Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perypetie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perypetie. Pokaż wszystkie posty
Moje gimnazjalne bądź licealne podboje zazwyczaj kończyły się nową koleżanką, miast kolegą. Nie mogę powiedzieć, że narzekałam na brak powodzenia wśród płci przeciwnej! Miałam swoich adoratorów, ale no był to czas, w którym ewidentnie nie interesował mnie mężczyzna - absolutnie żaden.

Do tej pory zastanawiam się jak potoczyłoby się moje życie, gdybym w pierwszej klasie liceum zgodziła się na zaloty mojego dobrego kolegi z klasy - Filipa. Artysta, przystojny, grał na gitarze - prawdopodobnie dusza romantyka. Chadzaliśmy często na kawę po szkole, ale jeśli mam być szczera nigdy nie pomyślałam o nim w sposób inny niż przyjacielski. Myślałam, że ujawnienie mu mojej biseksualnej orientacji w zupełności wystarczy. Rozmowy o pośladkach kobiet mijanych na ulicy tym bardziej. Niestety okazało się, że moja asertywność po raz  kolejny przegrała i nie byłam w stanie zamknąć naszej relacji w friendzonie, tak by mój dobry kolega nie marnował czasu, a nasze dobre stosunki pozostały nienaruszone. Moja subtelność i kompletny brak wyczucia czasu znowu dał o sobie znać. Filip tuż przed sylwestrem, którego zresztą mieliśmy razem spędzić, zaprosił mnie na kawę do mojej ulubionej kawiarni. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. Myślałam, że Filipowi mogę powiedzieć wszystko jak najdroższemu przyjacielowi i mi doradzi, dlatego wspomniałam o tym, że poznałam niesamowitą dziewczynę i że kręci mnie bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zniechęciła mnie jego smutna mina - wydawało mi się, że się po prostu wczuł i przeżywał wraz ze mną spotkanie z tamtą panną. Był przecież artystą, a ci są bardzo empatyczni. Gdy zobaczyłam, że opuszcza głowę pomyślałam, że pewnie nudzi go mówienie o uczuciach, więc postanowiłam ożywić atmosferę opowiadając mu jak spędziłam czas z tamtą panną i do czego doszło. Spodziewałam się zainteresowania w oczach i wyciągania ze mnie najbardziej pikantnych szczegółów. Zamiast tego usłyszałam, że lubi mnie bardziej niż mi się wydawało. Nie będę jednak ukrywać, że mimo tak soczystego kosza i pewnego rodzaju upokorzenia, liczyłam, że Sylwestra spędzę głównie z nim. Myślałam nawet, żeby podejść do niego i go pocałować około godziny 00:00. Niestety uprzedziła mnie jakaś dziewczyna.

Potraktowałam to jako swoisty znak, że jednak powinnam skupić się na koleżankach, które ciągle przybywały i zaniechałam poszukiwań mojego potencjalnego męża. Nie zmieniło to jednak faktu, że kilkoro z nich przewinęło się jeszcze przez moje życie w sposób mniej lub bardziej wyraźny.

Zawsze traktowałam swój wianuszek z należytym szacunkiem w przypadku kontaktów z mężczyznami i wychodziłam z założenia, że ewentualny pan musi się o mnie dość mocno postarać. Nie dotyczyło to jednak Chorwata, który uwiódł mnie tanim chorwackim winem i zaproszeniem na romantycznego grilla na plaży nieopodal Splitu. Na swoją obronę mogę jedynie dodać fakt, że moja koleżanka również uległa jego koledze i nie byłam tą jedyną, której spodobał się śródziemnomorski urok. Obaj byli bardzo przystojni i dość dobrze zbudowani, chociaż ten mój miał raczej drobną budowę. Myślę, że nie przeżywałabym tej przygody tak długo (zwłaszcza, że dopiero po kilku tygodniach przypomniałam sobie jak mój chorwacki kolega ma na imię), ale wpadłam w stan błogosławiony - a raczej tak mi się wydawało. Już następnego dnia zastosowałam wszystkie antykoncepcyjne metody jakie znalazłam na forach typu kafeteria. Mimo mojej niemałej wiedzy w tym zakresie, potencjalna ciąża doprowadziła mój mózg do poziomu zbliżonego do fretki i popularne wypłukiwanie jakim raczyła się jedna z bohaterek "Galerianek" również zajęło honorowe miejsce wśród moich działań. Korzystając z dobrodziejstw XXI wieku, napisałam do wszystkich znanych mi koleżanek, które potencjalnie mogły kiedyś móc mieć taki problem. Każda z nich poradziła mi bym udała się do lekarza i poprosiła o tabletki 72h po. No cóż - pewnie w Polsce bym tak zrobiła, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie siebie mówiącej coś podobnego za granicą, zwłaszcza, że nie wiedziałam czy w Chorwacji w ogóle istnieje taka możliwość. Kolejne dni mojej wyprawy na południe okazały się totalną porażką, bo jedyne o czym myślałam to jak to zakończę moje trywialne 20-letnie życie i zacznę zmieniać pampersy. Zalewały mnie zimne poty, gdy myślałam o moich imprezach z moimi potencjalnymi dziewczynami i ich potencjalnych minach, gdy będę wspominać, że muszę wracać do mojego potencjalnego domu, w którym czeka na mnie moja potencjalna opiekunka oraz potencjalne dziecko. Postanowiłam zagłębić się również w temat aborcji i przedyskutowałam sprawę z najbliższą mi wówczas przyjaciółką, ale nadal ciężko było wyobrazić mi sobie sytuację, w której w istocie dochodzi do ewentualnego zabiegu. Innym stresorem byli moi rodzice, którym nigdy w życiu nie wiedziałabym co powiedzieć i - mamo, jeżeli to czytasz - wybacz, no ale sama mówiłaś, że dupa pijana dupa sprzedana, a ja uczę się tylko na błędach. Po moim powrocie do Polski postanowiłam od razu zrobić test ciążowy - wyszedł negatywny, podobnie zresztą jak jakieś 30 kolejnych, które cyklicznie wykonywałam co kilka dni przez najbliższe 3 miesiące. Za każdym razem myślałam, że test jest zepsuty, bo pojawiły się u mnie poranne nudności. Moje pierwsze testy ciążowe musieli kupować mi znajomi - nie potrafiłam stanąć w aptece i poprosić o tak naprawdę najnormalniejszą w świecie rzecz, bo z mojej perspektywy każda aptekarka doskonale wiedziała jak do takiej sytuacji doszło i że było to wynikiem chorwackiego powietrza. Niestety moi znajomi szybko zrozumieli, że nie ma absolutnie żadnego sensu w kupowaniu kolejnych testów i pukali mnie w głowę, gdy tylko wspominałam o tym, że musimy jechać na Czechy zrobić aborcję. W końcu zebrałam się na odwagę i sama dokonywałam tych trudnych zakupów. Jeśli mam być szczera, trwałoby to pewnie całe 9 miesięcy, gdyby nie pewna leciwa już pani w aptece, która widząc mnie któryś z kolei raz z wypiekami na policzkach zapytała ściszonym głosem "to samo co zwykle?" i wyciągnęła spod lady baby-test.  Do dziś jestem jej za to wdzięczna, bo zapewne robiłabym te testy do skutku, czyli do momentu, aż w końcu trafiłabym na test wskazujący ciążę.












W ramach moich szafiarskich zapędów zapraszam was serdecznie na te stronę, z której mam powyższą bluzę, bo naprawdę jakościowo odróżnia się na tle większości sklepów, a mają tam naprawdę szeroki wybór ciuchów nawet dla takich chłopczyków jakimi jestem ja.














Do napisania tej notki skłoniły mnie przemyślenia dotyczącego tego bloga, a raczej tego do czego on zmierza. Siedziałam i myślałam, myślałam i siedziałam i jedyną sensowną myślą było to, że no cóż - kiedyś historie z mojego dzieciństwa się skończą, a nie będę opowiadać o tym jak jadłam kisiel i się ubabrałam.



Gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, lat 5, może 7, bardzo lubowałam się we wszelkich atrybutach kobiecego outfit'u. Najbardziej kręciły mnie buty na obcasach mojej mamy - im wyższe tym lepsze, z kosmetyczki za to wybierałam najczęściej szminkę. Nie ma w tym nic dziwnego - większość małych dziewczynek chce się malować i zachowywać jak damy. Ewolucja w stronę damy jak widać mi nie wyszła i obecnie bardziej od szpilek i cieni do powiek, wolę luźne spodnie, a nic mnie tak nie cieszy jak soczyste beknięcie po twister box'ie z kfc. Nie zmienia to jednak faktu, że zdarzało mi się wielokrotnie przebierać za księżniczki czy aniołki, a każdy karnawał był najważniejszym wydarzeniem w moim roku kalendarzowym. Nigdy nie zapomnę mojego stroju aniołka i skrzydeł, którym mój ojciec poświęcił całe życie (tak mi się wydaję, że to był tata, chociaż znając moją mamę, ona też swoje dołożyła - o ile oczywiście nie była pojedynczym twórcą - tak czy siak, moi współtwórcy stworzyli lamborghini galardo w kategorii strojów karnawałowych).  Skrzydła były niewiele mniejsze ode mnie - przynajmniej tak to pamiętam. Zostały wycięte z tektury, na którą nałożono masę kleju i......setki tysięcy frędzelków z bibuły. Miałam pierzaste skrzydła, dokładnie takie jakie wyobrażałam sobie zasypiając i odmawiając pacierz "Aniele Boży stróżu mój". Mój główny atrybut bycia aniołkiem umocowany był na gumkach, które założyłam na ramiona jak zwykły plecak, by potem bawić się (w stylu "jakby jutra miało nie być") na przedszkolnym karnawale.
Mniej więcej w czasie moich pierwszych modowych zapędów, dokształcałam się w dziedzinie kosmetyków i ich funkcji. Jeśli mam być szczera to do dziś żałuję, że nie mam starszej siostry, która mogłaby mi pokazać co do czego służy. Myślę, że był czas, w którym obwiniałam moich rodziców o to, że wyrosłam na chłopczycę, bo być może gdybym obok starszego brata miała jeszcze siostrę, to więcej czasu przeznaczałabym na pielęgnowaniu swojej urody, niż na Fatality w Mortal Combat (umiałam grać tylko Sub-Zero). Stało się niestety tak, a nie inaczej i wszelkie typowo kobiece zachowania musiałam pielęgnować w sobie sama, czasami doglądając mojej zawsze ładnie ubranej i wymalowanej matki. Podglądałam ją podczas porannych makijaży i podziwiałam z jaką łatwością przychodzi jej pomalowanie ust szminką.
Podczas jednych ferii, bądź wakacji w Kościelisku, do którego jeździliśmy wielokrotnie z rodziną, wpadłam na pomysł, że to jest właśnie ten dzień, w którym ujawnię moje talenty z dziedziny wizażu i stylizacji. Weszłam do łazienki i sięgnęłam po kosmetyczkę mojej mamy, z której wyciągnęłam niemal każde możliwe narzędzie i zaczęłam działać. Szminka, róż do policzków, cienie do powiek - malowałam się z takim impetem, że absolutnie nie zwracałam uwagi na to, że cień do powiek ląduje na brwiach, a szminką DELIKATNIE wyjechałam poza usta, tak że moja broda zmieniła swój kolor na czerwony. Uznałam, że na pewno każdemu zdarzają się takie błędy i wszystko poprawię po skończonej pracy. Zmieniłam zdanie gdy spojrzałam w lustro i uznałam, że nic z tym niestety nie da się zrobić i przeżyłam pierwszy w moim życiu atak paniki. Bałam się, że mama będzie zła, że może się brzydko pomalowałam (jako dziecko nie miałam się za bardzo czym stresować, więc znajdowałam sobie absurdalne powody do płaczu) i zaczęłam zacierać ślady. Niestety pod zimną wodą szminka schodzi bardzo słabo, nie wspominając już o cieniach i różu do policzków. Wszystko się rozmazało, a ja wyglądałam jak klaun i płakałam jeszcze bardziej. Przypomniało mi się jednak, że mama zawsze zmywa makijaż jakimś specyfikiem do tego stworzonym, ale za cholerę nie wiedziałam jak to wygląda. Postanowiłam otworzyć wszystkie podejrzanie wyglądające fiolki, tak by po zapachu poznać, który to może być kosmetyk. W końcu rozpoznałam pewien zapach, lubiłam go, chociaż był ostry i dzisiaj raczej określa się go mianem smrodu, niż przyjemnej woni - tak czy inaczej, użyłam ZMYWACZA DO PAZNOKCI. Wylałam go na wacik, niczym profesjonalistka i zaczęłam zmywać sobie usta, policzki i oczy..... Oczy niestety schodziły najtrudniej więc kilka kropel poleciało bezpośrednio na powieki i zaczęłam trzeć. Makijaż nadal nie schodził, a oczy zaczęły mnie piec. Rozpłakałam się jeszcze bardziej, ale by ukryć ślady zbrodni wszystko schowałam na swoje miejsce. Szybko wybiegłam z łazienki i schowałam się w szafie, bo uważałam, że wyglądam tak tragicznie, że nikt mnie nie może zobaczyć - a zwłaszcza moja mama! W końcu opuściłam moją szafę, bo zorientowałam się, że przecież od powietrza makijaż mi się nie zmyje, poza tym odrobinę zgłodniałam. Moja mama zobaczyła mnie taką rozmazaną i zaryczaną, ale ku mojemu zdziwieniu schyliła się do mnie z uśmiechem i zapytała "malowałaś się kochanie?". Powiedziałam, że tak, ale że mi nie wyszło, ta jednak w ogóle się tym nie przejęła i dalej uśmiechała się od ucha do ucha. Zmieniło się to, gdy weszła do łazienki i poczuła ostry zapach zmywacza do paznokci. Zapytała mnie co z tym zrobiłam to powiedziałam zgodnie z prawdą, że zmywałam tym oczy.

I wtedy nastał armagedon.

Biegała to tu, to tam, że przecież mogę stracić wzrok. Zaangażowała się w to też moja ciocia Marysia, która wspólnie z moją mamą zaczęła przemywać mi oczy i robić okłady z ogórków. No cóż - chciałam być wizażystką, a skończyłam w domowym spa, słuchając jaką to głupotę popełniłam.



Jeśli mam być szczera - wiele w kwestii mojej wiedzy dotyczącej urody się nie zmieniło. Wiem do czego służy zmywacz do paznokci, wiem co to peeling albo balsam do ciała. Posiadam również podstawową wiedzę z zakresu najpotrzebniejszych zabiegów kosmetycznych, ale niestety nie jest ona na tyle podstawowa, bym była w stanie chociażby pomalować sobie paznokcie lub wyregulować brwi. No cóż - jestem kaleką i wyręczam się profesjonalistami, ale nadal pozostaje w tej bardzo podstawowej wersji kobiecości (zwał jak zwał). Nigdy nie byłam na żadnym zabiegu upiększającym, a paznokcie hybrydowe widoczne u mnie na przełomie grudnia i stycznia były dla mnie naprawdę poważną ekstrawagancją. Postanowiłam jednak, że spróbuję chociaż trochę zaznajomić się z byciem kobietą przez duże K i możecie się spodziewać wpisów z relacją oraz nagrań z realizacji moich działań. W najbliższych tygodniach i miesiącach możecie spodziewać się vloga, w którym próbuję sobie przykleić rzęsy, namalować kreski, lub chociażby video-relacja z depilacji woskiem (brazylijskie bikini boli, prawda?). Wspierać będę się licznymi grouponami, które nie będą mnie aż tak obciążać finansowo, jednak dadzą pogląd na to jak to jest być damą i odpowiedzą na pytanie - czy warto. Bardzo proszę was, abyście w komentarzach tu lub na fb wpisywali pomysły zabiegów jakie muszę przeprowadzić, spróbować, albo co chcielibyście zobaczyć na chłopczycy.

PS: wiem, że was poniesie fantazja, więc błagam - bez botoksów.








Niemal każda osoba przechodziła pewnego rodzaju transformacje. Wynikają one z burz hormonalnych, wpływ na nie ma też otoczenie w jakim przebywamy. W ostatnim wpisie przedstawiłam jeden z moich stanów światopoglądowych, których teraz w pewnym sensie się wstydzę, aczkolwiek zdecydowanie bardziej wolę się z tego obecnie śmiać.

W parze z dojrzewaniem idą najróżniejsze przemiany - nie tylko światopoglądowe, ale również fizyczne, nie takie jednak, które wynikają z np. nabierania kształtów, ale wpływ na nie ma środowisko bądź otoczenie w jakim się znajdujemy. Nasuwa mi się teraz pytanie, może trochę filozoficzne, ale czy wobec tego prawdziwi jesteśmy tylko w momencie, gdy jesteśmy zupełnie sami i nic, ani nikt nie odciska piętna na naszym życiu? Mnie to nie dotyczyło - ja od zawsze obracałam się wśród ludzi, powiedziałabym wręcz, że tłumów, a z początkiem mojego czasu nastoletniego, było to środowisko - delikatnie mówiąc - dresiarskie.
Teraz wyobraźcie sobie to połączenie - konserwatywne wychowanie, stadionowe poglądy i....wkoło pełno panienek obciągających za paczkę fajek. Tutaj warto wspomnieć, że paczka niebieskich LM'ów kosztowała wówczas niecałe 7 zł - nie ma co, szanowały się. Ja natomiast byłam mixem - dziewczynka z dobrego domu, dobrze ucząca się, ale mimo wszystko obracająca się w mało ciekawym środowisku. Oczywiście moja 'paczka' taka nie była, ale samo przebywanie w jednej szkole z tego typu osobami miało swój wpływ na moje poglądy względem tego jaka stylówa  jest najbardziej na topie. Warto też wspomnieć, że pierwsze tygodnie w moim gimnazjum w pełni obrazują to, w jakiej szkole wylądowałam. Mowa tutaj o incydencie próby otrucia (lub zabicia) nauczycielki matematyki. Naturalnie było to komentowane jako niewinny dowcip, ale jak wsypanie komukolwiek kreta do cukru, którym ma zamiar posłodzić sobie kawę, może być traktowane jako mało smaczny kawał? Owszem - mało smaczne to było, ale w mojej ocenie i wtedy i teraz, nie miało to wiele do czynienia z żartami. Od tego momentu poza uczniami,do szkoły zaczęli uczęszczać również najróżniejsi dziennikarze, w tym ci z  raczkującego dopiero programu UWAGA oraz policjanci.
Paradoksalnie, to moi rodzice uznali, że to właśnie to gimnazjum będzie dla mnie najodpowiedniejsze i przegrałam z nimi wojnę po teście szóstoklasisty. Po tym incydencie zaczęli zmieniać swoją opinię, a moja wiara w nich zaczęła narastać.
Po drugiej klasie postanowiliśmy wspólnie zmienić moje otoczenie - przeniosłam się do prywatnego gimnazjum w centrum miasta. W tym czasie miałam również chłopaka - dużo starszego, o którym - musicie wybaczyć - nie zamierzam nigdy opowiadać, bo jest to epizod dla mnie nieco dziwny i można go bez trudu źle zrozumieć, a nie chcę po dobrych 10 latach robić problemów - dziś - staremu facetowi.

