny, żeby znaleźć coś dla siebie, bo mnogość kolorów czy wzorów nie pasuje mojej kreacji, ale na szczęście jest z tym coraz lepiej. Myślę, że w takich ubraniach nadal mogłabym nosić miano super-dyke, albo przynajmniej prawilnej dresiary :)

Linki tutaj:


PS będzie mi miło jak sobie powchodzicie w te linki, a jeszcze milej jak uznacie, że mam całkiem fajny gust.