To właśnie w wieku 14/15 lat byłam raczej mało oryginalna. Uwielbiałam obcisłe jasne spodnie, najlepiej z bawełny, jeans uważałam za zdecydowanie zbyt sztywny materiał, a lubiłam by każda moja krągłość zaznaczała się podczas przechadzek ulicami centrum. Wszelkie obcisłe kurteczki lub jasne, najlepiej białe koszulki zajmowały honorowe miejsce w mojej szafie. Co się tyczy butów - nie nosiłam szpilek ani koturn. Mimo mojego zmaniurzenia i ponętnego kołysania biodrami, obcasy wydawały mi się skrajnie niewygodne - do tego stopnia, że byłam przekonana, że modę na takie obuwie wymyślił sadysta, którego zostawiła żona i postanowił zemścić się na wszystkich kobietach świata. Innym moim wyobrażeniem była średniowieczna sala tortur, w której zakładano osobie torturowanej szpilki i kazano chodzić wkoło stołu przez kilkanaście godzin. Tak czy siak - moje stopy zdobiło nic innego jak halówki - najmodniejsze obuwie, które każda dziewczyna z blokowisk musiała mieć. Pomijam fakt, że nie wychowałam się w bloku, nawet nie na takim osiedlu, ale bez trudu można było założyć w tamtym czasie, że trzepak to moje ulubione miejsce schadzek.
Nigdy nie zapomnę tego okresu mojego życia - głównie dlatego, że chociaż moim piegom towarzyszyły pryszcze, to nigdy nie cierpiałam na większe zainteresowanie wśród płci przeciwnej. Do tej pory nie wiem, czy było to efektem mojej stylówy, czy może utlenionych na blond włosów do ramion. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wyglądałam wtedy na łatwą, gdyż moimi adoratorami byli zazwyczaj chłopcy w wieku 16-19 lat, najczęściej wygoleni na zapałkę, przywdziewający spodnie dresowe marki Londsdale. Lubiłam jednak zwracać na siebie uwagę - zwłaszcza, że  mieli się czym pochwalić, a świeżo wymyty Fiat 126p lub żółte Seicento nie raz i nie dwa za mną zatrąbiło.  Jednej z takich sytuacji zawdzięczam mojego pierwszego stalkera. Marcina poznałam podczas przechodzenia na pasach pod Wawelem, kiedy to postanowił za mną zatrąbić. Najpierw pomyślałam, że za wolno idę i zgasło już zielone światło dla pieszych - gdy jednak zobaczyłam, że zielony ludzik dalej się świeci - rzuciłam się na niego (kolokwialnie mówiąc) z mordą. Moje maniurzaste towarzystwo nauczyło mnie tego, by nie dawać sobie wchodzić na głowę i że najlepszym sposobem na osiągnięcie danego celu, jest się o niego wykłócić. Tak też było i wtedy, a na moje 'kurwy', 'kutasy', 'chuje' i puentujące całą wiązankę 'ty jebany cwelu, mam zielone', usłyszałam 'lubię takie. daj mi swój numer'.
I dałam.
(Alleluja, że nic więcej)
Marcin był bardziej niż zainteresowany moją osobą i dziennie otrzymywałam od niego kilkaset smsów i do tej pory żałuje, że na żywo był zdecydowanie mniej wygadany - chyba, że miałabym do treści wypowiedzi zaliczać wielokrotnie powtarzając się słowo 'kurwa'. Nie oceniałam tego jednak, ponieważ sama sporo w tych czasach klęłam (zresztą zostało mi to do dziś), ale perspektywa przedstawienia moim rodzicom 19-letniego chłopaka z drugiej klasy gimnazjum, wydawała mi się nieco ryzykowna.  Uznałam, że najwyższy czas zerwać kontakt, bo ewentualne dalsze spotykanie może pociągnąć za sobą niesubtelne propozycje lub oczekiwania, których nie chciałam za bardzo spełniać. Kolejnym, a może najważniejszym argumentem, by zakończyć rozpoczynającą się relacje, był fakt, że jak wcześniej wspomniałam, miałam wtedy chłopaka. Marcin należał do osób bardziej porywczych i odrzucenie zniósł ciężko, ale jak przystało na prawdziwego łobuza, całą agresję przelał na mojego ówczesnego partnera, chociaż w życiu go nie widział, ani nawet nie słyszał. Uznał, że skopie tamtemu lalusiowi dupę i koniec kropka. Do konfrontacji nie doszło, a ja zmieniłam numer, żeby wyeliminować kolejną falę niezręcznych wiadomości.

Późniejsze losy mojej garderoby były niemniej ciekawe, ale skrupulatnie zaczęłam odchodzić od obcisłych ubrań podkreślających moje rosnące wciąż piersi. Ku mojemu zdziwieniu, nie spodobało się to mojemu chłopakowi, a moje skłonności biseksualne zaczęły mu coraz bardziej przeszkadzać. W momencie ścięcia włosów na krótko i zafarbowaniu ich na czarno, mieliśmy już głęboki kryzys, a po założeniu spodni z niższym stanem, nasz związek się zakończył. Zmienił się także sposób podrywania mojej osoby - chłopcy już na mnie nie trąbili, za to uśmiechało się do mnie na ulicy całkiem sporo dziewczyn, a krótko ścięte panie w kawiarni niejednokrotnie zostawiały mi swój numer na serwetkach.





Każdy z nas dojrzewa inaczej - jeden chłopiec nabierze wagi i będzie mieć głos jak smerf, inny straci wagę, ale zyska głos dojrzały i głęboki, który będzie muzyką dla uszu. Jednak najważniejszym aspektem dojrzewania są zmiany psychiczne jakie zachodzą w naszym organizmie. Pierwsze ciągotki homo, tudzież biseksualne większość osób ma zazwyczaj w wieku lat nastu, a cały świat tłumaczy im, iż jest to najnormalniejsza na świecie walka hormonów. Jak byłam mała, wyobrażałam sobie w tym czasie moje hormony jako poubierane w średniowieczne, bojowe stroje kobiety ze złotymi warkoczami, walczące z wikingami. Wszystko odbywało się na tle mojego mózgu lub czerwonej poświaty, która zapewne symbolizowała moje ciało. Wizje takie zawdzięczam setkom godzin spędzonych nad "było sobie życie", jednak starzec z brodą nigdy w mych wyobrażeniach się nie ujawnił - zdecydowanie wolałam silna panie dzierżące oburęczne miecze. Złotowłose hormony odpowiadały moim nie do końca heteroseksualnym popędom, te drugie zaś śmiało mogły mieć znak fallusa na swych tarczach. Walka ta rozgrywała się we mnie dość szybko i muszę przyznać, że pierwsze bitwy wygrywali wikingowie. Ich armia miała dodatkowe atuty, otóż ich światopogląd odpowiadał temu, jaki był jedynym słusznym w moim rodzinie, a pasja chodzenia na mecze i obcowania wśród przepełnionych testosteronem mężczyzn nieakceptujących absolutnie żadnych dewiacji poza "Moja jedyna miłość to Wisełka" sprawiała, że napompowane cycki kobiet-hormonów odnosiły dotkliwe porażki.

I tak właśnie mijało życie. Zdążyłam nawet zapomnieć o jakichkolwiek rozterkach tej natury, udało mi się mieć chłopaka, zauroczyć w kolejnym, a dziewczyny były moimi koleżankami.
Przypomina mi się nawet to, że należałam do paczki dziewczyn - nie wiem czy byłyśmy typowymi 'mean girls', ale na pewno za takie się uważałyśmy i byłyśmy (w naszej opinii) najfajniejszymi dziewczynami w szkole. Moje koleżanki, a właściwie przyjaciółki (jak na tamten czas się wzajemnie nazywałyśmy) miały najprzystojniejszych chłopaków ze szkoły, najfajniejszych lub tych najniegrzeczniejszych - chyba moda na kochanie bad boya nigdy nie zniknie. Też miałam takie fantazje, aczkolwiek dużo lepiej rozmawiało mi się z chłopakami jak z kolegami. Nie  zmienia to jednak faktu, że moje otoczenie dążyło do pewnych trendów, chciało zaspokajać swoje potrzeby wynikające z norm ogólnie przyjętych. Podejrzewam, że gdyby nie jedno popołudnie moje życie mogłoby się zupełnie inaczej potoczyć. Oczywiście mówię to teraz pół żartem pół serio - jeżeli zakodowane w genach mam takie, a nie inne tendencje to prędzej czy później objawiłyby się przez to lub tamto i nie miałabym na to absolutnie żadnego wpływu. Wracając jednak do meritum - chodziło o teledysk Tatu - Ya soshla s uma i to jak pięknie ta czarnowłosa dziewczyna wyglądała w deszczu, całując drugą kobietę.  Pewnie wielokrotnie widzieliście słabe komedie, w których w takiej sytuacji bohater siedział z nieprzyzwoicie otwartą buzią, wchodził w słup na ulicy lub (to w przypadku looney tunes) spadało na niego kowadło, otwierał oczy w kopalni pełnej dynamitu, dobiegł za krawędź przepaści i spadał lub wbiegał do tunelu, z którego właśnie wyjeżdżał pociąg. Opis tego uczucia jest może nazbyt rozległy, ale z przykrością muszę przyznać, że tylko tam mogę wam oddać to kim, a raczej czym byłam w chwili ujrzenia całujących się lesbijek w deszczu. Tak, byłam kojotem, ewentualnie koteckiem.

 Odniosłam wrażenie, że do mojej głowy wbił się dość sporej wielkości szpikulec do lodu*, bo od tego momentu zaczęłam dostrzegać coraz bardziej ewidentne sygnały, że moje lubowanie się w piłce nożnej, przekleństwach, czy (jak mi się zdawało) niewinne podglądanie koleżanek w szatni miało większe znaczenie, niż przypuszczałam. Postanowiłam jednak wyprzeć to wszystko i pozostać wierna normom, które do tej pory mnie kształtowały.

Być może zabrzmi to komicznie, ale to właśnie w tym momencie zaczęłam jeszcze mocniej zagłębiać się w środowisko kibicowskie, które przejawiało skrajnie nacjonalistyczne poglądy. Brałam czynny udział w dyskusjach na wielu forach internetowych, a najbardziej interesującymi dla mnie tematami były te, które dotyczyły mniejszości seksualnych. Widząc taki temat, natychmiast zaczynałam brać w nim dyskusje. Dumnie broniłam swoich narodowych poglądów, a moi koledzy faszyści doprowadzali mnie do szalu swoim brakiem konsekwencji w momencie, gdy mówili, że lesby nie są takie złe, ale pedały do gazu. Byłam oburzona za każdym razem, gdy dochodziły mnie takie opinie - według mnie to właśnie PEDAŁY nie były takie straszne, podczas gdy lesby należy związać na stosie, podlać benzyną i podpalić.

Widziałam zagrożenie we wrogu, jakim było środowisko homoseksualne. Uważałam członków tego "stowarzyszenia" za ludzi cwanych, przebiegłych. Byłam pewna, że są nawet gorsi od Żydów i nie dość, że sprawują wysokie stanowiska i dysponują ogromną ilością pieniędzy, to jeszcze planują obalić tradycje i kulturę narodu polskiego. W moim mini-nazistowskim notesie hasło "lesba" było na miejscu pierwszym. Zaraz pod nim "żydzi", potem "pedofil" oraz "pedał". Postanowiłam poznać owe środowisko od środka, przynajmniej odrobinę. Widziałam siebie w roli szpiega aliantów**, który przedostaje się do bazy wroga, jakim było forum kobiety-kobietom.com. Zarejestrowałam się tam i od czasu do czasu wchodziłam na czat, by dowiedzieć się czego można się spodziewać w przypadku spotkania takiego dewianta. Zdarzało mi się również przeglądać lesbijską kamasutrę - naturalnie robiłam to tylko, by być świadomą jakich okropieństw dopuszczają się lesbijki. Po takiej lekturze zdarzało się, że śniły mi się zapamiętane pozycje - wmawiałam sobie, że to szatan kusi mnie i męczy moją heteroseksualną, nieskalaną grzechem głowę, a efekt porannego podniecenia był uwarunkowany czysto-fizjologicznie i absolutnie nie wynikał z pożądania.

Moje prawicowe poglądy rosły w siłę, wachlarz moich argumentów również, ale nadal w głowie rozbrzmiewała mi piosenka Tatu. Postanowiłam iść krok dalej - nie było to trudne, ponieważ w mediach było właśnie głośno o planowanym marszu równości, który miał odbyć się w Krakowie. Teraz nie pamiętam czy był to pierwszy taki marsz w Polsce w ogóle, czy pierwszy w Krakowie.Bardziej aktywna na forach internetowych nigdy nie byłam. Wypieki na policzkach, pot na skroniach i gniew przez lobby homoseksualne opanowujące telewizje, bilbordy w mieście i radio. Na niemal każdym rogu spotkać można było plakat zapraszający do wzięcia udziału w paradzie dewiantów - na szczęście moi prawicowi bracia odpowiadali tym samym, a plakaty obrońców rodziny były dużo lepiej rzucające się w oczy. Byłam dzieciakiem, ale postanowiłam, że wezmę udział w tym event'cie i dumnie będę bronić rodzinnych wartości. Byłam na tyle zdeterminowana, że postanowiłam nawet podnieść kilka kamyczków, by rzucić nimi w tęczowy tłum. Tak też się stało, jednak cytując KAENA (a raczej wdowę) "karma jest zołzą" i ja dostałam jajkiem - swoją drogą od innego nacjonalisty. No cóż - wiedział, że owszem - jestem ukrytym agentem, szpiegiem aliantów, jednak nie na forum kobiety-kobietom.com, ale właśnie w gronie nacjonalistów.



Wiem, że obiecałam również przepis na kakaowe tiramisu oraz lazanie, ale musicie na to jeszcze poczekać! Obiecuję, że we wtorek ukaże się czysto kulinarna notka, w której znajdziecie te przepisy oraz moje przemyślenia oraz wnioski po miesiącu bez mięsa. ;)

*inspiracja Criminal Minds - odcinkiem o mordercy, który lubił wbijać szpikulec do lodu w kobiety
**tutaj ewidentna inspiracja grą Commandos




Płaszczyk - Romwe >Kliknij, nakarm szafę insika<
Kurtka - Sheinside >Kliknij, nakarm szafę insika<












Nie ma co mówić - wyrwano mnie na intelekt i właśnie to zawsze doceniałam w moich późniejszych miłościach. Relacja z Tomaszem była dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Dzieliliśmy wspólnie pasje, mieliśmy o czym rozmawiać i na tamten czas wydawał mi się tym jedynym. Pewnego dnia przyszłam do domu i zakomunikowałam mojej mamie, że znalazłam męża. Cieszę się, że moja współtwórczyni nie zechciała zniechęcić mnie do większego zaangażowania i zaczęła jedynie dopytywać o to jak się nazywa i który to. No cóż - nie był w typie mojej mamy, ponieważ w pierwszej klasie podstawówki miał posturę 17-letniego chłopaka oraz królicze zęby. Ja wierzyłam jednak, że wyrośnie z tych małych niedoskonałości i będziemy najpiękniejszą z możliwych par stojących kiedykolwiek na ślubnym kobiercu. Wraz z Tomkiem uwielbialiśmy serial Power Rangers i na każdej przerwie bawiliśmy się w odgrywanie ostatnich odcinków. Ja naturalnie musiałam być różową wojowniczką - on zielonym tudzież białym wojownikiem (zależało od tego jaki kolor przybierał Tommy - swoją drogą najprzystojniejszy z aktorów, którzy grali w tym serialu). Nasza zabawa zazwyczaj polegała na gonieniu siebie nawzajem, chociaż mocno wierzyliśmy, że walczymy ze złymi siłami mocy reprezentowanymi przed wyimaginowaną przez nas Ritę. Gdy spoglądam z perspektywy czasu na nasze zabawy, muszę przyznać, że niestety już wtedy można było dostrzec rozwijające się we mnie popędy seksualne, ponieważ katowałam mojego chłopaka wizją tego, że "zły" porywa mnie do swojej jaskini oraz przypina kajdanami do kamieni. Biały wojownik musiał uratować swoją wojowniczkę, bo jeśli nie to....no właśnie - nie wiedziałam do końca co by mi się stało, ale skrępowanie moich kończyn było esencją tej zabawy.
Nasza miłość rosła, ale nadal trwaliśmy w nieformalnej relacji - szybko postanowiliśmy to jednak zmienić i skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji, jaką była zielona szkoła. Miało to miejsce w Kołobrzegu, gdzie pojechaliśmy całą klasą. Nasz związek był tak oficjalny, że świadkiem ślubu była nasza wychowawczyni i gratulowała nam wejścia na nową ścieżkę życia. Ceremonię odprawiała moja przyjaciółka, a zaraz po sakramentalnym TAK, daliśmy sobie buzi w policzek. Moje pierwsze małżeństwo nie trwało jednak długo - następnego dnia posprzeczaliśmy się podczas ustawiania dwójkami i zażądałam rozwodu. Formalnie nigdy do niego nie doszło, ale od tamtej chwili przestaliśmy biegać za sobą na przerwach, a o wspólnym rozmowach nie było już mowy. Nigdy (a chodziłam z nim do klasy jeszcze dobrych kilka lat).

Moją kolejną sympatią był Grzesiek, który poprosił mnie o chodzenie chyba tylko dlatego, że każdy fajniejszy chłopak miał wtedy dziewczynę, podobnie jak każda fajniejsza dziewczyna miała chłopaka. W naszej klasie temat rozchodził się między trzema chłopcami - Piotrkiem, Grześkiem i Krzyśkiem. Właściwie w każdym byłam w jakimś stopniu zakochana, no bo tak wypadało. Mój ukochany był skejtem i nigdy nie zapomnę naszej pierwszej poważnej randki do kina. Poszliśmy na film "Bezsenność", który w tamtym czasie uważałam za głupi i nudny. Teraz wiem jak bardzo się myliłam, jednak nie to było najistotniejszą rzeczą tamtego wieczoru. Siedziałam obok mojego chłopaka dobre pół godziny, kiedy wreszcie stało się to i poczułam motylki w brzuchu, a podniecenie wprawiło mnie w drżenie całego ciała. Zadał to pytanie dość nieśmiało, ale w końcu musiało do tego dojść
- Czy mogę Cię przytulić?
- Tak

I objął mnie swoim męskim ramieniem....

Nasz związek nie przetrwał jednak operacji "pustynna burza", jaką zaplanowali chłopcy z naszej klasy. Zmówili się by jednego dnia zerwać ze swoimi dziewczynami - nie wiem czy w tym czasie wracała moda na "gang chłopaków" i "gang bab", ale szybko dowiedziałyśmy się co nasi ukochani planują. Ja zawsze miałam w sobie coś z drama queen, więc postanowiłam kupić dużego lizaka w kształcie serca, potłuc go i rzucić nim w mojego chłopaka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że lizak kosztował ok 8 zł, a moje kieszonkowe nie przekraczały 60 zł miesięcznie, co tylko potwierdzało jak wiele dla mnie znaczył Grzesiek. No cóż - chłopaka skejta ma się naprawdę dość rzadko.










Pierścionki: C&A
Naszyjnik: Mango
Koszulka: H&M


Do napisania tej notki skłonił mnie kolejny mail, który dostałam od jednego z was - moich czytelników bądź obserwatorów. Chcę na wstępie zaznaczyć, że w takich wiadomościach nie ma absolutnie nic złego, nie zmienia to jednak faktu, że dostając coś takiego, chwytam się za głowę.
Nie odpisałam na żadną wiadomość, w których prosiliście mnie o pomoc z tym konkretnym problemem (jaki to problem - zaraz się dowiecie), ponieważ w istocie, takich pytań dostaję najwięcej i uznałam, że może upubliczniona notka wyczerpie temat. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to odpowiedź, która zadowoli każdego, wszak nasze sprawy osobiste są zawsze najważniejsze, a każdy najmniejszy szczegół jest najbardziej istotny, niemniej jednak postaram się by treść była na tyle uniwersalna, że pomoże chociaż w małym stopniu, każdemu.

O co chodzi?

O złamane serce i rozstania.


/czas na fanfary/

Nie będę cytować żadnego z tych maili, bo nie chcę, by ktokolwiek poczuł się urażony lub wyśmiany, dlatego postaram się sparafrazować je wszystkie na raz, tak by zawrzeć sedno.

"Klaudia co robić, ona mnie zostawiła, mam złamane serce, a wiem, że bez niej nie dam rady, bo nie wyobrażam sobie życia bez niej."

No cóż - nie ma co owijać w bawełnę - temat ten jest bardzo ciężki i każdy z nas zmagał się (lub dopiero będzie zmagał) z tym uczuciem. Bolące serduszko i chęć śmierci, jaką odczuwamy w momencie, gdy rozpada nam się życie jest nie do opisania i wydaje nam się nie do przejścia. Też tam byłam, też to czułam - co więcej, czułam to trzy razy. I powiem od razu - do nikogo maili nie pisałam, ani nie pytałam o radę jak sobie z tym poradzić. Nie robiłam tego, ponieważ nie ma leku na złamane serce i każdy z nas (każdy!!!) musi to przeżyć na swój sposób, w swoim czasie. Innym zabiera to lata, innym tygodnie, a jeszcze innym zaledwie kilka dni. Na szczęście w końcu ten ból ustępuje i zostaje śmiech, sentyment lub żal. Tak czy siak - można żyć dalej.

Ja patrząc na siebie, przeżywającą moje ostatnie rozstanie, mam ochotę strzelić TEJ osobie w łeb. Mówiąc TEJ, mam na myśli siebie, bo nie akceptuje i nie poznaje tego człowieka, jakim byłam w tym traumatycznym momencie. Uważam, że bardziej żałosną osobą być się nie dało, bardziej monotematyczną i słabą. Ja nie pisałam maili do osób z internetu - ja rozmawiałam ze znajomymi i przyjaciółmi. Szukałam ukojenia i uspokojenia, ale żadne hasła za wyjątkiem "na pewno wróci", nie poprawiały mi humoru. I to jest właśnie powód, dla którego nie odpisałam na jednego maila z cyklu 'mam złamane serce'. Doskonale wiem, że jedyną satysfakcjonującą odpowiedzią, byłoby zapewnienie, że na pewno ze sobą będziecie, że na pewno się zejdziecie, pogodzicie i będziecie kochać do końca świata i jeden dzień dłużej, ale prawda jest taka - że może się też tak nie stać, a ja absolutnie nie chcę ponosić winy za błędną diagnozę. A raczej na pewno byłaby błędna, bo niestety każdy z nas opowiadając historię związku lub rozstania, przedstawia swoją subiektywną ocenę lub przedstawia fakty w taki sposób, nawet gdy myśli, że zachowuje największy możliwy obiektywizm.

Pierwszy raz złamane serce miałam w 2009 roku. Zostawiła mnie wtedy moja ukochana pierwsza dziewczyna Justyna. Mój ból był tak głęboki, że moje liczne zdrady sprzed rozstania straciły w moich oczach na znaczeniu. "Przecież już dostałam za swoje skarbie najukochańszy, przecież płaczę i skręcam się z bólu" - mówiłam. To były dla mnie traumatyczne chwile - zaczęłam palić i pić codziennie, zdarzały się nawet tygodnie, w których nie jadłam.  Po fazie zaskoczenia i próbach zaakceptowania zaistniałej sytuacji, przyszła kolej na gniew, który okazywałam poprzez stalking. Wysyłałam Justynie kwiaty, a pod drzwiami zostawiałam ckliwe listy. W tym właśnie okresie Justyna weszła w nowy związek - ja postanowiłam sterczeć pod jej balkonem i pić piwo - no cóż, nikt nie mówił, że rozstanie ze mną będzie łatwe, ale no jestem osobą, która nie znosi najlepiej odrzucenia. Kolejną fazą było wyśmiewanie nowej wybranki Justyny - nie było to jednak trudne, ponieważ nie należała do najbardziej urodziwszych kobiet, zwłaszcza z tego powodu, że wcześniej uważałam ją za dobrą koleżankę lub przyjaciółkę. W takich okolicznościach nawet Angelina Jolie zamienia się w potwora z Loch Ness. Robienie różnorakich przeróbek zdjęć, lub prezentacji w power point'cie z 'nową kobietą Justyny' w roli głównej, było moim ulubionym zajęciem, a plakat z uciętą głową owej pani jeszcze długo wisiał u mnie w pokoju. Rodzicom mówiłam, że to stara znajoma, z którą się pokłóciłam i tak odreagowuje - zaakceptowali to bo nie mieli wyjścia, zwłaszcza, że lubowałam się w photoshopie i przeróbka była na tyle udana, że przez trzy tygodnie nie zauważyli, że doklejona na włócznie Mela Gibsona, głowa, raczej nie pochodzi z filmu Braveheart. Nawet po moim cudownym zejściu się z Justyną, długo nie potrafiłam się jej przyznać do rozmiarów mojej nienawiści względem jej byłej sympatii - znała za to pseudonim, jaki nadałam jej 'chwilowej' kobiecie. Nie była wielką fanką Gwiezdnych Wojen, dlatego nie skojarzyła od razu o kogo chodziło - dopiero po zaprezentowaniu jej Jabby, wiedziała o kim mówię. Jakie było moje oburzenie, gdy nie odnajdywała w postaci ze Star Warsów swojej (na szczęście już) byłej.

Kolejny raz ze złamanym sercem był nieco inny - poprzedzony był wielkimi dramatami i licznymi zdradami (tym razem nie z mojej strony). Nie miało to jednak wpływu na moją gorycz, która doprowadziła mnie do wieszania się na drzwiach, wieszakach i próbie rozbicia się autem o drzewo. Nic jednak z tych rzeczy się nie stało, bo jak się okazało - po pijaku jeżdżę lepiej niż na trzeźwo, a moja ukochana przyjaciółka Patrycja przychodziła w każdym najgorszym momencie, by uratować mnie od osierocenia kotów. Nie zliczę jednak łez, które wylałam z tęsknoty za największą (jak się potem okazało) porażką mojego życia. Byłam do tego stopnia roztrzęsiona, że niemal od razu wplątałam się w kilka relacji, które miały być substytutem wielkiej miłości, która ode mnie odeszła. No bo właśnie - w przypadku Justyny uznałam, że broń boże nie będę leczyć złamanego serduszka nowymi dziewczynami lub chłopcami. W tym natomiast przypadku, było to najlepszym wyjściem. Z takiej właśnie gromadki dziewczyn-substytutów wyselekcjonował się ktoś szczególny, bo moja kolejna kobieta, która złamała mi serce. Na szczęście bolało najmniej, chociaż pierwsze dwa miesiące były naprawdę ciężkie. Na to wpływ miała jednak sytuacja, w jakiej zostałam postawiona, czyli powrót na stare śmieci i próba pojednania z rodzicami, po niemal rocznym braku kontaktu. Wspominam jednak o tym tylko dlatego, że im dalej w las - tym łatwiej, bo już umiemy sobie radzić z rozstaniami. Oczywiście nikomu z was tego nie życzę, bo to jedno z gorszych rozczarowań, jakie ktokolwiek może odczuwać, ale uwierzcie - każde następne rozstanie boli mniej - niezależnie od tego jak wielkie uczucie nie było. Nie ma wobec tego co bać się wchodzenia w kolejne relacje, bo następnym razem i tak będzie bolało mniej - o ile oczywiście ta następna osobą nie jest tą ostatnią ;)


PS: wiem, że notka nieco inna od tych wcześniejszych, ale uznałam, że warto zachować chociaż odrobinę powagi w tym temacie, zwłaszcza, że pewnie część z was ma obecnie złamane serce lub przechodzi kryzys w związku. Innymi słowy - nie martwcie się, a to co czujecie teraz postarajcie się zapamiętać, zwłaszcza rzeczy, które poprawiają wam nastrój, bo może wykorzystacie je kiedy znów coś (tfu tfu) nie wyjdzie. Na porażkach też można budować, zwłaszcza swój charakter.


Poniżej macie małą dawkę zdjęć z moją nową fryzurą - pewnie większość z was wie, ale postanowiłam skrócić moje włosy i zdecydowanie nie żałuję. ;)







kurtka: >KLIK<










Moje życie jest dziwne pod wieloma względami - i nie chodzi tu tylko o gubienie majtek w czasach wczesnego dzieciństwa. W życiorysie mam naprawdę niemal wszystko i tylko dzięki odpowiedniemu dystansowi, umiem się z wielu rzeczy śmiać, bo niektóre były bardziej, a niektóre mniej śmieszne. Te mniej śmieszne są zazwyczaj bolesnymi wspomnieniami, które dopiero po pewnym czasie zaczynają bawić - a najbardziej bawi nas w nich nasza własna, niepowtarzalna głupota. Jeszcze inne, to wspomnienia, które bawią nas głównie dlatego, bo zdarzyły się dawno temu i ślad, jaki po nich pozostał, jest niemal znikomy. Tak, czy siak - warto pamiętać o wszystkim i jedyne czego trzeba to nauczyć obracać wszystko w żart, bo takie właśnie jest życie. Życie to żart, podobnie jak moja kariera sportowca.

Jak już dobrze wiecie, mam starszego brata, a domeną starszych braci jest to, że poza siadaniem na twarzy swoich młodszych sióstr i puszczaniem bąków prosto do ich nosa, czy wkładaniem im do buzi swoich śmierdzących, męskich skarpetek, bardzo często lubią jakiś sport. Mój braciszek kochał i nadal kocha piłkę nożną, czym mnie musiał zarazić. Nie będę ukrywać - na początku mu się to nie podobało, bo 7-latka, która chce grać w piłkę z nim i jego 20-letnimi kolegami to dość słabe połączenie, ale w końcu się przyzwyczaił. No cóż, byłam przekonywująca. Zdarzały się jednak dni, w których wymykał się po kryjomu, albo mówił, że idzie do swojego przyjaciela pogadać i musiałam sama zrealizować moje piłkarskie aspiracje. Zaczęło się niewinnie - tak niewinnie, że absolutnie nikt się nie niepokoił o stan moich nóg, psychiki lub okien w domu. Brałam piłkę i wychodziłam przed dom, by pokopać o bramę wjazdową lub garażową. Szczerze mówiąc wolałam te wjazdową, bo była wykonana z jakiegoś metalu i każdemu strzałowi w bramkę, towarzyszył dźwięk, który kojarzyłam z ekspresywnym wybuchem radości kibiców, świętujących gola swojej ukochanej drużyny. Z czasem jednak dorastałam i nabierałam siły. Niewinne szturchanie piłką o bramę, zamieniało się w potężne strzały, które niejednokrotnie sprawiały, że brama wypadała z zawiasów. Do tej pory mam w głowie krzyki mojej babci, która wychodziła na balkon i groziła mi palcem. "Przestań tak walić w te bramę!" słyszałam częściej niż kultowe "wnusiu zjedz jeszcze troszeczkę" lub "nie jesteś głodna?". Byłam jednak bardzo pojętną dziewczynką i szybko doszłam do wniosku, że być może faktycznie dźwięk obijanej bramy jest zbyt głośny i należy częściej kopać w bramę garażową. Niestety tak niefortunnie kopałam te piłkę, że bardzo często odbijała się tak, by lądować na kwiatkach, które rosły tuż obok mojego boiska. Wtedy też polecenie, bym przestała "walić w bramę", uległo pewnej metamorfozie. Zostało skrócone, przez co brzmiało zdecydowanie groźniej: "kwiatki!". Gdy słyszałam hasło "kwiatki", oblewały mnie zimne poty, a żyłka na mojej szyi stawała się nad wyraz widoczna. Największym przekleństwem ogródka moich dziadków, była rosnąca w jego sercu agawa. Jeżeli nie wiecie jaka to roślina, to polecam sprawdzić, wtedy zrozumiecie, dlaczego ja i pani agawa nie przepadałyśmy za sobą. Nie dość, że była ukochaną rośliną mojej babci, to jeszcze była jej największą sojuszniczką i przebiła mi kilkanaście (jak nie kilkadziesiąt) piłek, które tak ochoczo lądowały na jej czubku. Nie zniechęcało mnie to jednak i nadal kopałam piłką o bramę - jedną bądź drugą (we wjazdową kopałam, gdy byłam pewna, że moja babcia jest w pracy).

Zdarzało się jednak, że mój brat brał mnie na mecze i wspólnie graliśmy z jego kolegami w piłkę. Za każdym razem dostawał instrukcję od mamy, żeby mnie chronił, bo i tak mam już wystarczająco poobijane nogi. Mój talent piłkarski się rozwijał, a ja doszłam nawet do momentu, w którym potrafiłam bez trudu zrobić 50 kapek, co na realia mojego osiedla było całkiem sporym osiągnięciem. Zwłaszcza, że miałam jakieś 8, może 9 lat. Któregoś pięknego dnia postanowiłam zabrać się z moim braciszkiem na osiedlowe boisko. Nie było nas wiele - 5 chłopaków w wieku 17-20 i kilkuletnia Klaudia, która potrafiła naprawdę dobrze dryblować. Do tego stopnia, że najlepszy przyjaciel mojego brata postanowił mi odebrać piłkę wślizgiem i nie trafił. Albo inaczej - trafił we mnie, nie w piłkę. Podobno faul, ale co z tego skoro piłka potoczyła się tak, że mogła zawiązać się ciekawa akcja na miarę Leo Messi'ego. Ja natomiast odkryłam w sobie wtedy akrobatyczne zapędy, ponieważ po upadku przeturlałam się jakieś 15 razy, by zwieńczyć swoją przewrotkę dwoma fikołkami. Wszystkiemu towarzyszył oczywiście przeraźliwy krzyk, bo praktycznie urwano mi nogę. Z akcji moich utalentowanych kolegów nic nie wyszło, więc w końcu zwrócono na mnie uwagę i okazało się, że moja łydka szybko przybrała kolor zbliżony do brunatnego, a stanąć na niej za bardzo nie mogę. W naszych meczach nie było sędziów, ani masażystów, jednak w takich okolicznościach cała grupa zamieniała się w wyspecjalizowanych lekarzy chirurgów, którzy zgodnie uznali, że to tylko stłuczenie i postawiono mi diagnozę "symulant", ale profilaktycznie skierowano mnie na sportowe L4 i zakazano mi grania z nimi przez najbliższe dwa tygodnie, bym doszła do zdrowia. Gdy wróciliśmy do domu, moja mama zapytała mnie czemu tak kuleje, a właściwie, czemu praktycznie nie chodzę. Odpowiedziałam, że dostałam kopa, ale nic mi nie będzie. Teraz się z tego śmieję, bo do dziś czuję mrowienie w miejscu, w którym miałam siniaka, więc prawdopodobnie ukruszyła mi się kość lub coś w ten deseń. Nie zawieziono mnie jednak na pogotowie, bo przecież wyspecjalizowani lekarze wspólnie uznali, że to tylko stłuczenie, a ja nie miałam powodów żeby im nie wierzyć.

Moja przerwa od gry przedłużyła się i z dwóch tygodni abstynencji, zamieniła się w niemal miesięczną. Byłam natomiast zdeterminowana i uznałam, że to najwyższy czas, by iść dalej z moimi piłkarskimi aspiracjami. Postanowiłam oświadczyć mojej rodzinie (tak, zrobiłam to podczas wspólnej kolacji, tak by każdy słyszał), że zostanę kobiecym Ronaldo (ten stary Ronaldo, to były inne czasy - czasy łysego Ronaldo, a nie nażelowanego Ronaldo). Męska część mojej rodziny nie była zaskoczona tą decyzją i przyjęła moje oświadczenie z aprobatą. Moja matka skrzywiła się, ale doskonale wiedziała, że póki co nic nie może  z tym zrobić i nadal łudziła się, że wyrosnę z mojej pasji, albo że następnego dnia o niej zapomnę (??). Nie stało się tak jednak i sukcesywnie naciskałam na mojego tatę, by zapisał mnie do klubu piłkarskiego, w którym grają dziewczyny. Udało się, bo już kilka dni później usłyszałam od ojca, że jedziemy na trening jednego klubu. Byłam podekscytowana i pełna nadziei, że moje marzenie się spełni - że będę mogła grać z dziewczynami, a że za kilka lat przywdzieje koszulkę Wisły Kraków (to było dla mnie oczywiste, że otworzą sekcję kobiecą - chociażby dla mnie).

Przyjechaliśmy chwilę wcześniej, usiedliśmy w trójkę na trybunach i obserwowaliśmy kończący się trening dziewczyn. Była to co prawda grupa juniorek lub seniorek lub bóg wie czego, bo grające panie miały co najmniej 30 cm więcej niż ja.
Moja mama bardzo wspierała moją pasję, zwłaszcza w momencie, gdy komentowała do taty wygląd moich potencjalnych koleżanek z drużyny: "Czy Ty widzisz ich nogi? Czy ty chcesz żeby nasza córka miała takie nogi?". Tata starał się nie odpowiadać i chwycił mnie za ramię. Chyba chciał w ten sposób okazać swoje wsparcie, ale nagle mama zaczęła zwracać się tak do mnie "Klaudia czy ty naprawdę chcesz tak wyglądać?". Nie będę ukrywać - modelkami to one nie były, dodatkowo większość z nich miała naprawdę szerokie barki i wyglądały bardziej męsko niż koledzy mojego brata. Nigdy nie widziałam szerszej łydki, aczkolwiek teraz wiem, że to akurat wyperswadowała mi matka, a ja ufając jej, zmieniłam sobie troszkę obraz tego na co patrzyłam. Po dogłębnej analizie fizyczności piłkarek, moja mama wzięła się za komentowanie ich wieku oraz tego, że jestem zdecydowanie za młoda. To, że złamią mi nogę w siedmiu miejscach było tak pewne, jak to, że w niedzielę idziemy do kościoła, a wizja mnie grającej wśród "byków, nie dziewczyn" zaczęła mnie powoli przerażać i wybiegłam ze stadionu z płaczem. No cóż, podczas 30 minut na trybunach, moi rodzice potrafili mi tak wyprać mózg, że jedyne co wchodziło od tamtej chwili w grę, to sporadyczne kopanie w bramę przed domem... Jeśli mam być szczera to do dziś mam to im za złe, bo uważałam siebie (zresztą nie tylko ja), za naprawdę zdolną w tej dziedzinie dziewczynkę i myślę, że gdybym jednak nie wystraszyła się szerokości uda Pani Kapitan, to może byłabym kobiecym odpowiednikiem Davida Beckhama (i miała swoją Victorię).




Mam 24 lata - no dobra, rocznikowo 25, ale jestem grudniowym dzidziusiem, więc każdy rozumie moje zaniżanie wieku. Kiedyś zawyżałam, teraz po prostu nie wypada, zresztą jak to brzmi. Nie będę dodawać, że w obecnych czasach kwestie wieku są dużo mniej istotne, niż było to kiedyś. Popularne hasła "wiek to tylko liczba" i inne frazesy mówiące o tym, że nie ma się co przejmować ewentualną różnicą wieku, tak bardzo wpadły mi do głowy, że jeszcze kilka miesięcy temu sama zaczęłam w nie wierzyć, próbując dać szansę osobie mającej 8 lat mniej. Niestety moje trudy skończyły się na niczym, ponieważ wydawałam się nudna dla samej siebie, gdy na pytanie "co tam?", miałam w głowie tylko moje kłopoty podatkowe, wieczne utarczki z ZUS-em, lub niezadowoloną księgową, która po raz kolejny dostała dokumenty po terminie. Widziałam siebie w wieku 16 lat i swój niesmak na myśl, że ktoś mógłby mi opowiadać o takich nudnych sprawach. Być może źle oceniłam sytuacje, ale tak czy siak - nie wyszło. Zresztą nie o tym zamierzam dziś opowiadać, chociaż temat wieku jest tutaj nader istotny, bo jak wyczytaliście poprawnie z tematu - swego czasu byłam podejrzana o pedofilie.



Żeby dodać dreszczyku całej historii, postanowiłam opisać ją od tyłu.

Mam 17 lat, sprawa toczy się już kilka miesięcy, a ja cudem uniknęłam wydalenia z mojego ukochanego liceum. Ofiara mojej rzekomej pedofilii została usunięta z naszego wspólnego (jak to nazwać) zespołu szkół. Do dziś nie wiem, czy dlatego, bo ta osoba była w opinii rady pedagogicznej zbyt zdemoralizowana, czy przeszkadzała uczniom i uczennicom. Nie zmienia to jednak faktu, że moja osoba wylądowała w sądzie, a moim rodzicom groziło odebranie praw rodzicielskich, ponieważ według ustaleń (lub podejrzeń), nie wykonali oni swojej rodzicielskiej pracy poprawnie. Postrzegałam takie zarzuty jako kpinę, bo chociaż wiele mogłabym im zarzucić (zresztą, które dziecko nie), tak nigdy nie śmiałabym powiedzieć, że moi rodzice nie wykonali swojej pracy dobrze. Nigdy nie chodziłam głodna, ani brudna. Nigdy nie śmierdziałam, ani tym bardziej nigdy nie brakowało mi pieniędzy na książkę z fizyki. Nie byłam również ofiarą przemocy rodzinnej, dlatego ciężko było mi wyobrazić sobie co może czuć moja matka, gdy ktoś zarzuca jej bycie złym rodzicem. Ja i moja rodzina mamy dość różne poglądy, często się kłócimy, bo wyobrażenia dotyczące życia mamy diametralnie inne, ale nie jest to takim powodem, by pozbawiać kogoś praw rodzicielskich. Tak czy inaczej - próbowano to zrobić. Podczas całej tej sprawy, wielokrotnie odwiedzałam posterunki policji, na których musiałam gęsto tłumaczyć się ze swojego życia, a także z życia mojej rzekomej ofiary. Byłam bardzo wystraszona, bo co tu dużo mówić - nie wiem co i dlaczego robię. Niewinne zachowanie zostało zinterpretowane jako pewnego rodzaju molestowanie i chociaż sąd ostatecznie przychylił się do mojej wersji, o tyle na początku wszystko brzmiało groźnie. Zbyt groźnie.

Teraz wrócimy do zwykłej chronologii.

Są wakacje, mam lat 16 i moja ofiara dzwoni do mnie, bym zrobiła jej zdjęcia. Już wtedy interesowałam się fotografią i lubiłam strzelić jedno lub dwa zdjęcia komuś lub czemuś. Nieopodal mojego domu są forty, a właściwie ruiny tych fortów. Miałam pełną wizję sesji, którą chciałam przeprowadzić. Upodlony przez społeczeństwo człowiek zostaje kuszony przez szatana i ostatecznie schodzi na złą drogę. Potargane koszulki, pomalowane mury zrujnowanego bunkru - pomysł wydawał mi się na tamte czasy bardzo oryginalny i być może przełomowy jeśli chodzi o moją karierę fotografa. Zrobiłam kilkanaście zdjęć, zrzuciłam je na komputer i zaczęłam nad nimi pracować. Po kilku godzinach wysłałam je mojej ofierze i praca fotografa została skończona. Po kilku godzinach można było obejrzeć efekty naszej sesji na Myspace, gdzie mój partner w zbrodni posiadał konto. Zapytacie pewnie jakie były te zdjęcia - większość z nich była niegroźna i nie miała ukrytego dna, gorzej gdy doszliśmy do aktów. Może to dziwne, że uznałam, że zakryta nagość nie jest niczym wyjątkowym, ale żyjemy przecież w porno-czasach. Niestety nie każdy miał to samo zdanie, niektórych te zdjęcia oburzyły. Tak bardzo, że pewien chłopiec (lat 18), postanowił zanieść zdjęcia do Pana dyrektora i okazać swoje oburzenie zaistniałym faktem.


Musze dziś powiedzieć wprost - mogę zrozumieć jego oburzenie, przecież 16-latka, robiąca akty 14-letniemu chłopcu to w istocie coś niemoralnego. Tak samo niemoralne jak ich orientacja - 16-letnia lesbijka i 14-letni, nieukrywający swoich preferencji gej. 18-letni donosiciel musiał mieć wyraźny problem z określeniem sensu orientacji, bo w jego opinii doszło do przestępstwa, w końcu jestem 16-letnią kobietą, która prawdopodobnie molestuje 14-letniego chłopca G E J A. Nieważne, że ten chłopiec dosłownie wymiotował na widok piersi, a tym bardziej nieważne, że ja miałam wtedy kilka(naście?) adoratorek. Zostaliśmy wezwani do dyrektora, a nasi rodzice zostali natychmiast wezwani do szkoły. Rozpoczął się prawdziwy armagedon, a wytłumaczenie światu, że wcale nie molestowałam mojego przyjaciela-geja, nie było łatwe. W całej szkole wprowadzono pouczające lekcje, które miałyby przestrzec młodych ludzi, przed takimi zachowaniami, mojego przyjaciela wyrzucono, a ja musiałam zastosować się do kilku wymogów, by w owej szkole pozostać.

Jednym z warunków zostania w szkole, było cotygodniowe chodzenie do psychologa, któremu musiałam opowiadać o moich większych i mniejszych problemach. Zostałam również zawieszona w prawach ucznia, a na dokładkę musiałam oprowadzać wycieczkę żydowską po Krakowie. Jak wcześniej wspomniałam, ta sesja wydawała mi się kluczowa i tak też się stało. Tylko i wyłącznie dzięki niej, moi rodzice dowiedzieli się o moim hobby i sprezentowali mi pierwszą w moim życiu lustrzankę oraz laptopa. Przestrzegli jednak, bym zmieniła przyjaciół i starała się robić zdjęcia w innym tonie. No cóż - za laptopa i nowy aparat mogłam przystać na ich zasady, preferencji seksualnych jednak nie zmieniłam i nadal wolałam starsze dziewczyny.



O tym jak umierałam

Nie wiem czy ktokolwiek z was ma starsze rodzeństwo. Ja mam starszego brata, którego całe życie darzyłam największym szacunkiem i miłością. Co więcej - jest najważniejszym mężczyzną w moim życiu (wyłączając z wyścigu oczywiście Cicika, bo każdy wie, że mój kot jest bezkonkurencyjny). Od najmłodszych lat wzorowałam się na moim bracie, stąd zamiłowanie do chodzenia na mecze tudzież zabawa samochodzikami nie były niczym dziwnym. Uwielbiam wspominać czasy, w których czekaliśmy aż nasi rodzice pójdą na jakąś imprezę, zakładaliśmy gogle narciarskie, kombinezony i urządzaliśmy w mieszkaniu poligon. Zakupione kilka tygodni wcześniej na odpuście pistolety na kulki nie mogły się przecież zmarnować. Moi rodzice zamykali drzwi, przekręcali klucze w zamku, a my ruszaliśmy do naszych ekwipunków, ładowaliśmy naboje i zaczynaliśmy w siebie strzelać. Do tej pory nie zapomnę jak udało mi się trafić go w szyję i spadło mu najwyraźniej dużo HP, bo musieliśmy zrobić przerwę. Podobna przerwa miała miejsce kiedy to ja ukryłam się pod kanapą, a on to naturalnie rozgryzł. Strzelił w podłogę i kulka odbiła się tak, by wylądować na moim podbródku. Rozpłakałam się - jak to młodsza o niemal dekadę siostra. Ale ja nie o tym chciałam. Mój brat miał swego czasu bardzo poważne ataki hipochondrii - umierał wielokrotnie, wielokrotnie wydawało mu się, że jego czas się kończy. Nie inaczej mogło być ze mną. O ile oczywiście podejrzenia 20-letniego faceta mogą być brane pod uwagę, o tyle 9-latka, która krzyczy, że ma zapalenie opon mózgowych, bo swędzi ją głowa, wydaje się śmieszne. Wszystko za sprawą tajemniczej książki, jaką to dostaliśmy już nie wiem od kogo, a co ważne - nie wiem po co - "Lekarz Domowy". Książka ta odpowiadała na niemal każde pytanie dotyczące naszego samopoczucia. Przykładowo, bolała kogoś głowa, więc otwierał książkę na stronach odpowiedzialnych za zdiagnozowanie choroby, w których jednym z objawów jest właśnie ból głowy. Wyglądało to jak taki test i odpowiadało się na pytania "tak" lub "nie". Właśnie dzięki tej książce swędzenie głowy zostało zdiagnozowane przeze mnie jako zapalenie opon mózgowych. Szkolna pielęgniarka co prawda zmieniła diagnozę, ponieważ stwierdziła u mnie wszy, ale ja i tak dzielnie trwałam przy mojej medycznej biblii. Czasem zdarzało mi się ją czytać tak o -bez większego sensu i potrzeby. Uważałam to za rozsądne, ponieważ to logiczne, że nie zawsze mogę mieć ją przy sobie, a umrzeć można zawsze. Podczas jednego wieczornego przeglądania stron odpowiedzialnych za ból brzucha (to dość typowy objaw wśród dzieci, zwłaszcza jeżeli żelki przeżerają kotletem i Danonkami w ilościach kilogramowych). Trafiłam wtedy na bardzo interesującą dla mnie chorobę - zapalenie wyrostka robaczkowego. I wtedy się zaczęło...

Podeszłam do mojego oczytanego brata i zapytałam go co to jest wyrostek robaczkowy, bo w "Lekarzu Domowym", pod hasłem zapalenie wyrostka robaczkowego zaznaczony był wykrzyknik i bardzo groźnie brzmiące hasło "Skontaktuj się jak najszybciej z lekarzem!" (całość opatrzona była czerwonym lub żółtym kolorem i wykrzyknikiem, który nakazywał dzwonienie do domu pogrzebowego, celem domówienia szczegółów pogrzebu). Mój ukochany starszy brat bardzo szybko wyjaśnił mi na czym polega schorzenie, o które go zapytałam. Doskonale wiedział o co pytam, najwyraźniej też wyrostek robaczkowy wydawał mu się bardzo groźną sprawą. Wróciłam do mojej książki i doskonale przeanalizowałam co musi się dziać, bym mogła z całą pewnością stwierdzić, że mam zapalenie wyrostka robaczkowego. Od tego momentu bałam się o moje życia podczas każdej niestrawności, każdego mniejszego lub większego bólu życia, a pani pielęgniarka w podstawówce musiała mnie wielokrotnie uspokajać, gdy przychodziłam z płaczem, że tym razem na pewno umieram. No bo od tego należy zacząć - jak wyrostek robaczkowy pęknie, to człowiek umiera i nikt go nie uratuje. Wyobrażałam sobie ten narząd (???) jako tykającą w moim brzuchu bombę, która wybuchnie przy najgorszej możliwej okazji i zakończy mój żywot. 

Najgorszym wspomnieniem, które towarzyszą mojemu umieraniu, było moje rzekome zapalenie wyrostka podczas wakacji 1997. Była wtedy ogromna powódź w Polsce i cały ten wyjazd uważam za najgorszą karę w życiu jaką dostałam kiedykolwiek od moich rodziców. Jest to tak paskudne wspomnienie, że nie zamierzam poświęcać mu osobnej notki, więc opowiem wam teraz do jakich ekskluzywnych warunków wysłali mnie moi współtwórcy. Pominę fakt, że domki, w których dzieci (w tym ja) zostały ulokowane znajdowały się jakieś 30 metrów od małego jeziorka, które było jedną z większych baz rozrodczych miejscowych komarów. Sama powódź i wilgotność Polski w tym okresie sprzyjała hordom tych krwiożerców w powietrzu, ale uwierzcie mi - tam na jeden metr kwadratowy przypadało mniej więcej pół człowieka, 30 centymetrów kwadratowych trawy, pół metra kwadratowego kałuży i czterdzieści milionów komarów. Żeby skutecznie dostać się z domku do jadalni trzeba było zaopatrzyć się w cokolwiek, co pozwoliło utorować drogę i przebić się przez armię komarów. Nie zniechęcało mnie to jednak, bo był to obóz konny, a ja miałam w tamtym momencie bardzo duży pociąg do jeździectwa. Po przyjeździe rozpakowałam się i po kolacji poszłam spać. Około godziny drugiej w nocy obudzili mnie dorośli mężczyźni, którzy nakazali mi i moim koleżankom jak najszybsze spakowanie najpotrzebniejszych przyborów. Byłam tak rozemocjonowana ich najściem, że pomyślałam, że to jakaś kolonijna gra i wzięłam piórnik z pisakami i kredkami, bo przecież o cóż innego może chodzić. Okazało się, że domek zalało, a panom chodziło o majtki, skarpetki i szczoteczkę do zębów, ale o tym dowiedziałam się następnego dnia. Koniecznie muszę wspomnieć, że w moich dążeniach do opanowania medycyny, byłam tak konsekwentna, że jeszcze przed wyjazdem udało mi się dowiedzieć, że komary przenoszą takie groźne choroby jak malaria lub borelioza. Dopiero zaczęłam studiowanie właściwości wirusa HIV, ale dowiedziałam się, że przenosi się przez krew, stąd też logiczne dla mnie było zagrożenie, jakim było każde ugryzienie komara. Nie zapominałam jednak o bombie, którą miałam ukrytą po prawej stronie brzucha, która tylko prosiła się o detonacje w momencie, gdy będę jak najdalej od domu i nie zdążę pożegnać się z bliskimi. Naturalnie tak też się stało podczas wycieczki - mój wyrostek musiał wszak poczekać na moment, kiedy moje ewentualne odratowanie nie będzie wchodziło w grę. Konając w autobusie, myślałam o moich drogich rodzicach i o tym, że nie pożegnam się z dziadkiem ani babcią. W końcu dojechaliśmy do naszego obozowiska (domki, w których ulokowano nas na początku zamieniono na przyczepy kempingowe, które postawiono na wzniesieniach, tak by woda i ich nie zalała), a mnie natychmiast przeniesiono do kolonijnej pielęgniarki. W mojej opinii miałam wszystkie objawy - ból brzucha po prawej stronie, podczas oddychania ból się nasilał, było mi słabo oraz miałam nudności. Wypisz wymaluj zapalenie wyrostka robaczkowego. Gdy wniesiono mnie na sale pani pielęgniarki, ta zapytała mnie co mi dolega. Odparłam pewnym, choć umierającym tonem "to na pewno zapalenie wyrostka". Pani pielęgniarka spojrzała na mnie okiem, pełnym drwiny, ale zaczęła mnie badać. Zapytała mnie skąd mam w ogóle pojęcie o takiej chorobie, zdziwiona odwarknęłam, że z "Lekarza Domowego", a w głowie wyśmiałam ją, bo to przecież było logiczne, więc skąd to pytanie. Skupiałam się jednak dalej na moich ostatnich chwilach na Ziemi, myślałam o psie, którego zostawię, o moich marzeniach na przyszłość i modliłam się do Boga, by mnie jednak uratował, a jeśli to zrobi, to obiecuję, że będę sprzątać pokój co dwa dni. Wtedy Bóg najwyraźniej postanowił się objawić, ponieważ po dwóch minutach zwymiotowałam, a ból ustał - okazało się, że się zatrułam wczorajszymi klopsikami w sosie pieczarkowym... Parę dni później odwiedzili mnie moi rodzice, którym oczywiście opowiedziałam o mojej niedoszłej śmierci i rozpłakałam się mówiąc, że jak nie wyrostek to na pewno malaria od komarów i żeby mnie stąd zabrali. Prośbę swoją motywowałam warunkami, w jakimi przystało mi żyć - pokazałam przyczepę, w którym spałam ja i pięć moich koleżanek (przyczepa miała rozmiar mniej więcej 2x2). Moi rodzice jednak zawinęli się szybko do samochodu i nie przekonała ich biegnąca za autem, zapłakana córka. Resztę wyjazdu musiałam walczyć z komarami i unikać tych prawdopodobnie przenoszących choroby, ale jak widać przeżyłam, choć nadal nie wiem jakim cudem.




Najedzeni Fest

W ostatnią niedzielę odbył się w Krakowie event dotyczący tego co każdy z nas lubi najbardziej - jedzenia. Wybrałam się na niego z Paulą i wspólnie przyglądałyśmy się różnorodnościom kuchni ze wszystkich stron świata, które bez trudu można odnaleźć na mapie krakowskich restauracji. Jak dobrze wiecie nie jestem specjalistką kulinarną, ale doskonale wiem, co może mi smakować, a co nie. Niestety podczas wizyta w Forum (właśnie tam miał miejsce festiwal) skuszono mnie na chińską, bądź koreańską kapustę - to zdecydowanie mi nie smakowało. Przeglądając zdjęcia żałuje, że nie skusiłam się na ciasteczka lub chociażby na sushi, ale tłumaczę sobie to tym, że pikantna kapusta z Azji wypaliła mi przełyk. Muszę jednak przyznać, że samo wydarzenie jest bardzo ciekawe - na całkiem sporym terenie zaprezentowało się wiele restauracji, piekarni, cukierni czy wędzarni. Każdy mógł napić się czegoś lub zjeść - do bardziej syta, lub mniej syta (zwłaszcza jeżeli wybrał chińską kapustę). 























Ćwiczenia


Do moich miesięcznych wyzwań dołączam od dzisiaj ćwiczenia. Nie byłabym sobą, gdybym nie przeszukała internetu w ramach znalezienia najbardziej odpowiednich zestawów. W ręce wpadła mi tablica motywacji, na której odnalazłam cały zestaw treningowy. Wyzwanie trwa 30 dni - trenujemy każdego dnia według harmonogramu, jaki jest podany na grafice poniżej. Ja do moich ćwiczeń dołączam godzinną jazdę rowerkiem przed rozpoczęciem wyzwania. Każdy z nas ma większe lub mniejsze problemy z jakąś partią ciała, a nawet jeżeli nie ma to zawsze można ją udoskonalić. Być może dlatego autorka wyzwania wybrała brzuch, pośladki i nogi. Ja na moje nogi nie narzekam, ale wyzwanie to wyzwanie, dlatego zamierzam ćwiczyć też tę partię ciała. 



Zaczynamy od rozgrzewki. 



Potem 10 minut brzucha 



lub 8 minut ABS



Potem pośladki




I nogi




Kończymy ćwiczeniami rozciągającymi


I dodatkowo ćwiczenia na boczki (ćwiczcie według harmonogramu:) )



Pamiętajcie o zdrowej diecie i jedzcie jak najmniej pizzy, którą ja dzisiaj pochłaniam w ilościach wręcz okropnych. Jeżeli zamierzacie ćwiczyć od dziś ze mną, dajcie znać w komentarzu. Zapraszam też do polubienia mojego FanPage'a na FB , który powstał na wyraźną waszą prośbę w sobotę! Dziękuje za każdego lajka, jest was już prawie tysiąc!